Wydawało mi się, że moje małżeństwo układa się pomyślnie, aż przyjaciółka Zuzanna zadała mi pytanie.
Poślubiłam Krzysztofa, gdy mieliśmy po dwadzieścia lat, po czterech latach znajomości. Przez ten czas przeżyliśmy wiele wspólnych przygód. Od ponad sześciu lat mieszkamy w kamienicy przy ulicy Mokotowskiej w Warszawie. Mam do niego pełne zaufanie i również do siebie samej. Krzysztof jest czuły, troskliwy i zawsze gotów pomóc przy domowych obowiązkach. Nie jest ani najodważniejszy, ani najsilniejszy, a wygląd nie wyróżnia go spośród innych mężczyzn, ale jego serce promieniuje dobrocią i optymizmem, które dodają mi sił w najtrudniejszych chwilach.
Jednakże partner jest niezwykle niezdecydowany, nie potrafi podjąć własnych decyzji i unika wyjścia ze strefy komfortu. Jego nieśmiałość utrzymuje się niezmiennie od sześciu lat naszego wspólnego życia. Nie dba o własne zdrowie, a wszelkie zmiany go onieśmielają. Krzysztof ma prawie dziesięć lat więcej ode mnie ja mam dwadzieścia sześć lat i cieszę się życiem. Pracuję w międzynarodowej firmie w Krakowie, posiadam własny samochód i razem spłacamy kredyt hipoteczny na nasz dom w Warszawie, wyrażony w złotych.
Ostatnio Zuzanna zapytała: Po co ci on w ogóle?. To pytanie otworzyło we mnie wątpliwość: Po co naprawdę potrzebuję Krzysztofa?. Zrozumiałam, że szczęście nie powinno zależeć od drugiej osoby, lecz od tego, czy potrafimy sami odnaleźć równowagę i spełnienie.
Wnioskiem, który wyciągnęłam, jest to, że prawdziwe zadowolenie bierze się z wewnętrznej siły i samodzielności, a nie z obecności kogoś, kto ma nas trzymać przy życiu.



