Mury okazały się kruche

Ściana okazała się z piasku

Pod koniec dziewiątej klasy Jadwiga zaokrągliła się w biodrach, aż oczy się iskrzyły. Chłopcy, a nawet młodzi mężczyźni, przeciągali się za tą smukłą, dorodną dziewczyną. Rodziców Jadzi w wiosce znali wszyscy i szanowali. Matka, Zofia, kierowała miejscową pocztą, a ojciec, Stanisław, był mechanikiem. Dom mieli duży stawiali go z myślą o licznym potomstwie, ale urodziła się tylko Jadzia i nic więcej.

Jadziu! zawołała matka. Wywiesić pranie, świeżo uprane.

Już, mamo, idę

Na dworze panował upał. Jadzia, w krótkiej sukience, wyszła z miednicą pełną mokrej bielizny i skierowała się do sznura rozciągniętego między drzewami.

We wsi wszyscy znali tę piękną, zadziorną dziewczynę o gorącym temperamencie. Skończyła szesnaście lat i kwitła jak róża, a przy tym już sama oceniała mężczyzn wzrokiem znawcy.

No, córka Stanisława, z dziecka w mgnieniu oka wyrosła na piękność szeptały miejscowe kobiety, śledząc ją wzrokiem. Niejednemu zawróci w głowie, aż mu mózgi się przewrócą.

Gdy rozwieszała pranie, jej spojrzenie padło na Kazimierza, który siedział na ławce pod drzewem i palił papierosa, nie odrywając od niej oczu. To przyjaciel ojca, wezwany wraz z Darkiem, by pomóc ułożyć kostkę brukową w ogrodzie. Stanisław poszedł do domu po kompot, bo mężczyźni zgłodnieli, a Darek w tym czasie nosił piasek wiadrem.

Jadzia przez ramię rzuciła Kazimierzowi takie spojrzenie, że ten niemal zakrztusił się dymem. Potem, powoli, pochyliła się, wygięła jak łania i rozwieszała wielki ręcznik.

Co ty wyprawiasz, Jadziu? pomyślał Kazimierz. Kręcisz się przede mną, jakbyś mnie kusiła.

A ona nie zamierzała kończyć przedstawienia. Gdy skończyła wieszać pranie, przysiadła obok niego, aż Kazimierzowi krew uderzyła do głowy, pulsując w skroniach.

Cóż, wujku Kaziu, gorąco dziś? szepnęła, przysuwając się jeszcze bliżej.

Oj, Jadziu upał, skwar otarł pot nagle występujący na czole.

Widzę, mocno się opaliłeś zaśmiała się.

To ja po prostu taki śniady odparł z dumą, ale powściągliwie.

Podniósł wzrok i wpatrzył się w nią, mrużąc oczy od słońca. Skrzyżował ręce na piersi, dając do zrozumienia, że rozmowa skończona. Jadzia to jeszcze dziecko, po co z nią flirtować, a do tego córka przyjaciela. Wtedy podszedł Stanisław z dzbanem kompotu i kubkiem.

Darku, chodź się napić, upał dzisiaj zawołał. Odpocznij trochę. Dziś wieczorem skończymy, dobrze, że zaczęliśmy wcześnie.

Jadzia wstała i poszła do domu. Kazimierz śledził ją wzrokiem spod opuszczonych powiek. Nikt nie wiedział, co się w nim działo.

Miał trzydzieści cztery lata, a wciąż nie żonaty. Przystojny, postawny, o śniadej cerze i piwnych oczach, z mocnymi dłońmi. Wiele dziewczyn we wsi za nim szalało, ale nie mógł znaleźć tej jedynej.

Gdy słońce zaczęło się chylić ku zachodowi, rozlewając różowe światło po niebie, Kazimierz wyszedł z prowizorycznego prysznica w ogrodzie Stanisława. Lubił słuchać śpiewu ptaków i ciszy. Darek już siedział z gospodarzem na werandzie, a Zofia nosiła talerze na stół robotników trzeba nakarmić.

Kazimierz wyszedł w samych kalesonach, ale zanim zdążył przetrzeć oczy, zobaczył przed sobą Jadzię i oniemiał.

Śledzisz mnie, czy co? zapytał surowo.

A skąd miałam wiedzieć, że tu jesteś? kokieteryjnie wzruszyła ramionami.

Słuchaj, Jadziu, jesteś jeszcze dzieckiem. Przestań się ze mną bawić.

Do czego niby nie dorosłam? odparła, stając w rozkroku i wyzywająco patrząc mu w oczy, a piersi jej falowały.

Chyba cię słońce przypiekło, mówię przecież, jesteś za młoda

Ale ona nie zamierzała się poddawać.

A może ja chcę za ciebie wyjść.

Kazimierz zastygł, rozejrzał się.

Co ty wygadujesz? Niepełnoletnia jesteś! Odejdź!

Na kolację nie został, wymawiając się pilnymi sprawami. Stanisław zdziwił się nagłemu wyjściu przyjaciela. Jadzia wróciła do domu.

We wrześniu miała wyjechać do miasta na naukę.

W myślach wciąż wracała do Kazimierza. Lubiła go od dawna i z niecierpliwością czekała, aż w końcu zwróci na nią uwagę. Czekała, aż skończy osiemnaście lat. Tymczasem dostała się do technikum w mieście powiatowym i miała zamieszkać w internacie, wracając tylko na weekendy i wakacje.

Kazimierz tymczasem zdawał sobie sprawę, że czas ucieka, a on wciąż samotny. Czas pomyśleć o dzieciach. Tej nocy nie mógł zasnąć przed oczami stała mu Jadzia. Piękna i bezczelna, wbiła mu się w serce jak drzazga.

Minął czas. Kazimierz męczył się z miłości do Jadzi, ale wiedział, że jest nieosiągalna. Uczy się, a do tego jeszcze młoda. Postanowił oderwać myśli i zaczął romansować z Wandą. Ta była w nim zakochana po uszy i tylko czekała na odpowiedni moment. W wieku dwudziestu dziewięciu lat bała się, że nie zdąży wskoczyć do ostatniego wagonu. Gdy nagle zwrócił na nią uwagę, uznała, że to właśnie ten pociąg może nawet jej przeznaczenie.

Kaziu, jak ja cię kocham szeptała mu do ucha podczas spacerów za wsią, czasem nad rzeką.

Wanda już przedstawiła go rodzinie jako przyszłego męża, marzyła o weselu, o dzieciach, nawet imiona dla nich wymyśliła. Ale przez prawie dwa lata Kazimierz ani słowem nie wspomniał o ślubie. Spotykali się i tyle.

A tu nagle wróciła do wsi Jadzia, skończyła technikum. Z zadziornej dziewczyny wyrosła na oszałamiającą piękność, od której trudno oderwać wzrok. Nie została w mieście, choć wszyscy myśleli, że tam wyjdzie za mąż. I właśnie pod sklepem spotkał ją Kazimierz, a serce mu zabiło mocniej.

Cześć, wujku Kaziu powiedziała

Oceń artykuł
Dodaj komentarze

;-) :| :x :twisted: :smile: :shock: :sad: :roll: :razz: :oops: :o :mrgreen: :lol: :idea: :grin: :evil: :cry: :cool: :arrow: :???: :?: :!:

szesnaście − 5 =

Mury okazały się kruche