Ojej, mamo, znowu robisz rybę na patelni? zapytała Weronika, zaglądając do kuchni.
Tak, ale uchyliłam okno i włączyłam wyciąg, odpowiedziała Halina.
Ostatnie cztery miesiące, odkąd córka przeprowadziła się z powrotem, upływały Halinie pod znakiem różnych uwag.
Zupa jest za słona albo poukładałaś pranie nie tam, gdzie trzeba. Albo telewizor za głośny.
Halina nawet nie zorientowała się, kiedy zaczęła się skradać po własnym mieszkaniu, żeby czymś nie podpaść Weronice i jej mężowi.
Na początku wydawało się, że wszystko jest w porządku
Po ślubie Weronika i jej mąż Łukasz wynajęli kawalerkę na Pradze i wpadały w weekendy do mamy na obiad. To było zrozumiałe oboje mieli pracę, a Łukasz jeszcze prowadził małą działalność.
Któregoś dnia Halina poczuła się fatalnie. To sąsiadki wezwały karetkę. Córka dotarła na SOR pięć minut po niej. Po kilku dniach w szpitalu, gdy Halina wróciła do domu, Weronika już na progu powiedziała:
Szykowaliśmy z Łukaszem niespodziankę. Chyba ci się spodoba. Zobaczysz, jak wejdziesz.
Halina weszła do mieszkania i od razu rzuciły się jej w oczy torby podróżne.
Przegadaliśmy wszystko i uznaliśmy, że zostaniemy na dłużej z tobą. Będziemy ci pomagać.
Halina była trochę zaskoczona decyzją dzieci.
Na początku Weronika naprawdę zajmowała się matką. Sprzątała, gotowała, prasowała. Ale dwa miesiące później wszelkie opiekuńcze pobudki totalnie się rozmyły.
Halina nabrała sił i znów ogarniała wszystko sama. Kiedy dzieciaków nie było, gotowała, robiła pranie i szorowała łazienkę.
Weronika co chwila próbowała przegadać mamę, żeby się sobą zajęła, ale Halina zarzekała się, że jej z tym dobrze.
Weronika z Łukaszem od razu dostrzegli plusy takiego układu zero czynszu, mieszkanie lśni, a obiad na stole.
Mamo, dziś wpadają do nas znajomi. Może wyskoczysz na chwilę do sąsiadki na herbatę? My sobie posiedzimy, a ty się nie będziesz nudzić, rzuciła któregoś wieczoru Weronika.
Halina nie miała ochoty włóczyć się po klatce wieczorem, sąsiadka zresztą szła w tygodniu spać z kurami. Na dworze ciepło, więc przysiadła na ławeczce pod blokiem, łapiąc trochę świeżego powietrza. Czas mijał, a znajomi w mieszkaniu biesiadowali dalej. Halina już ledwo żyła, ale czekała, aż Weronika zadzwoni, by mogła wrócić do siebie.
Sąsiad z pieskiem wyprowadził się na spacer, po pół godzinie wrócił, a Halina dalej siedzi.
Pani Halino, wszystko w porządku? zagadnął pan Marek.
Tak, po prostu dzieci mają gości i nie chcę się im pchać w paradę.
Pewnie mnie pani pamięta z pierwszego piętra?
Pewnie, przecież się widywaliśmy.
Porządnie się znali z klatki, ale rozmowy ograniczały się dotąd do dzień dobry. Żona Marka zmarła na wiosnę, jego dzieci mieszkają daleko.
Zapraszam na herbatę. Trochę chłodno się zrobiło. Proszę, daj znać córce, że pobędziesz u mnie.
Halina zadzwoniła do Weroniki, ale ta nie odebrała widać nie miała ochoty na matkę.
To idziemy, uśmiechnęła się Halina.
Przy herbacie świetnie się rozgadali. W pewnej chwili zadzwoniła Weronika:
Mamo, gdzie ty się podziewasz? Goście od dawna poszli. Chcemy się położyć, a ciebie nie ma.
W głosie córki znów dało się wyczuć pretensje. Halina nie miała pojęcia, co znowu zrobiła nie tak. Zaczęła się zbierać.
Przecież to dwa piętra, dam radę, rzuciła Halina.
Odprowadzę panią, lepiej się poczuję, odpowiedział Marek.
Od tej pory Halina wpadała częściej do Marka. Pijali razem herbatę, czasem coś wspólnie gotowali, a bywało, że Marek szykował swój popisowy żurek. Tego dnia znowu u niego została akurat były imieniny Łukasza i parę osób przyszło do mieszkania.
U ciebie tak cicho i spokojnie, stwierdziła Halina.
Jakbyś chciała, możesz zostać na zawsze, powiedział Marek.
Popatrzył na nią taki wesołym wzrokiem, że Halina od razu wiedziała, że mówi szczerze.
Pomyślę nad tym, odpowiedziała, uśmiechając się. Chociaż już dobrze wiedziała, co zrobi.


