Moje życie to koszmar: Mieszkam z bezduszną żoną i jej matką!

Moje życie to jeden wielki koszmar: mieszkam z bezduszną żoną i jej matką!

Cześć, jeśli ktoś jeszcze mnie słyszy.

Nazywam się Krzysztof, mam 37 lat, mieszkam w zapyziałym miasteczku pod Kielcami. Spadła na mnie taka ciemność, że już poważnie myślę o tym, jak zakończyć to przeklęte życie. Moje życie to nie życie, tylko prawdziwe piekło, z którego nie ma wyjścia.

Jedyna rzecz, która trzyma mnie na powierzchni, to internet. Kiedy udaje mi się wyrwać chwilę i zebrać myśli, piszę – wylewam wszystko, co się we mnie nagromadziło. Kiedyś próbowałem dzielić się swoim bólem na jednym z forów, ale szybko mnie stamtąd wyrzucili. Powiedziałem prawdę prosto w twarz – i tyle, do widzenia. Tam, jak widać, liczą się tylko kłamcy i pochlebcy. No cóż, nie mam dla nich czasu.

Wszystko runęło jak domek z kart po narodzinach drugiego dziecka. Od tamtej pory problemy spadają na mnie falami, jeden za drugim, a ja duszę się pod tym ciężarem.

Piekło, którego nie wybrałem

Nie mogę swobodnie odetchnąć – rachunki rosną, pieniędzy brak, długi duszą, a wokół same kłopoty. Moja żona, matka moich dzieci, zamieniła się w zimną, złą bestię. Krzyczy na mnie jak na psa, a czasem nawet podnosi rękę – tak, zdarza się, że dostaję od niej policzki. I dzieci „wychowuje” w ten sam sposób – krzykiem, klapsami, bez odrobiny ciepła.

A mieszkamy z jej matką pod jednym dachem – w starym domu na skraju osiedla. Teściowa widzi wszystko: każdą kłótnię, każde uderzenie, każde moje westchnienie. Ale milczy jak grób. Jej życie to jedno wielkie cierpienie, i najwyraźniej uważa, że ja powinienem być taki sam. I ja, głupiec, cierpię. Połykam urazę, udaję, że wszystko jest w porządku, aż kolejny wybuch rozrywa mój świat na strzępy.

Moja żona pije – nie codziennie, ale kiedy zacznie, nie da się jej zatrzymać. Te ciągi to jak burza, która niszczy wszystko na swojej drodze. A ja siedzę, zaciskając zęby, i czekam, aż się wyczerpie. Nie mam dokąd pójść – z dwójką dzieci na rękach przepadnę. Z moją pensją magazyniera nawet psiej budy nie wynajmę, nie mówiąc już o mieszkaniu dla rodziny. Więc chowam się po kątach, staram się nie wpadać jej w ręce, gdy jest wściekła. Ale ona zawsze znajdzie powód, by mnie oskarżyć – że oddycham za głośno, że źle patrzę, że po prostu jej się nudzi. I zaczyna się – krzyki, przekleństwa, płacz dzieci.

Życie bez światła

Sąsiedzi szeptają za moimi plecami, patrzą na mnie jak na trędowatego. Wychodzę na ulicę, a wstyd mi podnieść wzrok – idę jak zbity pies, jakbym był we wszystkim winny. Moje poczucie własnej wartości zostało starte w proch, już nie pamiętam, jaki byłem wcześniej, kiedy jeszcze potrafiłem się uśmiechać.

Radość zniknęła z mojego życia jak woda w piasek. Jej miejsce zajęła nienawiść – paląca, ciężka jak ołów w piersi. Zamykam oczy i widzę, jak ją zabijam. Tak, w moich myślach ściskam jej gardło, rzucam nią o ścianę, i to mi się podoba – rozkoszuję się tą wizją. I za każdym razem łapię się na myśli: a co, jeśli nie zatrzymam się na fantazjach? Boję się siebie, boję się tego, w co się zamieniam.

Moje nerwy są jak gołe druty. Najmniejszy dźwięk – jej kroki, trzask drzwi, brzęk butelki – i drżę jak po porażeniu prądem. Stałem się zwierzęciem, które żyje w wiecznym strachu i wściekłości.

Mam dwie córeczki, i to rozdziera mi serce. Patrzę na nie – małe, bezbronne – i modlę się, by nigdy nie spotkały takich żon jak ich matka. Pijaczki – są puste w środku, bez sumienia, bez duszy. Potrzebują tylko wódki, a wszystko inne – ludzie, uczucia, rodzina – to dla nich śmieci. My wokół nich gnijemy za życia, a one nawet tego nie zauważają.

Krzyk w pustkę

Teściowa jest jak cień w tym domu. Widzi wszystko, ale milczy. Jej milczenie to zdrada. Wychowała tę kobietę, widziała, jak stacza się na dno, ale nigdy nie interweniowała. Łatwiej jej odwrócić wzrok, niż choć słowo powiedzieć w moją obronę. A ja? Jestem zmęczony byciem szmatą, ale nie mam siły walczyć.

Czasem myślę: wziąć dzieci i uciec. Ale dokąd? Bez pieniędzy, bez pracy, z dwójką maluchów – to bilet donikąd. Żona wraca do domu pijana, rzuca rzeczami, krzyczy, tłucze naczynia. Dzieci tulą się w kącie, płaczą, a ja stoję jak słup i nie potrafię ich obronić. Jestem słabeuszem, i to mnie dobija.

Czy ten koszmar ma koniec?

Internet to moje ostatnie tchnienie powietrza. Piszę tam, wylewam swój ból, choć na chwilę staję się sobą. Ale nawet tam mnie nie chcą – jestem zbyt ostry, zbyt szczery. A w prawdziwym życiu jestem żywym trupem. Chodzę, oddycham, ale nie żyję.

Moja nienawiść rośnie jak pożar. Boję się, że spali mnie na popiół albo wybuchnie i zniszczy wszystko wokół. Boję się o córki – co się z nimi stanie, jeśli nie wytrzymam? Co się stanie, jeśli stracę kontrolę i zrobię to, o czym myślę w najciemniejszych nocach?

Kobieta, którą kiedyś kochałem, stała się moim oprawcą. A jej matka – milczącym wspólnikiem mojego upadku. Nie wiem, jak długo jeszcze zniosę ten koszmar. Nie wiem, czy pozostała we mnie choć iskra, by się wyrwać. Ale wiem jedno: moje życie to piekło, a ja w nim tonę, duszę się, umieram każdego dnia.

Oceń artykuł
Dodaj komentarze

;-) :| :x :twisted: :smile: :shock: :sad: :roll: :razz: :oops: :o :mrgreen: :lol: :idea: :grin: :evil: :cry: :cool: :arrow: :???: :?: :!:

piętnaście − jeden =

Moje życie to koszmar: Mieszkam z bezduszną żoną i jej matką!