Moje zasady
Naprawdę, Karol, to dobrze, że przyjechałeś! pani Irena usiadła naprzeciwko syna, oparła brodę na drobnych piąstkach i uśmiechnęła się szeroko. Tak się za tobą stęskniłam. Jedz, jedz, kochanie. Dołożyć ci jeszcze kotlecika?
Karol, potężny chłopisko, pokręcił głową.
Niesmaczne? zaniepokojona zapytała mama, prostując się. Jej drobna, wcześniej pogodna twarz spoważniała, wyciągnęła się, brwi poszły do góry. Przecież wszystko robiłam tak jak zawsze I mówiłam tacie, że nie jadasz wieprzowiny Mówiłam przecież! Co, dziwny posmak?
Irena zmartwiła się. Tyle czekała na Karola, narobiła jedzenia, jakby miała przyjechać cała kompania wojska i to ona, Irena Wiśniewska, jest szefową kuchni polowej, odpowiedzialną za najedzenie, ogrzanie i wygłaskanie wszystkich. I teraz taki wstyd kotlety nie smakują synowi…
Mamo, no co ty znowu zaczynasz?! Wszystko super, naprawdę! Po prostu nie dam już rady więcej zjeść.
Karol, z nadzwyczajną ostrożnością, odłożył na talerz widelczyk zbyt malutki jak na jego wielkie, niedźwiedzie łapy poprawił serwetkę, równie drobną, jakby dla dziecka. Czasami aż dziwnie, że taka filigranowa Irena urodziła takiego olbrzyma. Ale to po ojcu, Michale. Ten też postawny, sam mięsień na mięśniu. I Irka przy nim zawsze wygląda jak dziewczynka.
Wszystko było przepyszne, jak zwykle! powiedział syn, wstał, podszedł do Ireny, objął ją ramieniem, jakby narzucał na nią ciepły płaszcz. Od razu zrobiło jej się bezpieczniej. No dobra, o czym chciałaś pogadać? Bo zaraz muszę lecieć. Z Lubą mieliśmy iść do galerii, Romkowi kupić trochę ciuchów.
Luśka, jak ją z przekąsem po staropolsku nazywał Karol, była jego żoną kobietą poukładaną, skrupulatną i po prostu piękną.
Karol, kiedy ją zobaczył na ulicy, to się tak zapatrzył, że przyładował w znak. Skończyło się szwem na brwi, krew lała się gęsto. Luba tylko wybałuszyła oczy, rozchyliła usta, a Karol, cały zawstydzony, myślał, czy przypadkiem znaku drogowego nie złamał
Potem razem poszli na izbę przyjęć. Luba, wtedy jeszcze taka młodziutka i naiwna, pytała co chwilę, czy mu się nie kręci w głowie, łapała za łokieć. A co miał powiedzieć? Oczywiście, że mu się kręciło bo obok taka Luśka, że aż dech zapiera.
Wzięli ślub. Teraz już dorastający Romek, Luśka pracuje jako logopedka, do domu przychodzą do niej uczniowie tak jest wygodniej i można ogarnąć swoje sprawy. Karol każdego ranka ucieka do pracy, przedtem podrzuca Romka do szkoły w końcu Luba załatwiła mu miejsce w jakimś ekskluzywnym liceum o profilu biologicznym. Ogólnie żyją spokojnie, ciepło, kochają się i dbają o siebie nawzajem.
A dlaczego Luba nie wpadła? spytała Irena, sprzątając ze stołu. Dobrze wiedziała, że Luśka ma dziś korki i uczniów nawet w weekendy, ale chciała jeszcze trochę zatrzymać syna, bo nie wiedziała, jak poprosić go o przysługę.
Przecież mówiłem ma dziś dwie lekcje. A Romek, pan Roman Karolowski, tu Karol zawsze lubił podkreślać imię i nazwisko syna, brzmiało to bardzo dumnie odrabia lekcje. No, gadaj, co się dzieje?
Przejął filiżanki z rąk matki, odstawił ostrożnie do zlewu i odwrócił Irenę w swoją stronę, patrząc prosto w oczy: Mamo, przerażasz mnie. Co z tatą? Czemu go nie widać? Wzięliście kredyt? Ktoś was oszukał? Zastawiliście mieszkanie albo, nie daj Boże, własne organy? A może znalazł się mój brat bliźniak porwany ze szpitala po porodzie?
Karol, żartując, był naprawdę w dobrym nastroju. I świat dookoła też taki się wydawał radosny, wiosenny.
Posłusznie usiadł, pogłaskał swój zaokrąglony brzuch, przeciągnął się szeroko, aż stuknął łapką o szafkę kuchenną. Eh, mało tu miejsca Nie to, co w ich mieszkaniu z Lubą trzy pokoje, balkon, duża kuchnia. Dostało im się po rodzinie Luby, ci zresztą wyjechali na wieś i oddali im lokum, co roku przysyłają worki kartofli, buraki, skargi, topinambur i kosze kwiatów, a zwłaszcza astry, tak cudne, że aż dech zapiera. Wszystko to dojeżdża do miasta gruchotem wujka Stefana, poprzedniego właściciela mieszkania. Za co kochał Lubę, Karol nie miał pojęcia, ale wujka szanował, zawsze pomagał mu naprawiać samochód, chodził po jego kątach w szortach w palmy i cieszył się życiem.
Słuchaj chciałam cię o coś spytać zaczęła Irena, podsuwając mu miseczkę z pierniczkami. Pamiętasz panią Marię Lechowicz, sąsiadkę?
Karol lekko się spiął, zmarszczył brwi.
Pewnie, mamo, jak mógłbym zapomnieć! wreszcie przytaknął, sięgnął po największy piernik z zamkiem warszawskim w lukrze.
No więc, pani Maria dostała skierowanie do waszego szpitala wojewódzkiego, ma operację oczu Diagnozy nie znam, ale sprawa jest poważna…
Karol przeżuwał i słuchał. Pamietasz panią Marię? Jakżeby nie była sąsiadką z piętra, nie raz pomagała Irenie, pilnowała małego Karolka, gdy rodzice harowali. Maria Lechowicz od zawsze chodziła w tych wielgachnych okularach, przez co jej oczy wydawały się okrągłe jak monety, a rzęsy za szkłami trzepotały jak skrzydełka motyla.
I co z tego? spytał w końcu, bo mama zaczęła się niepokoić, ścierać okruchy ze stołu, co zawsze znaczyło, że się denerwuje.
Słuchaj nie mogłaby u was zamieszkać na czas leczenia? Na hotel nie stać, a dojeżdżać zbyt trudno. Poza tym nie ma już tyle siły Ja się jej bardzo czuję zobowiązana, przecież ona ciebie wychowywała, kiedy była taka potrzeba.
Karol przestał przeżuwać, zrobił solidny łyk herbaty, wytarł usta, wzruszył ramionami: No No tak… nie planowaliśmy gościa, czeka mnie schowanie szortów w palmy, Luba nie będzie mogła w nocnej koszuli po kuchni się kręcić A wygląda w niej cudnie… Ale co zrobić, jak trzeba, to trzeba. Ależ oczywiście, mamo. Jak ona mnie kiedyś ratowała, to teraz ja się odwdzięczę. Uśmiechnął się dumnie, czując się szlachetny i dobry. Luba będzie z niego dumna. Mama też. Maria Lechowicz na pewno zasługuje, żeby się nią dobrze zająć na stare lata.
A za oknem, jakby nagle pojawił się nad jego głową aureol, wyjrzało słońce i odbiło się w szczęśliwych oczach matki. Nawet dzwony pobliskiego kościółka zaczęły bić radośnie, dodając sercu otuchy.
Naprawdę, Karol? Tak się cieszę! To jest WIELKI CZYN! Taki prawdziwy, Karolku! Jestem szczęśliwa, że wyrósł z ciebie taki człowiek.
Podeszła, pogładziła go po głowie, jak za dawnych lat.
Gdyby przy tym wszystkim była Luśka, już dawno wykrzywiłaby się i wyśmiała te matczyne uniesienia. No ale jej nie było, więc Karol mógł przez chwilę poczuć się znowu chłopcem chwalonym przez najważniejszą kobietę swego życia.
Karol rozluźnił się, położył ręce na stole.
Ale może powinienem zapytać Lubę… wyszeptała nieśmiało mama. Karol coś mruknął, że Luśka na pewno nie będzie miała nic przeciwko. Przytulił się do matczynej ręki i już miał zasnąć z błogiego zadowolenia… No to zaraz zawołam panią Marię, ustalicie, kiedy i co dalej…
Irena wybiegła z kuchni, w pokoju zaszurał gazetą ojciec, a Karol wyciągnął telefon i zadzwonił do żony.
Luba odbierała w trakcie malowania rzęs.
No i na ile ta cała znajoma miałaby się u nas zatrzymać? zapytała w końcu.
No chyba na dwa tygodnie. Luluś, musimy pomóc. Ona ma zabieg, a nie ma gdzie się zatrzymać
Karol, przecież może zostać w szpitalu…
Po operacji będzie musiała jeszcze długo przyjeżdżać na kontrole. Chcesz, żeby tłukła się po Warszawie komunikacją? Luba, jesteś gościnną panią domu, Maria jest bardzo porządną babką. Dogadacie się, zobaczysz…
Wiesz co westchnęła Luba. Nieszczególnie mi się to podoba. Pamiętam ją ze ślubu. Patrzyła na mnie z góry, tak oceniająco. Chyba mnie nie lubi, ta twoja… Marionetka.
Nie Marionetka, tylko Maria. Lubi cię! Bardzo cię lubi! I Romek na pewno ją polubi
Karol, twój syn ma szesnaście lat. Jak mu ma niby pomagać Maria? zapytała ironicznie Luba, zrobiła rybkę z ust i zapał opadł.
We wszystkim! Ma doświadczenie życiowe! Karol bronił się jak mógł. Dobra, nie będziesz mieć nic przeciwko?
Luba była całym sercem „przeciw”, ale nie miała odwagi się sprzeciwić.
No dobrze. Kiedy przyjeżdża?
Zaszumiał cicho telefon, Karol oznajmił, że w niedzielę.
W tę? Czyli jutro? Luba spojrzała na domowy bałagan. U nich taki jak wszędzie, totalnie normalny, ale przed gośćmi? Nigdy!
Nikt poza rodziną nigdy nie widział ich mieszkania w trybie standardowym. Luba dzieci przyjmowała tylko w kuchni tam wielki stół, dużo okien, światła. Do reszty nikt nie miał wstępu. Jak kogoś gościli, to mieszkanie szorowane było od podłogi po sufit. Luśka, w przeciwieństwie do swoich koleżanek, zawsze się wszystkiego wstydziła.
A z taką „marionetką” pod dachem, będzie tylko chodzić i oceniać! I pomyśli, że Luba jest fatalną panią domu.
W głowie rozbrzmiewał głos mamy: Czyste podłogi, porządek w domu, porządek w głowie! Ludzie nim wejdą, patrzą na porządek. Ty, Luba, zawsze nieogar.
Luśka zamknęła oczy, potrząsnęła głową, jakby mama akurat stała obok, a ona, Luba, znowu spuszczała wzrok z winy za swój nieład domowy.
W przyszłą niedzielę poprawił Karol.
No to jeszcze jest czas Luba nabrała trochę tlenu. Idę powiadomić Romka
Miała jeszcze tydzień na ogarnięcie mieszkania, odświeżenie okien, wyprasowanie wszystkiego, upięcie ręczników i schowanie porzuconego swetra.
Romek wieść o przyjeździe starszej pani, która kiedyś niańczyła jego ojca, przyjął bez emocji: Daj spokój, mamo! Żyj normalnie i koniec tematu! filozoficznie wyjaśnił przyszły biolog, patrząc, jak Luba gorączkowo sprząta z odkurzaczem. To nasza ekosystema, a ona organizm obcy. Przystosuje się to przeżyje. Jeśli nie, to trudno.
My się nie rozwijamy, Romek, tylko zarastamy! zdesperowana odpowiadała Luba. Bierz drugi odkurzacz, pomożesz mi! Nie chcę wstydu przed jakąś jej koleżanką! Pójdzie na skargę do babci Ireny!
Babcia i tak o wszystkim wie i nie przejmuje się wzruszył ramionami Romek i poszedł.
Luśka się zakręciła, ale nagle zadzwonił dzwonek przyszedł jej pierwszy uczeń, okrąglutki Andrzejek z seplenieniem. Ćwiczył dzielnie, a Luba wciąż kątem oka sprawdzała: tu kurz, tam nieumyte okno.
Okna! nagle jak obuchem wali ją myśl. Jeszcze nieumyte okna!
W głowie brzmiał głos mamy: Okna powinny być takie, że zdaje się, że ich nie ma! To świadczy o kobiecie!
Wrócił Karol, odciągnął żonę od szorowania i całą drogę do galerii opowiadał o cudownej Marii, jak bardzo mu pomagała, Luba tylko kiwała głową i wzdychała.
Tata, no już starczy, przyjedzie ta twoja druga mama. Zamykamy temat przerwał Romek.
Luba była mu za to wdzięczna…
Do następnej niedzieli czas minął błyskawicznie, jakby ktoś wrzucił szósty bieg.
W sobotę Karol pojechał po Marię, a Luba odwołała wszystkie lekcje, żeby przygotować wszystko na tip-top.
Romek wysłany do fryzjera, pies Gucio wykąpany i wygłaskany, okna lśniące jak nowe.
Luśka, będziemy dopiero koło trzeciej, robicie swoje, nie przejmujcie się. Maria się stresuje, że narusza waszą codzienność powiedział Karol przed wyjazdem.
Na obiad Luba postanowiła upiec kurczaka, ziemniaczki, surówkę wszystko na najwyższym poziomie.
Wstała przed siódmą, wysłała Romka z Guciem na spacer, weszła pod gorący prysznic i zanuciła pod nosem: Sen o Warszawie Potem już miała iść się myć zęby, gdy w drzwiach rozległ się trzask kluczem, głos Karola, do tego nieznany damski, pełen niepewności, radosne szczekanie Gucia i cichy westchnienie Romka.
Zaparowane lustro pokazało Lubie, w jakim stylu zamierza powitać gościa
No jesteśmy wszedł Karol, zerkając na żonę z ręcznikiem na głowie i szczoteczką w zębach, taszcząc krwistoczerwoną walizę, a za nim szła urocza, zarumieniona kobieta Maria Lechowicz we własnej osobie. Zachwycona obiecywała, że wszystko jest super, chwaliła mieszkanie i meble, była zachwycona, i w ogóle wszystko git. Luba za to czuła się jak siedem nieszczęść, z nieupieczonym kurczakiem i brudnymi łapami Gucia na błyszczącej podłodze… Wszystko, koniec, Luba fatalna gospodyni. Maria ścisnęła usta, dziś zimny deszcz, przez co kuchnia ociekała wodą, spojrzała za znikającą Lubą, a ta w te pędy poprawia siebie i otoczenie.
To tu, twoja kwatera otwierał drzwi Karol. Rozpakuj się spokojnie. Ja zaraz zrobię nam coś do jedzenia. Przebiorę się.
Maria podziękowała, a drzwi za wychowankiem zamknęła.
Jakim cudem jesteście tak wcześnie?! sapnęła Luba zza drzwi. Nie byłam gotowa! Karol, wstyd na cały dom!
Karol podziwiał odbicie Luby w szafie, zgrabne biodra, pochylone ramiona…
Co? rozmarzył się.
Pytałam, jak możecie być tak wcześnie? już ubrana Luba układała włosy. Pomóż zapiąć zamek.
Eee Maria miała dziś jakąś wizytę, zupełnie zapomniałem. Więc pojechaliśmy szybciej machnął ręką Karol, chciał pocałować, ale żona mu się wywinęła.
Po co jej tyle gratów? spytała, pakując szczotkę do szuflady.
Nie wiem Kobiety. Zawsze musicie mieć wszystko pod ręką.
Karol znowu dumnie się uśmiechnął, kolejna udana riposta na jego koncie.
Usiedli do śniadania. Luba zrobiła jajecznicę, Romek widząc, w jakim stanie jest mama, przygotował kanapki.
Maria weszła ostatnia, rozgląda się. Miejsce przy Romku czekało.
Smacznego wszystkim. Bardzo tu u was swojsko. Luba, pamiętam, jak dałam wam na ślub porcelanową zastawę z makami Nie macie jej gdzieś? Może ją złamaliście?
Luba wzruszyła ramionami. Ta zastawa roztrzaskała się zaraz po ślubie. Karol strzaskał karton na schodach. Cała w drobny mak.
Karol przeżuwał i nic nie pamiętał o porcelanie.
Może komu innemu dałam Luba zaczęła nalewać kawę.
Ale tu wieje, Luba, przesiądę się za ciebie, dobrze? poprosiła kapryśnie Maria.
Romek patrzył na matkę, ta wzruszyła ramionami.
Karol rozprostował ramiona. On tu przecież pilnuje porządku!
Luba, siądź tu bliżej do mnie, niech Marii nie przewieje! przesiadł żonę, a Marię posadził na jej miejscu.
Karolkiem zajmowałam się praktycznie od pieluch powiedziała nagle Maria. Ciężko jadł, ale potem się wyrobił. Oj, był trudny dzieciak.
Luba się zadławiła, Romek się uśmiechnął kąśliwie.
Młody człowieku, idź odrabiaj lekcje. Karol zawsze rano pracował, bo wtedy najlepiej się uczył Maria zebrała naczynia Romka, spojrzała na Lubę. Ta chciała coś powiedzieć, ale tylko westchnęła.
Romek, dopijając herbatę na stojąco, poszedł do swojego pokoju.
Podziękowała za śniadanie, zniknęła u siebie, wkrótce poprosiła Karola o przestawienie telewizora.
Słuchajcie, macie tu mało książek rzekła pod drzwiami podczas wyjścia Romka na piłkę. Romek mógłby poczytać klasykę. Ja przywiozłam trochę lektur, wieczorem sprawdzimy, co zna, czego nie zna wasz syn.
Tak, ciociu Mario. Bo tylko piłka mu w głowie, za mało wyrobiony zagrał Karol teatralnie, mrugnął do syna, podsunął mu worek ze strojem.
Wiedział dobrze, że Maria swoje Dostojevskie zawsze tacha ze sobą i wszędzie kładzie w kawiarni, w teatrze, nawet spać z nimi chodzi. Pewnie nie przeczytała ani strony, ale wygląda z takim tomikiem bardzo poważnie. Nawet jak w końcu leżeć będzie w szpitalu, z Dostojevskim spocznie na poduszce, by pokazać pielęgniarkom, że tu leży obyta kobieta.
Romek i Karol znikli z mieszkania.
Kiedy musisz wychodzić? spytała Luba Marię.
Ja? Ach tak Koło pierwszej, już muszę się szykować… A powiedz, czy Romek już ma dziewczynę? Karol to miał adoratorki od szóstej klasy taki był słodki! A potem ta Rózia, świetnie się dostosowywała! Takie są dobre, prawda? A psa trzeba przestawić, niech nie siedzi na kanapie zajrzała Maria do pokoju Luby. I szafkę na buty trzeba przestawić, bo zaraz coś zahaczę… No i widzisz, stało się! strąciła półki, a buty rozsypały się po przedpokoju. Takie obcasy są szkodliwe… Dobra, idę już. Luba, dzięki, że mnie przygarnęliście!
Maria poklepała Lubę po ramieniu i wskoczyła do windy.
Luba zamknęła drzwi i przystanęła.
Mamo, czemu ona się tak panoszy? Jeszcze Gucia pogoniła z kanapy! A mu wolno, sami mu pozwalamy! burczał Romek, wracając z treningu, głaszcząc psa po łbie. Ten wzdychał smutno.
No taka już jest. Zawsze lubiła rządzić. To tylko na chwilę, Romaszku. Wytrzymasz?
Luba czuła się źle nagle nie była już panią swego domu. Ale nie potrafiła się sprzeciwić. Przecież jak tu złajać kobietę, która przewijała twojego męża!
Wieczorem Maria zarządziła produkcję gołąbków w kuchni, każdy był zaangażowany, a Karol aż nadskakiwał przed gościem.
A potem zaczęło się jeszcze ciekawiej. W poniedziałek Maria ustawiła budzik na świt, wszystkich zerwała na rozgrzewkę.
A kiedy cię operują? spytała Luba po serii przysiadów, ledwie łapiąc oddech. Maria odpalała zegarek na komórce, ćwiczyli w systemie „czterdzieści sekund ruchu, dziesięć odpoczynku”. Oczywiście, nie wszyscy
Romek, zaraz po rozpoczęciu, zwinął się do szkoły. Tylko Karol ambitnie przysiadywał.
Dawaj, Luśka, dasz radę! Korygował żonę.
A więc kiedy? powtórzyła pytanie Luba.
Jutro mnie przyjmują. Karol, będziesz mnie odwiedzał? spytała Maria, w smutku.
Dwa dni cię nie będzie, to pestka! zaśmiał się Karol, potem przytaknął.
Poniedziałek był dla Luby ciężki. Lekcje się sypały, dzieci chorowały, albo wyjeżdżały na działki.
Telefon dzwonił, za oknem wrzeszczały wrony, Maria w swoim pokoju słuchała Zbigniewa Wodeckiego i śpiewała Zacznij od Bacha. Luba stała w korytarzu i patrzyła Maria tańczy, tupie do melodii.
Ona po prostu się stresuje tłumaczył Karol. Zawsze gdy się boi, słucha Wodeckiego.
Wieczorem Maria chciała poczytać z Romkiem Zbrodnię i karę, ale syn stanowczo odmówił. Maria zrobiła wielkie oczy, wysłuchała, co Romek myśli o tym Idiocie i o jej pobycie u nich, aż w końcu chłopak trzasnął drzwiami. Potem Maria przyszła do Luby, ta akurat załatwiała coś przez telefon.
Nie! wyrwała Maria komórkę, wrzasnęła do słuchawki: Albo pani przywiezie dziecko do Luby natychmiast, albo nie będzie już miało żadnej sesji z najlepszą specjalistką logopedii! Nie? To proszę się nie dziwić za kilka lat! Żegnam, mówi sekretarka Lubomiry Karolowskiej!
Oddała telefon Lubie, spoglądała przez okno. Luba przez moment stała jak wryta, aż nagle wybuchła.
Słucha pani, pani Mario?! Niech się pani nie wtrąca! Ani w moje życie, ani w moją pracę! Gołąbki robi się w swojej kuchni! Ja zadecyduję, gdzie leży Gucio, co kupuję, kiedy uczę! Mam nadzieję, że zabieg się uda i szybko wróci pani do siebie. Bardzo na to liczę!
Romek wstał, zaklaskał, Gucio popiskując przytulił się do nóg Luby, a Maria, obracając się w końcu od okna, uśmiechnęła się.
Luba aż zgłupiała, bo myślała, że zaraz się jej obry… Ale nie.
No i bardzo dobrze, Luba. Nigdy nie ulegaj. Mów swoje stanowcze nie, jeśli to nie są sprawy życia i śmierci. Podobasz mi się, bałam się, że jesteś za miękka, za bardzo się wszystkim przejmujesz. A nie trzeba. Niech gadają, a ty rób swoje. Nie chcesz, powiedz to wprost. Wszystko się upraszcza. Przepraszam za zamieszanie. Zawsze byłam prowokatorką. Karol wie Nie patrzcie tak, potwornie się denerwuję tą operacją! Gucio, dobry z ciebie pies! podrapała go po głowie. A chcecie marmolady? Mam rewelacyjną domową. Romek, chcesz?
Romek przewrócił oczami. Kobiety są dziwne to wie od dawna, ale żeby aż tak
Dzwonek. Przywieźli Andrzejka. Też dostał kawałek marmolady, a mama chłopca na osobności prosiła Lubę, by ich nie wyrzucać z listy.
Czy muszę dzwonić do sekretarki? spytała nieśmiało.
Nie, nie trzeba. Wasz chłopak robi postępy.
Luśka mrugnęła do sekretarki.
Wieczorem, gdy Karol z Romkiem grali na konsoli, Maria rozsiadła się wygodnie i opowiadała, jaki był Karol jak prawie przewiercił jej ścianę, jak go ganiła, jak omal nie utopił się, biegnąc po kruchym lodzie na staw. Ona go wyciągnęła, przytuliła, napoiła herbatą z miodem…
Ta Rózia wcale mi się nie podobała dodała na koniec Maria. Bez charakteru, jak plastelina Takiej nie lubię. A tej porcelany wcale nie żal tłukliście na szczęście i żyjecie razem szczęśliwie. Karol zawsze mnie kochał, wszystko mi wybaczy I ty też mi wybacz, Lubo. Dzięki za schronienie. Jesteś świetna
Marmolada powoli topniała na talerzyku, za oknem gasły światła miasta, a na wschodzie pojawiał się pomarańczowy pas przed świtem.
No, pora już wyszeptała Maria. Na ósmą muszę być w klinice
Karol pomógł kobiecie wsiąść do auta, przewiózł pustą Warszawą. Luba pojechała z nimi, na przednim siedzeniu czuła, jak Maria delikatnie drży.
Zadzwonię wieczorem zarządziła, poprawiając Marii płaszczyk. I nie dyskutuj! A potem znowu do nas.
Maria skinęła głową. No, z młodymi fajnie najciekawszy i tak Romek, inny niż Karol, bardziej zadziorny. Ale tak już jest jak sam powiada, to jego środowisko wewnętrzne i nie da się tego zmienić, ale można poznawać ile wleziePrzez następny tydzień mieszkanie zdawało się jakby większe i cichsze Gucio raz po raz zaglądał do pustego pokoju gościa, Romek zagryzał tosty i podrzucał psu kawałki marmolady, a Luba z ulgą rozprostowała ramiona, odkrywając, że nawet sweter porzucony na kanapie nie wygląda już tak kompromitująco. Było swojsko. Czekali na wieści.
Gdy w końcu rozległ się telefon, Karol niemal wyskoczył z butów, a Luba przyłożyła słuchawkę do ucha.
Halo, Luba? Słyszysz mnie?
Pani Mario! Jak się pani czuje?!
Słyszę lepiej, niż ty I widzę lepiej! Operacja udana, opuchlizna schodzi, doktor mówi, że mam oko jak sokół. A jak u was porządek i gołąbki? I jak Gucio dalej rozrabia?
Luba się śmiała, aż łzy stanęły jej w oczach. W głosie Marii nie było ani śladu niepokoju, tylko energia i czułość.
Chce pani wracać do nas na dochodzenie? spytała z przekomarzaniem.
Moja droga, oczywiście, jeśli mnie znów przyjmiecie, ale tym razem obiecuję nie ruszam kanapy, nie przestawiam butów i tylko jedną książkę przywiozę! I dodała ciszej, ciepło, jakby przez wiele kilometrów przeniosło się babcine pogłaskanie: Ale ty, Luba, pamiętaj: dom to nie ścierka i nie okno. To ludzie. I twoje zasady. Tylko tyle i aż tyle.
Wieczorem, gdy Karol wrócił z Romkiem, a Gucio zatańczył pod drzwiami, Luba spojrzała na rozbity na kawałki świat codzienności całkiem zwyczajny, wygodny, lekko niechlujny, za to ich własny, pełen śmiechu i czułości. Nagle zrozumiała, że nie musi mieć podłóg na połysk, by być dobrą żoną i matką. Bo najlepsze domy to te, gdzie można być sobą i ugościć drugiego człowieka bez wstydu.
A gdy za tydzień Maria wróciła, już bez wielkiej walizki, niosąc tylko słoik marmolady i tomik Dostojevskiego, Luba otworzyła drzwi szeroko.
Dzień dobry, pani Mario. Zrobiłam bałagan. Zostaje pani na długo?
Maria roześmiała się, a na głowie błyszczał jej miękki turban.
Tak długo, jak długo nie będziecie mnie chcieli wyrzucić.
I wtedy wszyscy nawet Romek i nawet pies wiedzieli, że dopiero teraz ten dom jest naprawdę pełny.
A Luba myślała z dumą, że od dziś, w tym domu, jej zasady znaczą wszystko. I to wystarczało na szczęście.



