Moje zasady

Moje zasady

Jak to często bywa, Weronika nie znała swojego ojca. Zostawił ją z matką zaraz po narodzinach. Mieszkali w małym miasteczku, w drewnianym domku. Matka nie rozpieszczała córki. Od dziecka Weronika umiała rozpalić w piecu, pielić i podlewać ogródek, chodzić po zakupy.

Uczyła się na samych piątkach, szkołę lubiła, marzyła o karierze aktorskiej i życiu w dużym mieście. Po maturze wyjechała z rodzinnej miejscowości do Lublina, znalazła pracę według pierwszej lepszej oferty i zapisała się na zaoczne studia.

— Marzenia marzeniami, ale zawód trzeba wybrać taki, który zawsze da chleb — mawiała matka. — Aktorzy to raz mają grubo, a raz cienko.

Po studiach, gdy zaczęła lepiej zarabiać, Weronika kupiła sobie samochód na kredyt. Nie żaden Mercedes, skromne używane Opla Corsę, ale solidną. Dumna przyjechała nim do matki w odwiedziny.

Teraz ma już inny samochód, ale pierwszy wspomina z sentymentem. Niedawno zobaczyła go na parkingu i aż oczy przecierała, że ta stara jeszcze jeździ. Sama by do dziś nim jeździła, gdyby… Jak to zwykle bywa, zakochała się. Pierwsze uczucie, pierwsze doświadczenie. Już po kilku tygodniach chłopak zaproponował wspólne mieszkanie. Wynajęli małe mieszkanko. Wkrótce namówił Weronikę na sprzedaż auta.

— To stary grat, zaraz się rozleci. Sprzedajmy i kupimy nowe, które posłuży nam lata — przekonywał. — Lepiej teraz, póki jeszcze dobrze wygląda i jeździ.

Weronika się zgodziła. Bo jak inaczej? Faceci lepiej znają się na takich rzeczach niż młode dziewczyny. Zostawiła mu sprzedaż. Na nowy samochód wzięła kredyt. Chłopak obiecał, że pomoże spłacać. Jakże się cieszyła z nowej Toyoty Yaris!

Ale jakoś tak wyszło, że głównie on jeździł tym autem. Zawiózł Weronikę do pracy i ruszał w swoją stronę. Parę razy dorzucił się do raty, a potem oznajmił, że brakuje mu pieniędzy.

I może nic by się nie stało, Weronika nadal go kochała, tłumaczyła go przed sobą, aż w końcu sąsiadka zatrzymała ją w podwórku i zapytała, czy wie, że jej chłopak przyprowadza do mieszkania inne dziewczyny.

— Na własne oczy widziałam, jak podjechały pod dom, weszły pod pachą do klatki i wyszły po trzech godzinach.

— Tak, wiem. To… — Weronika nie znalazła słów od gniewu i upokorzenia. — Przepraszam, spieszę się — wydukała i szybko poszła w stronę klatki.

— Wypędź go, dziewczyno, póki czas — krzyknęła za nią sąsiadka.

W domu dała upust złości i łzom. Gdy chłopak wrócił, odebrała mu kluczyki i wyrzuciła za drzwi.

Została sama, z samochodem i kredytem. Wieczorami sprzątała biuro, gdzie pracowała, żeby nikt z kolegów nie wiedział. Dorabiała korespondencją, uczyła angielskiego. Ledwo wracała do domu, ale szybko spłaciła kredyt. Potem kupiła mieszkanie na kredyt hipoteczny.

Pewnego razu przyjechała do matki na urlop. Po dużym mieście rodzinna wioska wydała się jeszcze mniejsza i zniszczona.

— Czemu sama? Młodość nie trwa wiecznie. Nikt ci się nie podoba? Taka ładna, z samochodem — szanownie powiedziała matka.

Weronika w przypływie żalu opowiedziała jej o swoim nieudanym związku.

— Zbyt ufna jesteś. Mówiłam, że w dużym mieście same pokusy i oszuści. Książki czytasz o miłości, a życie inne. Rycerzy już nie ma, każdy chce żyć na koszt księżniczki. No, znajdziesz jeszcze swoją drugą połówkę. — Matka wyszła, ale po chwili wróciła z zawiniątkiem.

— Masz. Na twoje wesele zbierałam. Nie będziesz wiecznie w wynajętym. Trochę tego jest, ale na wkład własny starczy.

Weronika rozpłakała się i ucałowała matkę. Obie miały łzy w oczach.

Po powrocie do miasta kupiła małe kawalerkę. I tak wracała tam tylko spać. Wciąż pracowała i uczyła angielskiego po godzinach, żeby spłacać kredyt. Ale sprzątania w biurze zaniechała. Zmęczona, ale zadowolona wracała do swojego mieszkanka.

Pamiętając swoje doświadczenia, ostrożnie podchodziła do mężczyzn. Bała się poważnych związków, nie wpuszczała nikogo w swoje życie. W wieku dwudziestu ośmiu lat miała mieszkanie, połowę spłaconego kredytu i samochód, którym dojeżdżała do uczniów.

Wszystko osiągnęła sama, swoją pracą i uporami. Nie każdy chłopak by tak potrafił. Nie miała bogatej rodziny ani ojca, który by pomógł. Wszystko sama.

Tylko w miłości nie układało się. Nie miała czasu ani okazji poznawać mężczyzn. A jeśli już kogoś spotkała, nie spieszyła się, by go wpuścić do swojego życia — stała się ostrożna. Choć bardzo chciała rodziny, męża, dzieci…

Aż tu nagle, jak grom z jasnego nieba, zjawiła się u niej dawna szkolna koleżanka, Kasia. Przywiozła od matki słoiki i adres Weroniki.

— Szczęściara z ciebie. Dobrze zrobiłaś, że uciekłaś z tej naszej dziury. Masz swoje mieszkanie, samochód, zarabiasz nieźle. A ja przez Adasia pozostalam. Kochałam go od szkoły. Pamiętasz? Chory był jego ojciec. Opiekowałam się nim jak rodna córka. Wynieśłabym i nocnik. I na co mi to było?

A potem ojciec umarł. Szkoda go, ale czemu Bóg mnie karze? Już z Adasiem myśleliśmy o ślubie, aż tu zjawiła się nowa nauczycielka. Nie wiem, jak się poznały, ale Adaś zaczął za nią biegać. Jak się dowiedziałam, urządziłam im taką awanturę, że jeszcze długo będą pamiętać.

Ja się ojca jego opiekowałam, a on teraz broni tej swojej lali! Wzięłam i wyjechałam. Spotkałam twoją matkę w sklepie, dała twój adres. Można u ciebie trochę pomieszkać? Znajdę pracę, wynajmę pokój… — zakończyła Kasia.

— No to zostań. I tak tylko spać wracam. Nawet kota nie mogę mieć. Kupię jutro łóżko turystyczne. — Weronika wskazała kanapę.

— Oj, daj spokój, nie na długo.

Tak to tak, ale Weronika przywykła do samotności. Nie wyrzuci jednak przyjaciółki na ulicę. Nie po ludzku.

— PościWeronika spojrzała na Kasię i nagle zrozumiała, że nie może pozwolić, by przeszłość znów zaciążyła nad jej życiem, więc postanowiła pomóc przyjaciółce, ale tym razem – na własnych zasadach.

Oceń artykuł
Dodaj komentarze

;-) :| :x :twisted: :smile: :shock: :sad: :roll: :razz: :oops: :o :mrgreen: :lol: :idea: :grin: :evil: :cry: :cool: :arrow: :???: :?: :!:

6 − 2 =

Moje zasady