Pamiętam, że kiedyś, w małej wsi nad Bugiem, mój ojciec wypowiedział ostatnie słowo: Kochana córeczko, obrażaj się na mnie, ile tylko chcesz. Jego serce było zgniłe, nie ma co się sprzeczać, Bogno. Za Jerzego po pójdziesz i to koniec. Z nim życie będzie jak za kamienną ścianą nie usłyszysz od niego złych słów. Był przecież dobrym człowiekiem, rozumiesz? mówił Anatol Tarasowicz, próbując objąć swoją ukochaną córkę.
Wiedziałam, że nie pójdę przeciw woli ojca, ale w końcu odciągnęła jego rękę, rozpłakała się i krzyknęła: Na miłość nie ma przymusu!. Anatol spojrzał w niebieskie oczy mojej ukochanej, uparta i samodzielna, i rzekł twardo: Nie będziesz siłą kochana! Idź, Bogno!.
Na brzegu rzeki czekał na mnie Jerzy. Serce znów zabiło mocniej. Był piękny, chciałam z nim spędzić całe życie. W tej chwili nienawiść do ojca przytłoczyła mnie. Nigdy nie pomyślałabym, że mogę poczuć taką wściekłość przecież zawsze był dla mnie wzorem i opoką. Lecz błagania i namowy nie pomogły.
Co? Ojciec zły czy rozpuszczony? zapytał Jerzy, przesuwając dłonią po czarnych kręconych włosach i patrząc w moje ciemne oczy otoczone gęstymi rzęsami.
On powiedział, że nie możemy być razem. Wszystko na nic Nie da się go przekonać jęknęłam gorzko, przylegając do jego ramion.
Spróbuj jeszcze! Nie pasuję mu w roli narzeczonego! Mamy dom, mamy gospodarstwo, a on wciąż uparty wykrzyknął złość Jerzy, uderzając nogą pod kaczątko, które pływało wzdłuż brzegu.
Uważaj, kaczątko! krzyknęła Bogno.
Ojej, już mam o czym pomyśleć. Kaczka i kaczka Nie dotykaj jej, bo się obudzi. Chodźmy lepiej na spacer zaproponował Jerzy i poprowadził mnie w stronę lasu.
Wracając wkrótce do domu, natknęłam się na Marka. Gdy mnie zobaczył, zarumienił się po uszy.
Był niskiego wzrostu, miał piegowy pysk, blond włosy i przejrzyste niebieskie oczy, które często żartobliwie nazywałam wybielonymi. Nie był tak przystojny jak Jerzy, a ojciec zdawał się go odrzucać. Chciałam rzucić mu jakąś obelgę, lecz zobaczyłam, że trzyma w rękach kaczątko.
Dokąd to zmierzasz? uśmiechnęłam się.
Poszedłem nad rzekę popływać. Zobaczyłem leżące i podniosłem; wtedy zaczęło cicho jęczeć, chyba złamało nóżkę. Pokażę to ojcu, on potrafi leczyć zwierzęta odparł Marek, patrząc mi w oczy.
Zrozumiałam, że to właśnie to kaczątko wpadło pod nogę Jerzego i nie pomogliśmy mu. Zobaczyłam, że rozprzestrzenia się wioska, a ja zarumieniłam się na wskroś i szybko odeszłam.
Czułam wstyd, że mój ukochany skrzywdził małe stworzenie, a nielubiana mi osoba je ratuje. Dlaczego tak się stało?
Od tej chwili kaczątko przywiązało się do Marka i podążało za nim po całej wsi, nawet spało przy jego strychu. Gdy podążało, uważnie spoglądało, czy nie zgubi się swojego ukochanego właściciela.
Są hodowcy świń, ale ty jesteś kaczkarskim baranem, idioto. Kaczka jest równie głupia drwił Jerzy, próbując prowokować Marka. Ten jednak nie zwracał na to uwagi i przechodził obok.
Wkrótce wyznaczono termin ślubu Marka i Bogny. Dziewczyna płakała nieprzerwanie, Jerzy namawiał ją, by uciekała razem z nim, lecz ona, choć kochała go bez pamięci, nie zgodziła się. Widząc gniew ojca, poczuła, że może nigdy nie zostanie dopuszczona na ołtarz. Matka nie miała nic przeciwko ojcu. Była jedyną córką, matka chorowała, a dwóch braci zmarło w dzieciństwie. W jej rodzinie nie było już nikogo, kto mógłby pomóc.
W dniu ślubu stała przed lustrem, patrząc na siebie w białej sukni, a ojciec był wzruszony jej złote kosmyki lśniły.
Najpiękniejsza panna młoda! pocałował ją Anatol Tarasowicz, po czym dodał:
Czy wciąż się na mnie gniewasz, kochana? Życzę ci szczęścia, złota dziewczynko! Podziękuj mi później!
Nigdy! Zrobiłam, co chciałeś, ale dziękować nie, tato odwróciła się w stronę okna.
Jerzy tańczył na weselu z Kasią. Zazdrościła mu, widząc, jak dziewczyna spogląda na niego. A ja, Bogno, już była zamężna.
Pozostało tylko przygryzać łokcie i patrzeć, jak dawny ukochany przytula się z inną Wtajemniczonym wzrokiem spojrzała na Marka. On nie pił, a kaczątko kręciło się przy nim.
Jako głupiec! pomyślała z gniewem.
Matka pomogła mi się rozebrać. Z przerażeniem spoglądała na drzwi, z których miał się zjawić niepożądany mąż. Wszedł, stał chwilę, spojrzał na moje zaciśnięte wargi i odwrócił się, by odejść.
Co? Idziesz? Co powiem ludziom? Czy mi się nie podobam? podskoczyłam z łóżka i podbiegłam do niego.
Milcząco stał, spojrzał na mnie i zawiązał chustę na ramiona.
Podobasz mi się. Bardzo. Jesteś moją kochaną, najdroższą. Chociaż widzę w tobie brud, to nic. Żyjmy tak, jak możemy, ale dopóki sama nie podejdziesz, nie potrafię powiedział Marek i odszedł.
To się nigdy nie spełni! krzyknęła wściekle, podążając za nim.
Spotkałam Jerzego w dzień. Wciągnął we mnie zadymiony oddech i próbował mnie zwabić do lasu, całując.
Co? Zwariowałeś! Co ci wolno? odpowiedziała Bogno.
A co? Masz już męża. Czy możesz być ze mną, czy już nie? odezwał się Jerzy z pogardą.
Odeszłam.
Tak mijały dni. Młoda para zamieszkała osobno, a Marek zawsze miał coś do roboty. Pewnego razu poszliśmy do lasu po grzyby, gdy poślizgnęłam się. Mąż uniósł mnie w ramionach.
Wieczorami spacerowaliśmy, huśtaliśmy się na huśtawce nad wodą, a kaczątko szumiało tuż za nami. Z biegiem lat gniew wobec Jerzego zaczął ustępować.
Wiedziałam, że spotyka się z Kasią i że zbliża się kolejny ślub, ale zazdrość przestała istnieć. Nie rozumiałam, dlaczego tak się dzieje. Marek nie próbował się do mnie zbliżać.
Pewnego razu wybuchł pożar w domu sąsiadki. Obudziłam się w płomieniach i pobiegłam na pomoc. Sąsiadka z trzema dziećmi stała w progu, starszy chłopiec Szymek przybył z sąsiedniej wsi.
Tyś dzielny, chłopcze. Pierwszy przybiegł, wiele pomógł. Złoty chłopiec pogłaskała mnie po ręce.
Marek? Gdzie on? spytałam, czując, że w sercu robi się zimno.
W środku. Nasz pies, Galka, się zgubił. Szukałem, nie mogłem jej znaleźć. Mówiłam mu głupie rzeczy, a on znów tam był. Nie mógł go szukać, bo dzieci krzyczą o psie wytrzeć ręką po twarzy.
Nagle spadł sufit. Krzyknęłam i straciłam przytomność.
Obudziłam się, gdy ktoś gładził mnie po twarzy. Spojrzały na mnie męskie oczy.
Co się stało? ledwo wymamrotałam.
Przez okno zdążyłem. Galkę ledwo znalazłem pod łóżkiem. Marek uśmiechnął się do mnie.
Byłam przerażona o ciebie. Kocham cię! płacząc, przytuliłam się do jego barku.
Po dziewięciu miesiącach przyszedł nasz syn, Mikołaj. Marek, odziedziczony po ojcu talent, leczył krowy, konie, potrafił postawić na nogi zwierzęta nawet w beznadziejnych wypadkach. Ludzie z daleka przyjeżdżali po jego pomoc.
Kocham męża i nie mogę pojąć, jak mogłam kiedyś zachwycić się Jerzym, który poślubił Kasię, dużo pił, hulakał i ranił żonę, a potem stał się niepełnosprawny. Patrząc na nasze życie, przerażało mnie, że mogłabym skończyć jak Kasia, gdyby nie twarda wola ojca.
Wyszłam na podwórze, gdzie Anatol Tarasowicz bawił się małym Mikołajem.
Tato chciałam podziękować, że nie pozwoliłeś mi wyjść za Jerzego. Za to, że widziałeś, co jest dla mnie lepsze. Przebacz mi podeszłam i pocałowałam ojca.
Ach, młodość. Dobrze, rozumiem. Z naszych lat wiemy, kto jest człowiekiem, a kto nie Nie mogłem oddać jedynej ukochanej córki temu potworowi. Wiedziałem, że się na mnie gniewasz, ale minęło i wszystko się ułożyło. Starsze dzieci, słuchajcie rad. Życie minęło, widzimy je. Niech Bóg wam da szczęście! uśmiechnął się Anatol.
Bogno dożyła podeszłego wieku. Razem z Markiem robili wszystko wspólnie: kosili pole, on tuż obok. Mieliśmy pięcioro dzieci, mnóstwo wnuków. Szczęśliwa rodzina, w której przysłowie Miłość nie zna przymusu nabrało nowego znaczenia.



