Moje słowo ostatnie. Ty, córko, gniewaj się tyle, ile chcesz, na ojca. Lecz dusza jego zgniła. Nie spieraj się, Łucjo. Za Józefa pójdź i koniec. Z nim całe życie będzie jak za kamiennym murem złego słowa nie usłyszysz. On jest dobrym człowiekiem, rozumiesz? rzekł Antoni Tarasiewicz, starając się objąć swoją jedyną córeczkę.
Łucja wiedziała, że nie może iść wbrew woli ojca. Odciągnęła mu rękę, rozpłakawszy się i krzyknęła: Na miłość nie ma siły!. Antoni spojrzał w niebieskie oczy ukochanej dziewczyny upartej i samodzielnej. Nie pozwolił jednak, by była nieszczęśliwa, i mocno rzekł: Nie będziesz się wymuszała! Idź, Łucjo!.
Nad Wisłą czekał na nią Józef. Serce jej zabiło mocniej. Jakże piękny był, a ona marzyła spędzić z nim całe życie. W tej chwili nienawiść wobec ojca przybrała w niej niespotykaną siłę ojciec był dla niej wzorem i podporą. Lecz błagania i namowy nie przyniosły skutku.
Co z ojcem? Zły czy już rozpuszczony? zapytał Józef, przechodząc dłonią po czarnych lokach i patrząc na nią ciemnymi oczami w otoczeniu puszystych rzęs.
On powiedział, że nie będziemy razem. Wszystko daremne Nie da się go namówić westchnęła Łucja gorzko.
Spróbuj jeszcze! A ja wbrew niemu się nie poddadę! Mamy domek i gospodarstwo, a on jest uparty rzucił Józef, złość go porwała i kopnął kaczątko, które pływało przy brzegu.
Co ty, kaczko! Uważaj! krzyknęła Łucja.
O, już mam o czym pomyśleć. Kaczka i kaczka. Nie dotykaj jej, bo się odrodzi. Idźmy lepiej na spacer odparł Józef i poprowadził dziewczynę w stronę lasu.
Wracając wkrótce do domu, natknęła się na Marka. Chłopak, widząc Łucję, mocno się zaróżowił. Niskiego wzrostu, z piegami na twarzy, blond włosami i przejrzystymi niebieskimi oczami, które Łucja żartobliwie nazywała wyblakłymi. Niepozorny, zupełnie inny niż Józef. Dlaczego ojciec tak się upiera? Łucja chciała mu coś powstrząsnąć, lecz ujrzała w rękach Marka kaczątko.
Dokąd to idziesz? uśmiechnęła się.
Szedłem nad Wisłę się kąpać. Zobaczyłem leżące, podniosłem, a ono jęknęło żałośnie. Pewnie nogę zraniło. Pokażę ojcu, bo umie leczyć zwierzęta odparł Marek, patrząc w oczy Łucji.
Zrozumiała, że to właśnie ona spowodowała, że kaczątko wpadło pod nogi Józefa. Nie pomogli mu. Łucja zaróżowiła się mocno i poszła dalej. Zawstydzona, że jej ukochany skrzywdził małe stworzenie, a nieprzyjazny człowiek je ratuje, nie mogła pojąć, czemu tak się stało.
Od tej pory kaczątko przywiązało się do Marka i podążało za nim po całej wsi, nawet spało przy stogu siana. Śmieszne było, że szurało za nim, czujnie patrząc, czy nie zgubi się swojego ukochanego właściciela.
Są rzeźnicy, a tu kaczyrzeźnik, kretyn. Kaczka taka sama. Przydatne tylko na stół drwił Józef, próbując drażnić Marka. Marek jednak nie reagował, przechodził obok z podniesionym nosem.
Niedługo wyznaczono dzień ślubu Marka i Łucji. Dziewczyna płakała nieustannie. Józef namawiał ją na ucieczkę razem, lecz ona, choć kochała go bez pamięci, nie zgodziła się. Wyobrażyła sobie gniew ojca, który mógłby jej nie pozwolić wejść na próg. Matka nie miała nic przeciwko ojcu. Łucja była jedyną córką, matka chorowała, dwóch braci nie przeżyło dzieciństwa. W domu było pięcioro dzieci, a ona jedyną dziewczyną.
W dniu wesela stała przed lustrem, patrząc na siebie. Ojciec rozpuszczał się ze wzruszenia biała suknia była cudowna, a złote kosmyki lśniły.
Najpiękniejsza panna młoda! pocałował ją Antoni Tarasiewicz. Czy gniewasz się na mnie, córeczko? Życzę ci szczęścia, złota dziewczynko! Dziękujesz później!
Nigdy! Zrobiłam, jak chciałeś. Ale dziękować Nie, tato odwróciła się Łucja w stronę okna.
Józef na jej weselu tańczył z Kasią. Łucja zawsze zazdrościła Kasi, widząc, jak patrzy na Józefa. Cóż, Łucja była już zamężna.
Pozostało jej tylko gryźć łokcie i patrzeć, jak dawny kochanek jest z inną Łucja po cichu spojrzała na Marka. On nie pił, a kaczątko kręciło się przy nim.
Co za głupi! pomyślała ze złością.
Matka pomogła jej się rozebrać. Z przerażeniem spoglądała na drzwi, z których miał się zjawić nielubiany mężczyzna. Ten wszedł, zatrzymał się, spojrzał na jej spięte wargi i odszedł.
Co? Idziesz? Co powiem ludziom? Czy nie podoba mi się? Łucja wskoczyła z łóżka i podbiegła do mężczyzny.
On milcząco stał, spojrzał na nią i nałożył szal na ramiona.
Podoba mi się. Bardzo. Jesteś kochana, najdroższa. Tylko że jesteś brzydka, widzę. A jeśli tak nic, przeżyjemy jakoś. Lecz dopóki sama nie podejdziesz, nie mogę i odszedł Marek.
To się nigdy nie stanie! wykrzyknęła wściekle, podążając za nim.
W dniu spotkała Józefa. Wdychając jego dym, próbował zwabić ją do lasu, całując.
Co? Zwariowałeś! Co sobie myślisz? zaczęła wykrzykiwać Łucja.
Co? Masz już męża. Może i ze mną, czy już nie kochasz? rzucił Józef.
Jednak uciekła.
Tak mijały dni. Młodzi zamieszkały osobno, a Marek zawsze był zajęty czymś. Pewnego razu poszli do lasu po grzyby, gdzie Łucja skręciła kostkę. Mąż podniósł ją w ramionach. Wieczorami spacerowali, kołysząc się na huśtawce nad wodą, a kaczątko szurało za nimi. Z czasem gniew Józefa znikał.
Łucja wiedziała, że Józef spotyka się z Kasią i wciąż planuje kolejne wesele, ale zazdrość już jej nie doskwierała. Nie rozumiała, dlaczego tak się dzieje. Marek nie próbował się do niej zbliżać.
Pewnego razu pożar wybuchł w domu sąsiadki. Łucja obudziła się w płomieniach, pobiegła na miejsce. Ludzie już się zebrali. Sąsiadka z trzema dziećmi, najstarszy Szymon, przyjechał z sąsiedniej wioski.
Twój chłopak, prawdziwy bohater! Pierwszy przybiegł i pomógł wiele uratować. Złoty chłopak pogłaskała Łucję po ręce.
Marek? Gdzie on? zapytała, czując, że w środku wszystko zamarzło.
W środku. Mamy psa, Galkę. Zniknęła gdzieś, nie mogę jej znaleźć. Powiedziałam mu, że ma wrócić, a on znów tam był. Gdyby nie szukał, dzieci by się gniewały wytrzeć twarz chustą.
Nagle spadł dach. Łucja krzyknęła i straciła przytomność. Otworzyła oczy, czując czyjeś dłonie głaszczące twarz. Spojrzały na nią męskie oczy.
A ty jak się czujesz? Trzeba było lecieć przez okienko wymamrotała.
Przez okno udało się. Galkę ledwie znalazłem, wpadła pod łóżko. Tylko z trudem odparł Marek, uśmiechając się do żony.
Bałam się o ciebie. Kocham cię! wypłakała się, przytulając się do jego ramienia.
Po dziewięciu miesiącach przyszedł ich syn, Mikołaj. Marek, przejąwszy umiejętności ojca, leczył krowy, konie, mógł postawić na nogi zwierzęta nawet w beznadziejnych przypadkach. Z daleka do niego jeździli ludzie.
Łucja kochała męża i nie potrafiła pojąć, jak mogła kiedyś zachwycić się Józefem, który poślubił Kasię, pił, hulakał i bił żonę, zostawiając ją na niepełnosprawną. Patrząc na własne życie, przerażona myślała, że mogłaby skończyć jak Kasia, gdyby nie żelazna wola ojca.
Wyszła na dwór, gdzie Antoni Tarasiewicz bawił się małym Mikołajem.
Tato Tato, chciałam podziękować. Za to, że nie pozwoliłeś mi wyjść za Józefa. Za to, że widziałeś, co jest dla mnie lepsze. Przebacz mi podeszła Łucja i pocałowała ojca.
Ach, młodość. Dobrze, rozumiemy. Z naszych lat wiemy, kto jest człowiekiem, a kto nie Nie mogłem oddać jedynej ukochanej córki temu potworowi. Wiedziałem, że się na mnie gniewasz. Ale minęło już i jest dobrze. Starsze, córeczko, trzeba słuchać. Życie przeżyliśmy, widzimy. Niech Bóg wam da szczęście! uśmiechnął się Antoni.
Łucja dożyła podeszłego wieku. Razem z mężem robili wszystko wspólnie. Zebrali pięcioro dzieci, było mnóstwo wnuków. Szczęśliwa rodzina. Przysłowie Na miłość nie ma siły nabrało nowego znaczenia.



