Drogi Dzienniku,
Dziś po raz ostatni wypowiedziałem słowa, które ciężko mi zaakceptować. Mówię do siebie, a w szczególności do mojej córki, Bogny. Niech się gniewa na mnie ile chce, serce ojca wciąż jest zepsute i zgniłe. Nie ma sensu się kłócić, Bogno. Idź do Marka to koniec. Z nim będziesz żyła jak za kamiennym murem, nie usłyszysz już złych słów. On jest dobrym człowiekiem, rozumiesz?
To moje ostatnie słowo. Obrażaj się na mnie, dziewczyno, ile chcesz, ale nie oddam ci Jaceka. Nie wyjaśniaj, wiem wszystko: piękny, śpiewa piosenki, przyciąga uwagę. Lecz dusza jego jest zgniła. Nie kłócz się, Bogno. Idź do Marka i koniec. Z nim będziesz zamknięta za kamienną ścianą, nie usłyszysz już złych słów. To człowiek godny szacunku widzisz? próbował objąć mnie Michał Tomaszewski, mój ojciec.
Wiedziałam, że nie pójdę wbrew woli ojca, ale odciągnęłam jego rękę i, płacząc, krzyknęłam: Na miłość nie ma siły!
Michał Tomaszewski spojrzał w niebieskie oczy mojej ukochanej córki. Była uparcie niezależna, lecz nie pozwolę jej być nieszczęśliwą. Zdecydowanie rzekł: Będziesz zmuszona, kochana! Idź, Bogno!.
U brzegu Wisły czekał na nią Jacek. Serce znów zabiło mocno. Jakże piękny był, marzyłam o wspólnym życiu z nim.
W tych chwilach nienawidziłam ojca. Nigdy nie przypuszczałam, że mogę go tak nienawidzić był dla mnie wzorem i oparciem. Lecz błagania i namowy nie pomogły.
Co z ojcem? Czy jest zły, czy zrozpaczony? zapytał Jacek, przeczesując czarne loki i patrząc na mnie ciemnymi oczami otoczonymi gęstymi rzęsami.
On powiedział, że nie możemy być razem. Wszystko na próżno Nie da się go namówić rzuciłam gorzko na jego ramiona.
Spróbuj jeszcze raz! Ja nie będę twoim narzeczonym! Mamy dom, gospodarstwo, a on jest uparty Jacek z gniewu zamachnął nogą i potrącił kaczątko, które trzepotało po brzegu.
Co ty, kaczuszko! Ostrożnie! krzyknęła Bogna.
Ojej, już mam o czym pomyśleć. Kaczka to kaczka. Nie dotykaj jej, bo się podniesie. Chodźmy lepiej na spacer powiedział Jacek i poprowadził mnie w stronę lasu.
Wracając wkrótce do domu, natknęłam się na Marka. Gdy zobaczył Bognę, zarumienił się mocno.
Marek był niskiego wzrostu, miał piegi na twarzy, blond włosy i przejrzyste niebieskie oczy, które Bogna żartobliwie nazywała wyprane. Nie był tak atrakcyjny jak Jacek. Dlaczego ojciec tak się opiera? Bogna chciała mu coś powścić, lecz zobaczyła, że trzyma w ręku kaczątko.
Dokąd to idziesz? uśmiechnęła się.
Chodziłem nad rzekę, kąpałem się. Zobaczyłem leżące, podniosłem, a ono piszczy straszliwie. Najwyraźniej złamało nóżkę. Pokażę to ojcu, on potrafi leczyć zwierzęta odparł Marek, patrząc w oczy Bognie.
Zrozumiałam, że to właśnie to kaczątko Jacek przypadkowo zranił. Nie pomogliśmy mu. Bogna zarumieniła się i szybko odszedła dalej.
Czuła wstyd, że jej ukochany skrzywdził małe stworzonko, a człowiek, którego nienawidziła, je ratuje. Dlaczego tak?
Od tej pory kaczątko przywiązało się do Marka i podążało za nim po całej wsi, nawet spało przy sianie. Śmieszne było, że szczekało i czujnie patrzyło, czy nie zgubi się swojego pana.
Są rzeźnicy, a to kaczkowiec, głupi. Kaczka jest taka sama. Są przydatne tylko na stół drwił Jacek o Marku.
Marek jednak nie zwracał na to uwagi i przechodził obok.
Wkrótce wybrano dzień ślubu Marka i Bognę. Dziewczyna płakała bez przerwy. Jacek namawiał ją do ucieczki razem, lecz ona, choć kochała go bez pamięci, nie zgodziła się, widząc gniew ojca.
Ojciec mógłby jej nie pozwolić wejść na próg. Matka nie mogła sprzeciwić się ojcu. Bogna była jedyną córką, matka chorowała, dwóch braci nie przetrwało dzieciństwa. W domu było pięcioro dzieci, a ona rosła jedyną dziewczyną.
W dniu ślubu stałam przed lustrem. Ojciec rozmarzył się suknia była piękna, złote włosy
Najpiękniejsza panna młoda! pocałował mnie Michał Tomaszewski.
Złości się na mnie, córeczko? Życzę ci szczęścia, złota dziewczynko! Podziękuj mi później! dodał.
Nigdy! Zrobiłam, co chciałeś. Ale dziękować Nie, tato odwróciłam się w stronę okna.
Jacek tańczył na naszym weselu z Kasią. Zawsze zazdrościłam jej, widząc, jak patrzy na niego. No cóż, Bogna już była zamężna.
Zostało mi tylko gryźć łokcie i patrzeć, jak dawny kochanek jest z inną Spojrzałam podstępnie na Marka, który nie miał nic do picia. Kaczątko kręciło się przy nim.
Co za głupiec! pomyślałam z gniewem.
Matka pomogła mi się rozebrać. Z przerażeniem spoglądałam na drzwi, skąd miał przyjść niechciany mąż. Wszedł, stał, spojrzał na moje ściśnięte wargi i odwrócił się odejść.
Co? Idziesz? Co powiem ludziom? Czy jestem nie lubiana? wyrwałam się z łóżka i podbiegłam do niego.
Milczał, spojrzał na mnie i owinął szalem moje ramiona.
Podobasz mi się. Bardzo. Jesteś moja, najdroższa. Tylko że jesteś brzydka, rozumiem. Jeśli tak nic, będziemy żyć. Ale dopóki nie przyjdziesz sama, nie mogę i Marek odszedł.
To nigdy się nie stanie! krzyknęłam wściekle po jego plecach.
Spotkałam Jaceka w dzień. Dym jego papierosów wciągnął mi w oczy, próbował mnie zwabić do lasu i pocałować.
Co? Zwariowałeś! Co sobie myślisz? zaczęłam go przytłumieni.
A co? Masz teraz męża. Możesz i ze mną, czy nie? złośliwie odpowiedział Jacek.
Odeszłam.
Tak płynęły dni. Młode małżeństwo mieszkało osobno, a Marek był zawsze zajęty. Pewnego razu poszliśmy do lasu po grzyby, przytrafiło się, że skręciłam kostkę. Mąż niósł mnie na rękach.
Wieczorami spacerowaliśmy, huśtaliśmy się na huśtawce nad wodą, a kaczątko wciąż błąkało się za nami. Z biegiem czasu uraza Jaceka zaczęła słabnąć.
Wiedziałam, że spotyka się z Kasią i planuje kolejne wesele. Zazdrość już nie istniała. Nie rozumiałam, co się ze mną dzieje. Marek nie próbował się zbliżyć.
Pewnego dnia pożar wybuchł w domu sąsiadki. Obudziłam się w płomieniach, pobiegłam na miejsce, ludzie już się tam zbierali.
Sąsiadka z trójką dzieci, najstarszy, Szymek, przybył z sąsiedniej wioski.
Ty, młodzieńcze, co za bohater! Pierwszy przybiegł i wiele pomógł. Złoty chłopak pogłaskała mnie po ręce.
Marek? Gdzie on? zapytałam, czując, że wewnątrz chłodnie.
Tam w środku. Nasz pies, Głowa, się zgubił. Nie mogła go znaleźć. Mówiłam mu, a on znów tam szuka. Dzieci krzyczą, bo pies, wytrzeźwiła się sąsiadka chustą.
I nagle spadł dach. Krzyknęłam i straciłam przytomność.
Obudziłam się, gdy czyjeś dłonie głaskały moje policzki. Na brudnej twarzy spojrzały męskie oczy.
Co się stało? wyszeptałam.
Przez okno zdążyłem. Głowa ledwo go znalazłem pod łóżkiem. odpowiedział Marek z uśmiechem.
Bałam się o ciebie. Kocham cię! zapłakawszy przytuliłam się do jego ramienia.
Po dziewięciu miesiącach urodził się nasz syn, Michał. Marek, przejmując umiejętności ojca, leczył krowy, konie, potrafił postawić na nogi każde zwierzę, nawet w beznadziejnych przypadkach. Do niego przyjeżdżali ludzie z daleka.
Kocham mojego męża i nie potrafię pojąć, jak mogłam kiedyś zachwycać się Jacekiem. On poślubił Kasię, pił, hulował i bił żonę, a potem stał się niepełnosprawny. Patrząc na nasze życie, przeraża mnie myśl, że mogłabym skończyć jak Katia, gdyby nie twarda wola ojca.
Wyszłam na podwórko, gdzie Michał Grał z małym Michałkiem.
Tato Tato, chciałam podziękować. Za to, że nie pozwoliłeś mi wyjść za Jaceka. Za to, że widziałeś, co jest dla mnie lepsze. Przebacz mi podeszłam i pocałowałam ojca.
Ach, młodość. Dobrze, rozumiem. My, z wiekiem, widzimy lepiej, kto jest człowiekiem, a kto nie Nie mogłem oddać jedynej ukochanej córki temu potworowi. Wiem, że jesteś na mnie zła, ale minęło i wszystko dobrze. Starszy brat, słuchaj rad. Życie przeszliśmy, widzieliśmy. Niech Bóg da wam szczęście! uśmiechnął się Michał Tomaszewski.
Przeżyłam do starości. Z mężem robiliśmy wszystko razem. Zbieraliśmy plony, on pracował tuż obok. Mieliśmy pięcioro dzieci, wiele wnuków.
Szczęśliwa rodzina. Nasze przysłowie Na miłość nie ma siły nabrało nowego znaczenia.



