Miałam zaledwie 6 lat, kiedy moi rodzice zginęli w wypadku na autostradzie. Myślę, że nie warto nawet mówić, że przez kilka lat nie mogłam się z tym pogodzić. Wtedy babcia wzięła mnie na wychowanie. Nie miałam też dziadka, a babcia była na emeryturze, ale wujek często przysyłał jej pieniądze, więc żyło nam się dobrze. Babcia stała się najważniejszą osobą w moim życiu. Nie chciałam jej opuszczać nawet na sekundę, ciągle kręciłam się wokół niej jak pszczoła i kochałam babcię tak samo jak mamę. Babcia pomagała mi w odrabianiu lekcji, dzieliła się ze mną swoim życiowym doświadczeniem i okazywała mi niezmierną troskę.
Niestety, wszystko co dobre w życiu kiedyś się kończy. Moja babcia stała się bardzo chora. Miała poważny problem z sercem i musiała zostać w szpitalu na kilka dni pod ścisłym nadzorem lekarzy. Podczas gdy ona była w szpitalu, ja zajmowałam się domem. Moja babcia była bardzo dumna z tego, że potrafiłam samodzielnie zarządzać domem. Pewnego razu babcia nie wróciła ze szpitala… Wtedy byłam już na to psychicznie gotowa. Wyjaśniła mi, że życie takie jest i nikt nie żyje wiecznie. Babcia powiedziała, że jestem już dorosła i bardzo mądra jak na swój wiek, na tyle, że mogę mieszkać sama i sama o siebie zadbać. Wtedy babcia mnie nie opuściła.
Zaczęła odwiedzać mnie coraz częściej we śnie, więc czekałam cały dzień na porę snu, aby podzielić się z nią wszystkim, co przydarzyło mi się w ciągu dnia. A ta historia wydarzyła się, gdy leżałam w szpitalu po narodzinach naszego pierwszego dziecka. Urodził się chłopiec, a we śnie widziałam moją babcię proszącą mnie, abym nazwała mojego syna Kazimierz, na cześć jej męża, mojego dziadka. Kiedy powiedziałam o tym mężowi, natychmiast pojechałam do urzędu, bo on tylko się śmiał i powiedział, że gadam bzdury. Byłam smutna, gdy zobaczyłam inne imię na akcie urodzenia mojego syna. Mój mąż znał moją historię z rodzicami i babcią. Mógł pójść ze mną na kompromis ale najwyraźniej jego własne ego było silniejsze.




