Kochana moja. Zapiski
Dowiedziałem się, że Dorota wychowała się w rodzinie zastępczej.
Trudno jej było w to uwierzyć nawet teraz. Nie miała już z kim o tym porozmawiać. Jej przybrani rodzice odeszli niemal jeden po drugim. Najpierw ojciec podupadł na zdrowiu. Położył się do łóżka i już z niego nie wstał. Potem odeszła mama.
Dorota siedziała wtedy przy łóżku mamy i trzymała jej słabą, bezwładną dłoń. Mama była już bardzo słaba. Nagle zobaczyła, że mama uchyliła powieki:
Dorotko, córeczko, nie zdołaliśmy ci powiedzieć. Jakoś język nie chciał się do tego przyznać My cię znaleźliśmy. Tak, w lesie, płakałaś, zgubiłaś się. Myśleliśmy, że ktoś będzie cię szukał. Zgłosiliśmy to milicji. Ale nikt nie przyszedł. Może coś się stało, nie wiem. Pozwolono nam wtedy cię adoptować.
W domu, w komodzie przy moich papierach tam są różne papiery. Korespondencja przeczytaj. Wybacz nam, córeczko. Mama zmęczona zamknęła oczy.
Mamusiu, przestań nie wiedząc co powiedzieć, Dorota przytuliła do policzka jej dłoń mamusiu, tak cię kocham i pragnę, żebyś wyzdrowiała.
Cudu jednak nie było. Po kilku dniach Dorota została już całkiem sama.
Lepiej by było, gdyby nic jej nie powiedziała.
Ani mężowi, ani dzieciom nie zdradziła słów mamy z ostatnich chwil jej życia. Nawet sama myśli o tym wyrzuciła gdzieś na peryferia pamięci.
Dzieci bardzo kochały babcię i dziadka, a Dorota nie chciała zadręczać wszystkich tą niepotrzebną prawdą.
Ale któregoś dnia, przez niewyjaśniony impuls, zajrzała do teczki, o której wspominała mama.
Wyrywki z gazet, zapytania, odpowiedzi. Dorota zaczęła czytać i już nie mogła przestać. Kochani, ukochani rodzice!
Znaleźli ją, Dorotę, mającą półtora roku, w lesie. Sami byli już po czterdziestce. Nie mieli dzieci. I wtedy płacząca dziewczynka wyciągająca do nich rączki.
Wiejski dzielnicowy rozkładał ręce nikt nie zgłaszał zaginięcia dziecka.
Adoptowali Dorotę. Ale mama wciąż szukała jej biologicznych rodziców.
Chyba już nie po to, by ich znaleźć, tylko by się upewnić, że nikt Dorocie nie będzie odbierał nowego domu.
Dorota zamknęła teczkę i schowała ją głębiej na półce. Kto potrzebuje tej prawdy?
Minął tydzień i nagle wezwały ją kadry:
Pani Doroto Nowak, interesuje się Panią ktoś z poprzedniego miejsca pracy.
Obok kadrowej siedziała kobieta w wieku Doroty:
Dzień dobry, nazywam się Lidia. Bardzo chciałabym z Panią porozmawiać spojrzała na kadrową. Chodzi o korespondencję pani Joanny Ilnickiej. To pani mama, prawda?
Przecież mówili, że z byłej pracy oburzyła się kadrowa. Takie sprawy załatwia się po pracy!
Lidio, może pójdziemy porozmawiać na zewnątrz zaproponowała Dorota. Wyszły pod przenikliwe spojrzenia kadrowej.
Proszę mi wybaczyć, sprawa jest nietypowa, ale obiecałam zaczęła niepewnie Lidia. Trzy lata temu spotkałam swoją pierwszą nauczycielkę. Uczyłam się u niej w podstawówce w Lubartowie, ale potem wyjechała. Została sama, staruszką już. Zaprosiła mnie na herbatę. Poprosiła, żeby jej w czymś pomóc. Mówiła, że jej córeczka zaginęła dawno temu, gdy była całkiem mała. Pisała z pani mamą.
Proszę wybaczyć, Lidio, mama nie żyje i ja się tym nie zajmuję odpowiedziała chłodno Dorota i odwróciła się.
Przepraszam, wszystko rozumiem tylko wie pani, pani Wera Kowalska, ta nauczycielka, ciężko choruje. Rak. Mówią, że niewiele czasu jej zostało. Bardzo chce jeszcze odnaleźć córkę, której szuka całe życie. Nawet zostawiła mi kosmyk włosów, żeby zrobić badanie. Może Pani sobie wyobrazić?
Dorota chciała już zakończyć tę rozmowę, ale coś ją powstrzymało:
Mówi Pani, że ona jest bardzo chora?
Lidia kiwnęła głową.
Dorota wzięła od niej woreczek z włosami i umówiły się na kontakt.
Po tygodniu jechały razem do szpitala do Wery Kowalskiej.
Weszły do sali, a pani Wera niedowidząc przyglądała się twarzom przybyłych:
O, Lidziu, to ty! Dziękuję ci, kochana uśmiechnęła się wdzięcznie, lekko zawstydzona, i spojrzała pytająco na Dorotę.
Pani Wero, znalazłam ją. To Dorota, sama chciała przyjechać Lidia podała Werze kopertę.
A co to W okularach i tak nie odczytam jej oczy patrzyły bezradnie.
To wynik badań Lidia wyjęła kartkę tu jest napisane, że macie ze sobą pokrewieństwo. Dorota to pani córka.
Twarz Wery rozpromieniła się. Nie powstrzymała łez szczęścia:
Moje dziecko, kochane, dziękuję wam wyciągnęła ręce do Doroty. Kochana moja, jakie to szczęście. Znalazłam cię. Żyjesz, piękna, podobna do mnie z młodości. Moje szczęście, córuś kochana. Całe życie budziłam się w nocy, bo słyszałam twój płacz.
Nie mam przebaczenia.
Ale żyjesz Teraz już jestem spokojna.
Po pewnym czasie wyszły z Lidią z sali Wery. Była wyczerpana i zapadła w drzemkę.
Dziękuję, Doroto, dziękuję. Widzisz, w jakim ona stanie Dałaś jej szczęście.
Po kilku dniach Wera zmarła.
Dorota podrzeła wszystkie papiery z teczki mamy. Nie chciała, by ktokolwiek odkrył tę niepotrzebną prawdę.
Bo i nie było nic do odkrywania. Innej mamy Dorota nigdy nie miała.
A Wera? To po prostu święte kłamstwo. Czy dobrze postąpiła? Uważam, że to była najlepsza decyzja.
W końcu każdy z nas odpowiada przed Bogiem za wszystko, co zrobi.



