Po ślubie przeprowadziliśmy się do mojego mieszkania. Oboje pracowaliśmy i żyliśmy dla własnej przyjemności. Mój mąż zdecydował, że powinniśmy podzielić budżet. Zgodziłam się. Na początku nie mieliśmy problemów z finansami. Wychodziliśmy, jedliśmy to, na co mieliśmy ochotę, robiliśmy to, co lubiliśmy. Trzy lata później zaszłam w ciążę. Zdałam sobie sprawę, że muszę ograniczyć wydatki. Zaczęłam kupować mniej kosmetyków i ubrań. Postanowiliśmy zaoszczędzić na nowe mieszkanie. Zaczęłam uczyć się oszczędzać.
Mąż oddawał mi całą pensję. Zrobiłam listę, kupiłam najpotrzebniejsze rzeczy, opłaciłam czynsz i oszczędzałam na przyszłe mieszkanie. Miałam przed sobą trudne zadanie. Mąż w pełni mi ufał, w przeciwieństwie do teściowej, która czasem zadawała mi pytania podejrzliwym tonem. Denerwowała mnie, ale milczałam. Pewnego dnia, po kolejnej wizycie teściowej, mąż zapytał, ile zaoszczędziliśmy. Był zaskoczony i marszcząc nos, wyraził swoje niezadowolenie. Głośno powiedział, że jego matka miała rację, że źle obchodzę się z pieniędzmi, że je marnotrawię.
Poczułam się urażona i powiedziałam mężowi, że od teraz będzie to robił sam. Zgodził się. Moja teściowa była szczęśliwa. Mąż zaczął konsultować się z matką, co i gdzie kupować, ale nie udało mu się w pierwszym miesiącu: pod koniec miesiąca musiał wyciągnąć pieniądze ze skarbonki. To samo stało się w drugim miesiącu. W końcu musiał pożyczyć pieniądze od przyjaciela. Minął rok, odkąd mój mąż jest odpowiedzialny za budżet rodzinny, i nie mamy już żadnych oszczędności: pod koniec każdego miesiąca pożyczamy pieniądze. Przykro mi, że mój mąż mi nie ufa. W rodzinie nie powinno tak być, powinno panować pełne zrozumienie, wzajemny szacunek i wsparcie we wszystkim.



