„Moja teściowa jest bogata, więc nigdy nie będę musiał pracować – mówił z dumą mój przyjaciel Antoni…

Teściowa jest bajecznie bogata, już nigdy nie będziemy musieli się martwić o pracę szeptał z uśmiechem mój kolega.

Mam takiego znajomego, Wojciecha, który od zawsze marzył, żeby życie płynęło mu wygodnie, jakby po aksamitnym dywanie, najlepiej cudzym kosztem. Uparcie starał się oczarować dziewczynę ze znanego, majętnego rodu. Ja dostrzegałem, że nie chodzi tu o żadne uczucia, tylko o ciepłą przystań i niekończące się obiady. Próbowałem wytrącić go z tego letargu.

Żona Wojciecha ma na imię Mirosława imię dźwięczne w polskich uszach niczym hejnał mariacki o poranku. Jej familia słynęła w okolicy dzięki matce właścicielce kilku delikatesów na warszawskim Mokotowie, gdzie zapach świeżych bułek wybiegał na trotuar.

Pewnego razu wypiłem z Wojciechem wieczorną herbatę z malinami i powiedziałem:
Naprawdę wierzysz, że będziesz żył jak król na cudzy koszt? Samemu trzeba pracować, mieć godność, czuć oparcie pod stopami.
Oj, przestań! Mirosława spodziewa się dziecka, wszyscy ślepo mi ufają. Matka ją otoczy opieką. Zobaczysz, będę miał wszystko! rozpostarł ramiona, jakby chciał objąć cały świat.

Do mojego mózgu dobijały się obrazy absurdu Wojciech w złotych kapciach, spacerujący po różowych dywanach, w otoczeniu pierzastych gęsi przebiegających przez mieszkanie. Czas płynął jak rozlana kawa, bez sensu i ładu.

Minęło kilka tygodni. W głębi duszy czułem, że w tym dziwacznym układzie coś pęknie. Zapytałem Wojciecha, co porabia. Rozparł się na kanapie niczym król na tronie.
Całymi dniami gram z Mirosławą w kółko i krzyżyk na komputerze, potem oglądamy stare kroniki filmowe. Czasem nawet nie wychodzimy z pidżam. Teściowa gotuje najlepiej śmiał się.

Nawet łapałem się na lekkiej zazdrości on miał swoją Arkadię, beztroskie dni od parzenia kawy do wieczornych pierniczków. Mama Mirosławy ma ponad wszystko złotówki, nasz los bezpieczny! powtarzał wciąż jak zaklęcie.

Ale sny mają to do siebie, że nagle staja się krzywe. Jakby cała fortuna rozpłynęła się we mgle sklepy matki Mirosławy popadły w tarapaty, zyski zmalały do rozmiaru orzeszka laskowego, a złote ziarna szczęścia zniknęły z pola.

Minął miesiąc. Odbieram telefon, za oknem pada śnieg, a głos Wojciecha cichy i zmartwiony, jakby go połknął cień:
Słuchaj, pożycz mi pięć tysięcy złotych na dwa tygodnie. Szukam pracy, może dostanę zaliczkę, od razu oddam. Nie mamy już nawet na herbatę…

I tak niczym balonik, który pękł na szkolnej zabawie skończył się czas życia na cudzy koszt. Dziś Wojciech wraz z Mirosławą wiedzą już, jak smakuje poranna pobudka do pracy i własna pensja na koncie. Dług mi zwrócił. I tyle z tej baśni o bogatej rodzinie.

W Polsce mówi się: Na cudze nie licz, własnych rąk się trzymaj. Tylko wtedy śpi się spokojnie.

Oceń artykuł
Dodaj komentarze

;-) :| :x :twisted: :smile: :shock: :sad: :roll: :razz: :oops: :o :mrgreen: :lol: :idea: :grin: :evil: :cry: :cool: :arrow: :???: :?: :!:

4 × 2 =

„Moja teściowa jest bogata, więc nigdy nie będę musiał pracować – mówił z dumą mój przyjaciel Antoni…