Moja tajemnica
Leżałem na zimnym, kruchym śniegu takim, który jeszcze wczoraj odlatniał, a dziś rano ledwo zdążył stwardnieć pod nocnym mrozem i wydawało mi się to nawet przyjemne. W środku był gorąc, krew mi pulsowała w skroniach, dusiła się pod żebrami, twarz płonęła, język miałem suchy jak proch.
Zanurzyłem dłoń w śniegu, zacisnąłem ją powoli, prawie paralitycznie, rozwarłem zęby i wcisnąłem w usta kulkę białej wilgoci. Przez chwilę dawało ulgę, ale ten smak metalu Krew ciekła mi z rozbitych dziąseł musiałem ją przełykać, kaszleć. Nawet nie miałem siły się przewrócić i wypluć.
Śnieg tępił ból i za to byłem mu wdzięczny. Bezpłatne znieczulenie! Ale nie gasił całkowicie cierpienia, raczej spychając je gdzieś pod horyzont, gdzie czerwone słońce zachodziło rozżarzone, raniące oczy. Spojrzenie na nie potęgowało ból. Pieczenie.
Zamknąłem powieki. Krążący dysk był już tylko szaro-żółtym, rozmazanym kręgiem.
Może by tak odpocząć, zaszyć się gdzieś w rowie, na miedzy, w jarze zwinąć się w kulkę, drzemać, popiskiwać i dygotać jak zbity kundel… Lecz byłem zbyt słaby. Nogi leżały nieruchomo na śniegu, tylko od czasu do czasu przechodziła po nich tępa fala skurczy.
Próbowałem obrócić się na bok, podparłem się na prawej ręce, ale ta zwiotczała, ostry ból przeszył ramię.
No nic Trudno, spróbuję inaczej wyszeptałem przez zaciśnięte zęby. Głos był tak chrapliwy, że aż sam się przestraszyłem jego dźwięku.
Z lewej strony jakby wszystko było na miejscu, udało mi się nawet lekko podciągnąć i niezdarnie usiąść, lecz dłoń wpadła w zaspę, ciało znów zetknęło się ze śniegiem.
Umrzeć. Tu i teraz po prostu umrzeć. Wtedy wszystko się zakończy. Co ze mną później już nieważne. Sam sobie jestem winien, za dużo chciałem, przekroczyłem granicę. Teraz nie da się wywinąć.
Rano będą szukać mojego ciała. Obiecywali. Ale Może wilki mnie wyprzedzą? One też muszą jeść… Może los zażartuje z wrogów zostaną im tylko kości…
Bardzo szybko zapadł zmierzch. Chciało mi się spać, zapadałem w kłębowisko ciemności, dryfowałem w niej jak uwięziona ryba spokojnie i słodko. Potem powracał ból błyskał czerwonymi światełkami za oczami, rozszerzał się na żyły, szarpał skurczami mięśni, zmuszał do zgrzytania zębami. Z tej niemocy rodziła się dzika, ślepa złość bezsilna, z połamanymi skrzydłami, pusta, przez to jeszcze okrutniejsza. Jakbym miał rzucić się na wroga gołymi rękami i wrzeszczeć na tyle mnie było stać. Słabość, ale przynajmniej zmuszała głowę do ruchu.
I jeszcze ten strach spod brzucha, pierwotny, wykorzeniony z podświadomości lęk przed śmiercią. On nie pozwalał się wyłączyć, nie zostawiał w spokoju.
Z lewej strony z młodnika dobiegało wycie wilków. Skrzywiłem się: „Ani się ważcie! Nikomu łatwo się nie dam! Wilki jedne czy na dwóch czy na czterech nogach żadnych kości nie zostawię!”
Trzeba się ruszać. Gdzie? Nieważne. Jak? Obojętnie. Byle palcem, byle byleczkiem, ale oderwać się z tej plamy nicości.
Mama Żal mi mamy. Czeka. Martwi się. Jak tam sobie radzi? Nie powiedziałem jej nawet gdzie jestem, nie dowie się, jak to się skończy Chociaż może jej powiedzą. Będzie płakać. Ojciec mnie przeklnie. I dobrze…
Od tego rozbolał mnie żołądek, a łzy pojawiły się w oczach. Skleiły się na policzkach, zamarzły i nie spadły nawet na moją porwaną kurtkę…
Ruszam. Pokracznie podkładam zdrową rękę pod ciało, nogami ścieram śnieg, zostawiam za sobą czerwone smugi, ale przesuwam się, uciekam chociaż trochę, dalej od tego głuchego, głodnego wycia…
Potem znikam. To jest tak przyjemne, znów lekkość i cisza. Nic nie czuję, nic nie myślę, pustka. Jeśli to piekło byle trwało wiecznie. Ej, demony, bierzcie mnie! Zgrzeszyłem oddaję się wam, bo moje ciało już nie moje, jest złamane, już mi niepotrzebne…
A jednak nawet w piekle jestem niepotrzebny. Nagle oślepiający żółty blask, lodowata woda wlewa mi się do ust.
No co jest? Czemu nie kaszlesz, chłopie? Kaszleć trzeba, gardło przepłukać i do widzenia! ktoś wali mnie po policzkach. Mocno aż pulsują krwawiące dziąsła.
Uuu… marudzę, odwracam głowę, wypluwam czerwoną ciecz na śnieg.
Żyjesz jak widzę? Dobra, staczamy się do chaty. Tu obok mam. Leż na kożuchu, zaraz cię zaciągnę… O, tak… Czyjeś silne ręce podnoszą mnie, układają na miękkim, kwaśno pachnącym barankiem półpłaszczu. Dorwało cię nieźle! Słyszę, z daleka huczy, maszyna. Z okna zerknąłem światła. Oni tu często jeżdżą. To pole dla nich jak cmentarz. Głupie ludzie… Głupie… bredził nieznajomy, poprawiając mi pościel. Nic się nie martw, opatrzymy cię, potem zobaczymy, co dalej.
Mruknąłem coś o wilkach, o tym, że wrogowie wrócą… potem zrobiło się ciepło i przytulnie, odpłynąłem…
Ale z ciebie delikatny cielaczek! śmiała się Beatka, pozwalając mi całować swoje okrągłe, zmysłowe ramiona. Cielaczek, tak? Ty? łapie mnie za policzki, dotyka ustami moich, zamiera, łapie gorący oddech. Nagle odsuwa się, wstaje, narzuca szlafrok, szybko wiąże pasek. Idź. Już czas.
Beatko… przeciągam się leniwie w skrzypiących od krochmalu prześcieradłach. Chcę spać… Wcześnie, zobacz zegar! Znowu wyganiasz…
Coraz częściej zostawałem na noc u Beatki, karmiła mnie kolacją, wysyłała pod prysznic, sama rozścieła łóżko. Zawsze czyściutko, wyprasowane, potem gasiła światło i czekała na mnie. Noc mijała w sekundę. Ledwo co wróciłem z wojska, głodny dotyku, a tu od razu raj. Beatka była piękna, czuła, daleko lepsza niż te studentki, co puszczały do mnie oko…
Wpatrywałem się, jak Beatka naciąga pończoszki na jasne nogi, jak za parawanem zakłada bieliznę, sukienkę.
W lustrze widziałem wszystko, jakby podwójną rzeczywistość odbicie Beatki było jasne, słoneczne, zupełnie nierealne, nieziemsko pożądane.
A mówiłam, wypad! cicho powiedziała. Zapnij mi zamek i idź. Łukasz, źle skończysz, słyszysz? Jutro przyjdź. Jutro
Jeszcze chwilę się całowaliśmy, potem Beatka rzuciła mi ciuchy i wyszła.
Słyszałem, jak w kuchni włącza gaz, mieli kawę. Po domu rozchodził się zapach kawy nieco przypalony, ostry. Jej mąż, Krzysztof Marian, zawsze pijał mocną kawę: dosypuje pieprz, twierdzi, że boska. Beatka siada naprzeciw, śmieje się, kiwa głową. Skubie nogi pod siebie na stołku, trochę jak kwoka. Uważna, żeby nie przejęzyczyć się, nie powiedzieć Łukasz
Zostaję chwilę sam, potem idę do łazienki, chlapię się, śmieję, ubieram, podchodzę do kuchni, staję w drzwiach. Beatka stoi tyłem. Jej szlafrok przecina oślepiające światło, kontury ciała odznaczają się jak na gitarze.
Beatka była ode mnie sporo starsza piętnaście lat ale byłem z tego nawet dumny, że wybrała właśnie mnie spośród tylu kołujących chłopaków.
Uczona, łaskawa w stosunku do moich nieporadnych adoracji, śmiała się dźwięcznie, całowała tak, że świat wirował. Pozwalała mi nocować w jej przestronnym mieszkaniu z wysokimi sufitami i kryształowymi żyrandolami, tłustym parkietem i połyskującą zastawą. Karmiła mnie, wiecznie głodnego, patrzyła jak pochłaniam placki ziemniaczane prosto z patelni, jak młócę widelcem kotleta, leję shoty… Lubiła pić ze mną do bruderszaftu, potem śmiała się, odchylając szyję do pocałunków.
Nie chciała, żebyśmy się poznali. Ale ja nalegałem.
Wypatrzyłem ją kiedyś w metrze. Przebiłem się przez tłum do tej wybranej kobiety. Byłem pijany, rozchełstany. Z Grześkiem przyszliśmy, lecz zaraz go zgubiłem. Kołowałem do Beatki, chciałem się przymilić, a ona się speszyła, uciekła wzrokiem.
A jednak odprowadziłem ją do domu. Pod klatką kazała mi odejść. Przeszłem kawałek, skryłem się za łukiem bramy, czekałem, aż w którym oknie zapali się światło.
Parter. Okno jej mieszkania wychodziło akurat na podwórze, na moją stronę. Zobaczyłem jej sylwetkę, majaczyła za zasłoną. Przebierała się. Patrzyłem, wstrzymując oddech z zachwytu, ale pogoń przegonił mnie dozorca…
Wracałem tu co wieczór. To było jak szał. Mamie mówiłem, że idę się przejść, a sam czuwałem pod jej oknami.
Zobaczyłem też jej męża. Kuchenne okno wychodziło na podwórze. Krzysztof Marian szurał po domu w podkoszulku i powyciąganych dresach. Kościsty, zgorzkniały. Czemu ona za niego wyszła?! dziwiłem się. Tak kochała?!
On powoli, zamyślony jadł kolację, przekładając gazety. Potem Beatka podawała mu herbatę i ciastka. Stałem pod oknem. Raz nagle się odwrócił, jakby poczuł mój wzrok, zakręcił żaluzję. Dwa cienie zlewały się w jedno robiło mi się niedobrze. Jak ona, moja Beatka, może całować się z takim brzydalem?
Trwało to długo, aż w końcu miałem dosyć wlazłem Beatce w okno, prosto do sypialni. Mąż był wyjechany sam widziałem, jak wyjeżdża z walizkami, więc odwaga mnie nosiła.
Zjawiłem się siedzący za stołem. Beatka zbladła, chciała krzyczeć, zatkałem jej usta dłonią. Potem ją pocałowałem.
Jak ona pachniała! Włosy, usta, letnia sukienka wszystko w jakimś luksusowym aromacie…
Mamie nigdy nie pachniała. Od niej czuć było zawsze ciężkie fabryczne zapachy, czasem tytoń. Paliła ohydne papierosy jeden za drugim, dlatego miała żółte zęby. Wstydziła się uśmiechać z szeroko otwartymi ustami. Bea miała równe, białe zęby jak z żurnala. Mama rzadko się ładnie ubierała. Jakoś dawniej nie zauważałem, teraz porównywałem z Beatką i aż mi było głupio. Chciałem coś mamie kupić, ale pieniądze… Szkoda było. Przeznaczałem je na kwiaty dla Beatki. Jej mąż nigdy nie przynosił bukietów był nieudacznikiem, cieniasem i nieudacznikiem. Mieli z Beatką super mieszkanie, meble z dębu, obrazy na ścianach, zastawa jak dla królów, biżuteria, co im się śniło. Ale po cichu wyznała mi, że to wszystko po przodkach. Mężuś tylko korzysta z dorobku rodu Beatki. Spryciarz…
Ja nie taki. Potrzebuję Beatki, bez tego wszystkiego. Smaczne jedzenie, miękkie prześcieradła pomagają nam kochać się jeszcze bardziej, ale i na sianie by mi nie przeszkadzało, byleby Beatka była przy mnie.
Tak, Beatka pachniała czymś wykwintnym, może francuskim, może włoskim. Nie znałem się na perfumach, po prostu wdychałem je z jej karku…
Zawsze byłem dumny z niej. Tak! Tak ją właśnie nazywałem Moja kobieta. Zdobyłem ją. Wdarłem się w jej życie, a ona legła u moich stóp.
Wszystko robiła pięknie jadła, przebierała się, paliła. Cała była harmonijną muzyką jak dźwięk gitary, której kształt widać było w jej biodrach. Bogini! Moja bogini!
Pierwszą noc z nią pamiętam do dziś. Wtedy była szczególnie czuła. Nie udawała, nie żartowała, nie grała. Topniała mi w ramionach, a ja stapiałem się z nią, eksplodując mocą. Rano wiedziałem, że mnie kocha. Z mężem odgrywa tylko obowiązek, przy mnie żyje, cieszy się. Dla mnie w jej żyłach pulsuje gorąca krew, śmiała, uparta.
Czasem rano się wymykałem.
Wstawaj, kochany! Już czas całuje mnie po jednej z naszych wspólnych nocy. Krzysztof zaraz wraca z wyjazdu… Nie przychodź przez tydzień potem wróć.
A może pogadam z nim? zażartowałem. Po męsku. Chcę, byś była tylko moja, Beatko! Chcę być twoim mężem!
Roześmiała się, odrzuciła głowę, falę kasztanowych włosów rzuciła na ramiona. Objąłem ją, ucałowałem mocno.
Moja! Słyszysz? Tylko moja! Myślisz, że nie poradzę sobie z twoim Krzyśkiem?! Przecież to cienias!
O niczym nie myślę. Wysunęła się z ramion. Chcę, żeby wszystko zostało tak jak jest, byś był moją tajemnicą, a ja twoją. Nie mieszaj się, Łukasz, nie warto. Teraz już idź. Muszę jeszcze posprzątać.
Obraziłem się trochę. Nie chce być moją żoną! Jak to tak?..
Ale gdy zamykała drzwi, nagięła się jeszcze, pocałowała mnie w usta. I już byłem jej. Choćby tylko na noc była MOJA. O mnie myślała przed snem, o mnie, gotując mężowi śniadanie, o mnie porównywała… Wygrałem. Jej mąż Krzysztof Marian to rogacz…
Po wyjściu Łukasza Beatka wpadła w szał sprzątania. Mąż zadzwonił w nocy, że wraca wcześniej. Spokojny, obyty facet! Nie chciał Beatki stawiać w niezręcznej sytuacji. Skręcona z nerwów otworzyła okno, żeby Krzysztof nie poczuł obcego zapachu. Ale coś wyczuł. Stary lis błyskawicznie zrozumiał.
Śmierdzi, Beatka! rzucił walizkę na podłogę.
Czym niby? udawała zdziwioną, szczelniej zapięła szlafrok.
Czuję smród Beatka, nie zgrzeszyłaś mi tu z kimś? spojrzał na nią ukradkiem, zdejmując buty i nagle się wyprostował. Beatce trudno było oddychać ze strachu, ale uśmiechała się.
Bo w piekarniku miałam kurczaka i ten był zepsuty, wyobraź sobie! Krzysiek, idź się ogarnij, zaraz upichcę obiadek. Kawa już jest, kotlety też. Podgrzać? Puść mnie, głuptaku! Tęskniłam… gruchała z przesadnym entuzjazmem.
Krzysztof złapał ją za włosy, przyciągnął, długo patrzył w oczy, potem puścił, uśmiechnął się.
Mam ci prezent. Przymierz! wyciągnął zawinięte w chusteczkę kolczyki. Czerwone, ciężkie, z angielskim zapięciem, przyciemnione. Przymierz, Beatka! ryknął, widząc jej opór. Obracała biżuterię niespokojnie patrząc na męża.
Co to za ślady, Krzysiu? odłożyła prezent, mechanicznie wytarła ręce o sukienkę.
Uroiłaś sobie. Wkładaj, idziemy jeść. Beatka, no już!
Posłusznie zdjęła stare, pamiątkowe kolczyki po matce, założyła nowe, obróciła się. Skinął z zadowoleniem. Uwielbiał stroić ją jak lalkę: drogie sukienki, torebki, biżuteria. Czasem kazał jej spać w ciężkich złotych łańcuchach. Raniły skórę, ale Krzysiek uważał to za zabawne
Zostanę pięć dni, potem jadę na długo oznajmił, wycierając talerz kawałkiem chleba. Dobre interesy, dobre… A gdzie ten kurczak, Beatka? warknął zwężając oczy.
Jaki? Trzęsła jej się ręka, kawa rozlała się na obrus. Krzysiek nie znosił brudnych obrusów wywoływały w nim obrzydzenie. Dorastał z matką alkoholiczką w rozpadającej się chałupie, żarł resztki i kości. Dlatego sam był chudy i nie mógł przytyć. Kradł jedzenie i marzył, że kiedyś wszystko będzie miał wszystko piękne, czyste. I Beatkę zdobył, bo była najlepsza. Potrafił czarować, mamić. Ojca Beatki chcieli wsadzić za kradzież, rodzina była na dnie, Krzysiek załatwił sprawę i ślub Beatka uśmiechała się na zdjęciach. Kazał jej. Tak trzeba na ślubie
Uśmiechnęła się więc, zakryła plamę serwetką.
Kurczaka, co robiłam. W śmietniku go nie ma, zauważył Krzysiek.
Wystawiłam na śmietnik, machnęła ręką. Nie będę w domu trzymać!
Zaśmiał się. Stary lis wszystko wiedział…
Gdy mąż wyjechał, Beatka zawołała mnie. Dzwoniła do pracy, gdzie grzebałem przy agregatach w fabryce lodów. Beatka kochała lody, waniliowe w wafelku. Przynosiłem jej, całowałem usta oklejone wiórkami.
Udałem się do niej zaraz po obiedzie Boże, jak mi jej brakowało! Chciałem więcej. Trzy dni nie nocowałem w domu, nie dzwoniłem do rodziców. No trudno! Młody jestem.
O tym, że mama w szpitalu, dowiedziałem się rano, przy bramie fabryki. Ojciec stał chudy, szary jak cień.
Synu, znowu ją zabrali. Żołądek. Wpadnij czasem, szlochał, gniotąc czapkę. Zawsze miał tę samą, tłustą, o każdej porze roku.
Do którego szpitala? zirytowany zapytałem, zły, że przeszkadza mi w myślach o Beatce.
Ojciec podał adres. Obiecałem, że pójdę. Kiwnął. Płakał, widziałem, ale mnie to nie ruszało. Mama non stop w szpitalu, nic wielkiego! Przesada…
Beatka niechętnie pozwoliła mi iść, nawet zapakowała jedzenie. Moja Beatka ciepła, czuła. Anioł…
Leżała na korytarzu, na twardym łóżku, nie było miejsca w sali. Cały czas ją mdliło, pielęgniarka darła się, bym zabrał mamę.
Gdzie niby? Leczyć ją trzeba! denerwowałem się. I w ogóle się zamknij!
Mama trzymała mnie za rękę, prosiła, bym się nie złościł, a ja nie mogłem. Co to za szpital, gdzie nawet łóżek nie mają?! Po co mi te durne kłopoty na głowie?! Mam własne życie!
Mama zjadała wolno rosół, który Beatka przesłała mówiła, że smaczny. Siedziałem obok, przepychając się z lekarzami, jeszcze bardziej zły, patrzyłem na zegarek. Zaraz Krzysztof wraca! Znów zostanę bez Beatki
Mamo, dasz radę zjeść sama? nie wytrzymałem, rzuciłem przy niej siatkę z jedzeniem.
Śpieszysz się, synku? Tak, dam sobie radę. Łukasz, nie przychodź jutro, odwiedzi mnie tata pogłaskała moją rękę, uśmiechnęła się.
Skinąłem głową i wyszedłem. Nie wiedziałem, że ucztę wyrzucą, mama nie zje nic, nie wiedziałem, że znowu będzie leżała w zimnym korytarzu, bo pani salowa będzie krzyczeć Było mi to wtedy obojętne, myślałem tylko o Beatce
Wróciłem, Beatka siedziała na podłodze i płakała.
Co się stało?! stanąłem zaskoczony w progu.
Trzęsła się, pokazywała mi jakieś błyskotki rozrzucone na dywanie.
Krzysiek przyniósł mi kolczyki przy ostatnim powrocie. Chciałam je wyczyścić, zczerniały… A na nich… znów ją trzęsło. Są brudne. Brudne! Łukasz, wynieś je stąd! Wynieś! Tutaj ich nie może być! Boję się ich!
Owinęła kolczyki w szmatkę, wepchnęła w moje dłonie.
Idź. Wyrzuć, Łukasz! Boję się! Co teraz będzie?!
Przesadzasz Umyję… Krzysztof spyta, gdzie są! Co to na nich jest? Kurka…
Zrozumiałem. Mąż nie wahał się przynosić do domu biżuterii zdobytej nieuczciwie. Tak było i wcześniej, ale teraz przeszedł sam siebie… Czarne plamy jak po wielkiej, śmiertelnej ranie.
Zrobiło mi się niedobrze jakbym się w błocie wytarzał.
Beatka! Powiedz na policję. To… powiedziałem, sam sobie przerywając. Beatka nigdy nie wyda swojego męża.
Posłusznie wyszedłem i wyrzuciłem zawiniątko za mur pobliskiej drukarni. Nie zauważyłem chudego, skulonego mężczyzny w krzakach. A trzeba było Od dawna nas śledził.
Krzysiek i jeszcze dwóch typów wpadli w nocy. Dopiero zasnęliśmy, pijani, nawet nie usłyszałem zamka, kroków.
Obudził mnie cios. W czerni waliły mnie pięściami, Beatka zapiszczała i zamilkła.
Próbowałem się bronić, głowa pękała, usta wypełnił metaliczny smak, wymachiwałem pięściami na ślepo byłem zalany.
Zapalili światło. Krzysztof Marian siedział wygodnie w fotelu i patrzył. Beatka stała obok z zamkniętymi oczami.
Przepraszam za kłopot cicho powiedział mąż. Potrzebuję coś zabrać. Beatko, pocałuj mnie, mąż wrócił!
Szarpnął ją, znów się zgięła, jego usta przylgnęły do jej polika.
Krzysiu ty wiesz pokazała na mnie.
Nie chcę. Pokręcił głową, skinął i znów dostałem. Próbowałem odpyskać, ale już nie miałem siły…
Beatko, kochana, spakuj swoje świecidełka. Bardzo potrzebuję.
Krzysztof podszedł do mnie. Źle go widziałem oczy już miałem zapuchnięte, oddychało się ciężko, chyba miałem złamane żebra.
No ty, robaku, na kolanka i do przodu! powiedział.
Krzyś… Beatka grzebała w komodzie. Zostaw go. Sam przyszedł, nie wołałam Chłopiec dorosły, ja nic do tego. Masz, tu wszystko! podała mu ciężką torbę.
Zajrzał, skinął.
Teraz załóż te ostatnie kolczyki. rozkazał.
Nie pasują do szlafroka, Krzyś! Potem, potem! próbowała się przytulić.
Mówię załóż! wrzasnął. Strzelił w moją stronę. Kula uderzyła w podłogę, prawie mi urwała palec.
Beatka udawała, że szuka kolczyków.
Na pewno coś wymyśli Beatka nas uratuje! Moja Beatka!
Nie Krzyś, nie ma ich! Schowałam tu i nie ma! rozłożyła ręce. Spojrzała na mnie przez szparę mojego oka. To ty! kopnęła mnie boleśnie, upadłem. Ukradłeś! Jak mogłeś?! prawie się dławiła ze złości. Dla twojej matuli gotowałam rosół, a ty mnie okradłeś?! Krzysztof, wyrzuć go z domu! Jezusiczku i moich złotych zegarków nie ma! Moich rodzinnych! Łukasz pokręciła głową. Myślałam, żeś porządny chłopak… Krzysiek…
Zegarek Beatka oddała lekarzowi za aborcję. Z Łukaszem mogłaby mieć dziecko, nie chciała. Krzysztof chciał, ale nie był zdolny. Nie pozwoliłby na aborcję, nawet wiedząc, że dziecko nie jego Beatka zapłaciła zegarkiem za tajemnicę. Teraz wszystko zwaliła na Łukasza…
Krzysztof kazał mnie podnieść, postawić na nogi. Słabo to pamiętam. Ale widok Beatki zostaje pięknej, zmysłowej, która stała przy mężu, a on mnie łamał
Nie cierpię jak mnie okradają, Łukaszku, powiedział już tam, w śniegu. Wszystko rozumiem: miłość, brawurę, żonę zrozumiem, nawet zdradę. Myślisz, ja nie zdradzam? Roześmiał się. Mam takich Beat okrągłą setkę. Ale złodziejstwa nie znoszę. Moje znaczy MOJE!..
Położyłem się na zimnym śniegu swoim gorącym, głupim sercem, słyszałem samochód, wiatr wył, śnieg mnie siekał. Z dźwięków został tylko puls w skroniach. I myśl, że moja największa miłość mnie zdradziła… Serce ostygło. Ozdrowiało.
Co było potem, to już wiecie…
Leżałem w chatce myśliwego wiele dni. Sprowadził lekarza; składali mnie, naprawiali. Dzięki bluzganiu Krzyśkowych zbirów nie mam złamań nóg. Dwaj obcy głównie mnie składali, ja przez zaciśnięte zęby dziękowałem.
Nic, bratku, wydobrzejesz, jeszcze pobiegniesz! mówił myśliwy.
Po trzech tygodniach sam wyszedłem. Zemdliła mnie jasność wokół: pole zanurzone w słońcu jak jaja na patelni. Śnieg odbijał światło, wypalał oczy. Myśliwy dał mi ciemne okulary.
No teraz idź już, polecił. Ale pamiętaj nie sięgaj po cudze. Następnym razem nie przeżyjesz…
Pakowałem się, sznurowałem buty, usłyszałem jak dyskutują ile kto dostał za moje ocalenie od Krzysztofa. Znieruchomiałem, oparłem się o ścianę.
Słucham? Co powiedzieliście?
Nic. Krzysztof Marian to dobry człowiek tylko skąpy. Jego żona to wąż: opycha mężowskie złoto na boku, myśli, że kiedyś ucieknie. A jak ją złapie daje mu do zniszczenia takich chłopaków jak ty. U nas to normalka U bogatych wiadomo. Ty nie pierwszy i nie ostatni. Weź teraz kawałek dla siebie, Łukasz. Już ci pora poklepali przyjaźnie po ramieniu.
Wróciłem do miasta koło wieczora. Od razu pognałem do szpitala. Może zdążę do mamy?.
Takiego u nas nie ma. Proszę odejść, zamknęła okienko administratorka. Chyba wystraszył ją mój wygląd.
Proszę, sprawdźcie jeszcze! pukałem, zawróciłem i skierowałem się do domu.
Zachód był znów czerwony, jak tam na polu. Zadrżałem.
W naszym oknie paliło się światło. Nabrawszy powietrza pobiegłem, kulejąc, do klatki. Długo dzwoniłem. Otworzyła mi mama mała, chuda, przestraszona. Rzuciłem się jej na szyję, zobaczyłem ojca i rozpłakałem się…
Bardzo się o ciebie martwiliśmy, synku, mówiła mama, dokładając mi prażone ziemniaki. Ale potem zadzwonił Krzysztof Marian, powiedział, że wpadłeś w kłopoty, ale dojdziesz do siebie i wrócisz, powiedział też, byś nie pokazywał się w mieście, bo mogą cię zamknąć…
Krzysztof Marian? upuściłem widelec.
Tak. Jakiś człowiek z ministerstwa zdrowia. Odwiedził mnie w szpitalu, załatwił osobną salę. Łukasz, dziękuję, że poprosiłeś go o pomoc! mama rozpłakała się. Bez niego nie przeżyłabym…
Mówiła jeszcze, płakała, gładziła mnie po głowie, a ojciec patrzył przenikliwie. Nie wytrzymałem wzroku, odwróciłem się…
Po latach chodziliśmy z żoną Małgorzatą po bazarach szukając świątecznej, pachnącej świerkiem choinki. Małgosia kocha żywe drzewka, ich żywiczną woń, igły na podłodze, połyskliwe krople na pniach.
Bazarów mieliśmy pełno, objechaliśmy prawie wszystkie, ale drzewka nie trafialiśmy.
Chodźmy jeszcze tutaj zaproponowała Małgosia, wskazując zakątek ogrodzony płótnem. Blady blask latarń wydobywał nagie szkielety choinek i stosy gałęzi w kącie.
Wszedłem. Małgosia macała gałązki, gdy z mroku odezwał się szorstki, przepalony głos:
Najpierw kup, potem dotykaj. Ręce precz!
Na światło wyszła kobieta w watowanej kurtce, filcowych butach, z wełnianą chustką na głowie. Twarz surowa, żalu pełna, w oczach złość.
Poznałem ją. To była moja Beatka. Moja pierwsza, gorąca miłość. Kobieta, której ślady noszę na skórze. Małgosia czasem pytała, skąd ten czy inny szrama. Wymyślałem bajki. Kłamałem, bo kochałem tylko Małgosię. Ona była prawdziwa, szczera, bezpieczna jak moje żebro. Nie chcę, by cierpiała.
Beatka spojrzała na mnie, splunęła. Poznała…
Krzysiek kazał jej stać na mrozie i sprzedawać choinki, a sam siedzi w restauracji i popija szampana. Nie bije, nie wyzywa. Jest po prostu zawsze sprytniejszy. Ona straciła wszystko. A kolejny chłopak już nie przyszedł. Skończyła się Beatki uroda, nie było już kogo złapać…
Chodźmy stąd, Małgosiu ująłem żonę za dłoń. To złe drzewka. Zawieziemy cię na plantację, razem zetniemy najładniejszą.
Małgosia się uśmiechnęła. Ufała mi. Naprawdę mnie kochała, a ja wciąż nie mogłem uwierzyć, że zasługuję…
Czy za swoje życie powinienem dziękować Krzysztofowi Marianowi? Za to, że nie kazał wtedy swoim ludziom mnie zabić? Chudy, zgarbiony Krzysiek mnie pokonał, uczynił swoim wiecznym dłużnikiem. Słuszna kara…Wybraliśmy z Małgosią najprostsze, najmłodsze drzewko z pola za miastem. Sam wbiłem je w stojak, razem przystroiliśmy gałęzie cukierkami, lampkami, starymi aniołkami z papieru, które robiła jeszcze moja mama. Małgosia zapaliła świeczki, podparła się pod boki, spojrzała z dumą na nasze dzieło.
A ja, patrząc na drżenie światełek w oknie, czułem jak ciepło wraca mi pod żebra, jak serce biło pewniej, spokojniej niż kiedykolwiek przedtem. Zrozumiałem nagle, że nie jestem już chłopcem szukającym cudzych tajemnic, cudzych domów ani śladów na śniegu. Życie, pomimo ran, zostawiło mi najlepszy dar przebaczenie sobie wszystkiego, czego się wstydziłem.
Przytuliłem Małgosię mocno. Cicho, żeby nie usłyszała, obiecałem sobie, że już nigdy nie zgubię drogi, choćby przyszła najcięższa noc.
Za oknem śnieg topniał pod latarnią, a ja pierwszy raz od lat tak naprawdę byłem u siebie.



