Stało się tradycją u mamy, że kilka razy w roku w dniu czyichś urodzin, zwołuję moich siostrzeńców i przyjaciół z dzieciństwa, aby porozmawiać o życiu. Kiedy dzwoni z gratulacjami, to częściej dotyczą one życia solenizantów. Szkoda, że działa to w obie strony.
W dniu moich urodzin, koleżanki mojej mamy, przesyłają za jej pośrednictwem życzenia i wtedy zaczyna się dzień rewizji mojego życia.
Zaczyna się od zwykłego omawiania spraw, potem mówią o moim dawnym życiu, o szkole, o tym, jak dobrze mi szło i dostawałam dobre oceny, co roku mama powtarza, że nie mogłam się dostać na interesujący mnie kierunek i musiałam iść tam, gdzie mnie przyjęli… A potem mówią o zalotnikach, których nie mam. Nastepnie moja mama słucha, jak syn mojej cioci Łucji, służy w wojsku i żeni się, a córka cioci Anny, rodzi drugiego syna i posyła pierwszego do przedszkola… A ja nie tylko nie mam dzieci, ale nawet chłopaka.
Zaczynają długą dyskusję o tym, czy moja orientacja seksualna jest normalna, czy jestem nienawidząca mężczyzn i czy powinnam się jej pozbyć i wyjść za mąż, jakby na tym miał się skończyć świat.
Swoimi wypowiedziami rujnują moją imprezę. Kiedy zostawią mnie w spokoju? To moje życie i mój związek, co ich to w ogóle obchodzi?


