No to wyobraź sobie siedzimy z Andrzejem i słyszymy od naszej córki, Weroniki, że wychodzi za mąż. Szok totalny, bo ona nawet osiemnastki dobrze nie skończyła! Staraliśmy się ją przekonać, żeby się jeszcze wstrzymała, ale uparła się jak osioł.
Oczywiście, teściowa wzięła ją w krzyżowy ogień pytań:
Weroniczko, powiedz szczerze, czy ty spodziewasz się dziecka?
Nie, babciu, co ty…
Jej narzeczony, Paweł, starszy zaledwie dwa lata. Usiedliśmy wszyscy z jego i naszymi rodzicami, żeby ustalić, co i jak i tak nam wyszło, że ślub zrobimy u nas w domu, w Krakowie. A Weronika? Oburzona.
Mamo, no posłuchaj, to przecież obciach! Powinniśmy zrobić coś porządnego, nowoczesnego.
Nie było z nią łatwo, kłóciliśmy się jakiś czas o tą salę, aż w końcu ulegliśmy. Zaczęliśmy organizować przyjęcie w restauracji na Kazimierzu, i to nie byle gdzie, bo Weronika zamarzyła sobie najdroższy wariant. Ani my, ani rodzice Pawła, nie patrzyliśmy na to przychylnie.
No ale Weronika popłakała się:
Mamo, ślub jest raz w życiu…
Zaciągnęliśmy kredyt, tak jak i rodzice Pawła. Pierścionek? Musiał być z diamentem, bo o takim marzyła Weronika. Razem wybierałyśmy suknię bajeczna, wiadomo, że nie z przeceny.
Chcieliśmy pojechać do urzędu naszym wysłużonym polonezem, ale Weronika miała swoją wizję:
Tylko nie stary samochód, proszę… Wypożyczcie coś porządnego, może jeep?
Ojciec próbował jej tłumaczyć, że to przecież wielki wydatek:
Weroniko, pomyśl trochę, nas na to nie stać!
A ona dalej swoje bardzo jej zależy.
No i wynajęliśmy tego jeepa. Słowo daję, byliśmy już wykończeni, zarówno psychicznie, jak i fizycznie przed tym weselem. Kosztowało nas to tyle, co dobre wakacje na Mazurach łącznie chyba z pięćdziesiąt tysięcy złotych poszło.
A potem? Ledwo pół roku po ślubie, Weronika i Paweł się rozwiedli. Ona po prostu nie znosiła bycia żoną. Wieczne pretensje do Pawła, o wszystko.
Wiesz co, wtedy myślałam o swoim ślubie z Andrzejem. Miałam śliczną bluzkę, spódnicę, a Andrzej czekał na mnie z bukietem goździków w Rynku w Krakowie. Żadnych fajerwerków, a jesteśmy razem dwadzieścia lat, mamy dzieciaka, codziennie pijemy razem kawę.
No i widzisz, żadna wielka impreza nie daje szczęścia w małżeństwie. Tak serio nie mam nic do ślubów, wszystko jest dla ludzi, ale z umiarem. Mam po cichu nadzieję, że Weronika, jeśli kiedyś znów się zakocha, będzie podchodzić do sprawy rozsądniej…


