Moja córka uparła się na wystawny ślub w pałacu, pierścionek z diamentem i limuzynę, a my z teściami wzięliśmy kredyt na wszystko – po pół roku małżeństwa doszło do rozwodu.

Dziś, patrząc wstecz na miniony rok, wciąż nie mogę się otrząsnąć z tego, co przeżyliśmy z mężem, gdy nasza córka Zuzanna oznajmiła, że wychodzi za mąż. Zaledwie skończyła osiemnaście lat! Próbowaliśmy ją przekonać, żeby przemyślała swoją decyzję, ale żadne argumenty nie trafiały do Zuzi.

Moja teściowa nie wytrzymała i przy kolacji zapytała ją wprost:
Zuzanno, czy spodziewasz się dziecka?
Nie, babciu odpowiedziała spokojnie nasza córka.

Jej narzeczony, Michał, był od niej starszy tylko o dwa lata. Spotkaliśmy się z jego rodzicami i wspólnie ustaliliśmy, że uroczystość zorganizujemy u nas w domu, w Krakowie. Jednak Zuzia od razu wyraziła sprzeciw:
To takie staromodne! Chciałabym coś bardziej wyjątkowego.

Kłóciliśmy się o to przez wiele dni. W końcu, chcąc jej zrobić przyjemność, zgodziliśmy się, razem z rodzicami Michała, na przyjęcie weselne w restauracji. Niestety, Zuzia wybrała najdroższy lokal w centrum miasta, co wywołało nasz sprzeciw.

Córka rozpłakała się przy stole:
Przecież wychodzę za mąż tylko raz w życiu!

Nie było innego wyjścia wzięliśmy kredyt w banku. To samo zrobili rodzice Michała. Spełniliśmy też zachciankę Zuzi dostała pierścionek z białego złota z brylantem, taki, jaki sobie wymarzyła. Suknię ślubną dobierałyśmy razem była przepiękna, jak z żurnala.

Chcieliśmy podjechać do pałacu ślubów naszym wysłużonym oplem, ale Zuzia nie chciała o tym słyszeć.
Wynajmijcie przynajmniej nowego jeepa!
Mąż próbował tłumaczyć, że to kosmiczne pieniądze.

Mamo, Tato, bardzo mi na tym zależy usłyszeliśmy od naszej jedynaczki.

W końcu ulegliśmy i wynajęliśmy luksusowe auto. Dzień ślubu nadszedł, a ja i mój mąż byliśmy wykończeni nerwowo i fizycznie kosztowało nas to prawdziwą fortunę, całe 90 tysięcy złotych. A niedługo potem… po zaledwie sześciu miesiącach małżeństwa, Zuzanna wystąpiła o rozwód.

Zupełnie nie odpowiadało jej życie u boku męża, ciągle miała o coś pretensje, na wszystko narzekała.

Wtedy wróciły do mnie wspomnienia sprzed dwudziestu lat. Jak zakładałam ślubną spódnicę i bluzkę, a mój przyszły mąż, Wojtek, czekał na mnie z białymi liliami pod urzędem stanu cywilnego. Bez hucznego wesela, za to z wielką miłością. Jesteśmy razem do dziś, odchowaliśmy córkę, przeżyliśmy lepsze i gorsze chwile i żadne wystawne przyjęcie nie wpłynęło na nasze szczęście.

Nie mam nic przeciwko ślubom, ale wszystko powinno mieć swój umiar. Mam nadzieję, że jeśli Zuzia zdecyduje się kiedyś jeszcze raz wyjść za mąż, podejdzie do tego bardziej odpowiedzialnie i z większym rozsądkiem.

Oceń artykuł
Dodaj komentarze

;-) :| :x :twisted: :smile: :shock: :sad: :roll: :razz: :oops: :o :mrgreen: :lol: :idea: :grin: :evil: :cry: :cool: :arrow: :???: :?: :!:

3 + 6 =

Moja córka uparła się na wystawny ślub w pałacu, pierścionek z diamentem i limuzynę, a my z teściami wzięliśmy kredyt na wszystko – po pół roku małżeństwa doszło do rozwodu.