Myślę, to to będzie temat, który nie jest zbyt często poruszany, ale warto o tym powiedzieć. Byłam w ostatni weekend u rodziców i postanowiłam podzielić się z czymś mamą. Przyznałam się jej, że praktycznie codziennie gramy z mężem w gry komputerowe.
Aby było nam wygodniej, kupiliśmy nawet dwie konsole. Mamy też taką zasadę, że ten, kto pierwszy wraca z pracy, na szybko coś gotuje, chociaż „gotuje” to zbyt wielkie słowo – aby było jeszcze szybciej, zwykle przygotowujemy obiady z półproduktów, czasami coś zamawiamy. Zdarza się tak, że tak bardzo nie chce nam się nic wymyślać do jedzenia, że przez cały tydzień jemy pierogi albo makaron z sosem pomidorowym ze słoika. Jedzenie nas nie obchodzi, nie to co wspólne granie. Potrafimy tak każdego dnia po pracy grać po 3, a nawet 4 godziny non stop!
Mama mówi, że to nie jest poważne i to jest ogólnie głupia rozrywka. Uważa, że powinniśmy się zająć czymś innym, a najlepiej to pomyśleć oo powiększeniu rodziny, a nie zajmować się czymś tak bzdurnym! Twierdzi także, że bardzo słaba ze mnie gospodyni, skoro tak traktuję kwestie jedzenia. Dla niej posiłek to nie tylko proces gotowania, ale też później spędzanie czasu razem przy stole. Ja nie sądzę, żeby to było coś tak niezwykle ważnego. Ile można jeść i gadać, zresztą o czym można tak długo rozmawiać?
Gry komputerowe to tak naprawdę jedyne, co łączy mnie z mężem, ale mnie to nie przeszkadza. Ważne, że w ogóle spędzamy czas, a poza tym oboje to lubimy. Niektóre z moich zamężnych przyjaciółek w ogóle nie robią nic z mężami, no może jedzą obiady, ale to jakoś nieszczególnie zbliża. Uważam, że wiele zawdzieczamy tym grom – być może dzięki temu trwamy już 6 rok w małżeństwie, bo ta rozrywka scala nasz związek.
Czy nie lepiej mieć wspólne hobby i je pielęgnować, zamiast oddawać się tradycyjnym obowiązkom domowym, które tylko mogą pogłębić frustrację?



