Mój syn przyprowadził dziewczynę do naszego mieszkania i nie wiem, jak ją wyrzucić.
Takie rzeczy można wyznać tylko anonimowo. Czuję się dosłownie rozgoryczona, graniczy to już z wytrzymałością. Wiem, czekają mnie słowa krytyki, ale mam nadzieję, że matki, których dzieci nagle stały się dorosłe, będą w stanie mnie zrozumieć.
Rodzisz dziecko, wychowujesz je, rozwodzisz się z ojcem, bo nie jesteście już w stanie na siebie patrzeć, zabierasz syna na spacery, robisz wszystko, by nie odczuł braku ojca ani przez chwilę, harujesz na dwóch etatach, jeszcze w domu przy garach jak na trzeciej zmianie, kupujesz te wszystkie telefony, opłacasz szkołę, a potem nagle:
Mamo, Zuzanna się do nas wprowadza.
Kto? Do naszego trzydziestopięciometrowego mieszkania na Ochocie? Wprowadza się do pokoju mojego syna? Będzie tu jadła? Prała swoje rzeczy? Czy teraz w domu będzie dwóch gospodarzy?
Mój syn był zachwycony, przekazując mi tę informację. Spodziewał się, że uśmiechnę się szeroko, rzucę się z radości w wir porządków i może już szykuję miejsce w szafie dla Zuzanny?
To jest dobra dziewczyna, naprawdę, ale to nie oznacza jeszcze, że marzę, by ktoś mieszkał z nami w tym ciasnym mieszkaniu. Dorośli? Niech wezmą kredyt w złotówkach albo znajdą wynajem! Co to za oszczędności, by nie zawracać sobie głowy własnym kątem? Czy nerwy matki są mniej warte niż kilka tysięcy złotych?
Tak właśnie się czułam, ale jednak pozwoliłam dziewczynie wejść. W końcu syn też ma prawo do tego mieszkania, nie? Tak to sobie tłumaczyłam nie do końca szczerze. A znajomi mieli mi za złe: Nie dbasz o szczęście syna, to co z ciebie za matka?
A teraz, ilekroć wracam do domu, wszystko działa mi na nerwy. Już od progu. Obce buty na przedpokoju, zaplamiona kuchenka, jasna sprawa: Zuzanna znowu gotowała. I niechby tylko była oszczędna z moimi zakupami! Przecież nie wydaję pieniędzy w Biedronce na darmo. A jak nagle podczas gotowania brakuje mi mąki? A do tego wiszące w nieskończoność kolejki do łazienki!
Przyznaję, chcę, żeby Zuzanna wyniosła się z mojego mieszkania. Nie potrzebuję tu drugiej gospodyni.
I wtedy wpadł mi do głowy pomysł: a gdybym przyprowadziła do domu jakiegoś faceta? Dlaczego całe lata ukrywałam przed synem mój romans? Przecież to on ma swój własny pokój, ale może niech zobaczy, jak to jest mieszkać we czwórkę na trzydziestu pięciu metrach kwadratowych?
To jedna z tych historii, o których pisze się rzadko. Jako matka małego chłopca trudno mi wyobrazić sobie siebie w roli tej kobiety, ale z niecierpliwością czekam na wasze komentarze.
Jak myślicie, drodzy czytelnicy? Może wasze dzieci dorosły i mieliście podobny problem? Dogadaliście się z partnerkami lub partnerami waszych pociech? Czy matka ma prawo wyrzucić Zuzannę z mieszkania?



