Mam najlepszego przyjaciela, który nie jest złym facetem, nie jest jednak najmilszy i daleko mu do wyglądu księcia. Wymagania ma bardzo wysokie co do wyboru partnerki, ale sam nie uważa, że trzeba dbać o sylwetkę. Ostatni raz był ze mną na siłowni jakieś trzy lata temu. Jego praca jest typową pracą biurową, zarabia przeciętnie, nie może pochwalić się posiadanymi nieruchomościami ani żadnymi innymi osiągnięciami. Chciałby, żeby kobieta miała wszystko, o nie musi, wystarczy, że będzie zarabiał.
Mimo że widzę jego wady, nie czuję się nimi urażony, zwłaszcza że jego mocne strony są nadal obecne w tym człowieku. Jeśli chodzi o jego związki z płcią przeciwną, to muszę się martwić, bo nie układają się one najlepiej.
Widziałem go kilka razy z dziewczynami i o każdej z nich mi potem opowiadał. To jest przypadek, kiedy człowiek widzi drzazgę w cudzym oku, a nie widzi belki we własnym. Według niego coś z nimi było nie tak, jeśli lubiły swój wygląd, były puste i frywolne, jeśli były mądre, były grube. Jedna, która była dla niego dobra, mieszkała u koleżanki, nie miała swojego mieszkania. Ogólnie rzecz biorąc, nie są wystarczająco piękne, mądre i interesujące. Nie są również wystarczająco wykształcone i zamożne.
Czuję się niezręcznie, gdy zwracam mu na coś uwagę. Jak mówię mu, że nie ma idealnego ciała, że jego twarz nie przypomina modela, że wykształcenie też nie ma idealne, obraża się i w odwecie mówi coś nieprzyjemnego. Dochodzi do tego, że się obraża i nie rozmawia ze mną przez tydzień, a potem dzwoni, jakby nic się nie stało.
Jeśli chce znaleźć sobie boginię, niech próbuję, tylko kręcąc nosem jak sam grecki bóg, nic nie osiągnie. Nie widzę jego przyszłości w różowych kolorach.
Denerwuje mnie jego zachowanie i rozmowa z nim staje się nieprzyjemna. Nie lubię rozmawiać z przyjacielem o związkach i kobietach, bo to na pewno doprowadzi do mojej krytyki, a w konsekwencji do jego pretensji.



