Mam 28 lat, mój mąż 29 lat. Jesteśmy małżeństwem od 7 lat, mamy 2 synów. Starszy ma 3 lata, a młodszy rok. Mój mąż wcześnie stracił ojca, a teściowa nigdy nie wyszła ponownie za mąż i wychowywała go samotnie. Ona sama przyznaje teraz, że za bardzo się nad swoim synem roztkliwiała, często decydowała o wszystkim za niego, więc wyrósł na osobę leniwą i niepewną siebie.
W wieku 20 lat, kiedy się poznaliśmy, ja też nie byłam samodzielną gospodynią domową, ale z wiekiem i pojawieniem się dzieci ciężar odpowiedzialności spadł na mnie z całą mocą.
Mam dość ciągnięcia wszystkiego sama. Jeśli dzieci zachorują, to mój problem, jeśli coś jest zepsute, to muszę to naprawić sama lub znaleźć kogoś, kto się tym zajmie. Jeśli jest jakiś problem, muszę poradzić z nim sobie sama.
Piątego dnia po ślubie zmarła moja babcia, bardzo droga i bliska mi osoba. Wieczorem tego samego dnia mąż poszedł na imprezę firmową, twierdząc, że zapłacono za nią, więc musi iść i koniec.
Po roku pożycia małżeńskiego przeżyłam załamanie. W tym czasie mój mąż pracował w innym mieście, bo otwierał nową filię firmy, w której pracuje. Dla mnie to było jak koszmar – przy pierwszym dziecku bałam się, że już nigdy nie będę mogła mieć kolejnego. Mąż nawet w weekend nie przyjeżdżał, bo uważał, że mu się nie opłaca, a ja bardzo potrzebowałam jego wsparcia.
Teraz rozumiem, że nie był gotowy ani na życie rodzinne, ani na pojawienie się dzieci. Wydaje się, że je kocha, ale czasami mam wrażenie, że kocha tylko siebie. Trzeba go poprosić, żeby pobawił się z dziećmi, żeby nas gdzieś zabrał. Musiałam go nauczyć, by przywoził dzieciom i mnie coś z jego wyjazdów.
Wcześniej mógł spokojnie kupić w sklepie coś smacznego tylko dla siebie, zjeść wszystkie owoce w domu czy ostatnie słodycze. Musiałam go nauczyć, że w domu są dzieci i one też tego potrzebują. Nie mogę sobie wyobrazić, jak on może nie rozumieć tak elementarnych rzeczy. Ma 30 lat i jedyne, o czym myśli, to by grać w czołgi i leżeć na sofie. Żeby coś w domu zrobił, to trzeba mu robić pranie mózgu.
A ja jestem zmęczona, nie chcę nikogo zmuszać do bycia głową rodziny, mężem, ojcem. Chcę być, choć czasem słaba i bezbronna, ale czuję się jak walcząca kobieta, od której wszystko zależy. Wydaje mi się, że się zatraciłam, wcześniej byłam autorytetem, przykładem dla wielu, a teraz siedzę w czterech ścianach z dziećmi i czuję żałosną bezwartościowość swojej osoby.
Nawet nie wiem, czy kocham mojego męża, czy nie. Nie wyobrażam sobie życia bez niego, czuję, że sobie nie poradzę, ale nie mam już siły do niego. To mój pierwszy i jedyny mąż, nawet nie myślę o związku z kimkolwiek innym, ale ciągnąć na swoim barkach takie dorosłe dziecko jest dla mnie wykańczające. Jestem zmęczona, chcę równego partnerstwa. Nie wiem, jak powinnam się zachować, żeby do niego dotrzeć.



