Mój brat, Wojtek, po obronie magisterki przeniósł się do Gdańska za pracą. Z początku miał plan zostać tam najwyżej rok trochę odłożyć, wrócić do rodzinnego Torunia i kupić sobie mieszkanie. Jakież było nasze zdziwienie, kiedy życie postanowiło, że Napoleona jego plany guzik obchodzą. Nagle Wojtek trafił na Kasię. I nagle z tego tylko rok zrobiło się dożywocie z miłości. Mój brat został na Pomorzu.
Żony Wojtka nie znaliśmy wyszło tak, że podczas ich ślubu ja byłam w dziewiątym miesiącu i lada moment mogłam zacząć rodzić. Uznaliśmy, że teleportacji jeszcze nie wynaleziono, więc tym razem zostanę w domu. Tata, jak to tata szef nie da wolnego, nie jadę. I tak w delegacji na weselu była sama mama. Nie żeby z synową od razu ogniste relacje nawiązała po prostu się przywitały, zjadły zupę, pogadały o pogodzie, potem młodzi pojechali w podróż poślubną, mama wróciła do Torunia.
Mama stwierdziła tylko, że Kasia urodziwa, sympatyczna i uśmiechnięta, taka do ludzi. Minęło kilka lat. A my, jak brata kochamy, tak bratowej nie widzieliśmy nawet przez dziurkę od klucza.
I nagle w tym roku Wojtek wyskakuje do nas z takim entuzjazmem, jakby wygrał w Totka: planuje z Kasią wielką letnią objazdówkę po Polsce. Najpierw Toruń czyli do nas. Potem wesele koleżanki Wojtka, później zjazd klasowy, potem spotkanie rodzinne nad Bałtykiem i na koniec powrót do Gdańska. U nas mieli być dwa dni. Nie widziałam w tym żadnego dramatu fakt, mieszkanie mamy małe, ale na szczęście teściowie mają działkę z domkiem letniskowym nad Wisłą. Mama męża się zgodziła, choć domek widział remont ostatni raz, jak zupa ogórkowa była modna w PRL-u ale tragedii nie było, woda ciepła jest, myszy nie widać żyć można.
W dniu przyjazdu byłam w dobrym humorze, nawet upiekłam szarlotkę. Wojtek z Kasią przyjechali. I tu zaczęła się prawdziwa zabawa. Wojtek przedstawił mnie Kasi i od razu odczułam, że lepiej byłoby, jakby podróż przełożyli. Już w progu: W pociągu było duszno, za głośno, brudno, a w ogóle to mnie wszystko boli.
Dojechaliśmy na działkę, prowadzę ich, pokazuję jak na targach nieruchomości. Kasia spojrzała na łazienkę i prysznic z miną, jakby zobaczyła karpia w wannie na Wigilię, i to już po Nowym Roku. Wzięła Wojtka na stronę, naradzali się 10 minut. Brat przychodzi do mojego męża i prosi, żeby ich podwiózł do miasta. Bo rozumiecie, Kasia nie zamierza wziąć prysznica w warunkach, które nie spełniają norm sanepidu. Pojechali do nas, zrobiła sobie prysznic, make-up, wrócili. A potem się okazało, że z całego stołu to ona, proszę państwa, zje tylko ogórek i marchewkę. Bo gluten, bo tłuszcz, bo nie pamiętam, co jeszcze było na indeksie. Warzywa zjadła nieufnie, jakby oczekiwała, że z rukoli wyjdzie kleszcz.
Do pokoju na działce też nie chciała nawet głowy wsadzić w efekcie cała ekipa wróciła do naszego mini-M3 w Toruniu. Na drugi dzień ruszyliśmy na zwiedzanie miasta. A Kasia jeszcze bardziej wybredna niż mój trzylatek po nieudanym śniadaniu. Albo jej za gorąco, albo ją noga boli, albo się nudzi Po dwóch dniach czułam się, jakbym przebiegła maraton do Sopotu i z powrotem.
Jakim cudem Wojtek ją znosi od lat, nie mam pojęcia. Nam wystarczyły dwie doby i byliśmy załatwieni jak konkurs wiedzy o Wincentym Witosie na TikToku.


