Dzisiaj siedzę z kubkiem herbaty i wreszcie mam chwilę, by spisać te wszystkie wrażenia. Mój brat, Wojtek, po obronie magisterki znalazł pracę w Poznaniu. Miało być na rok planował odłożyć trochę złotówek, wrócić do rodzinnego Torunia i kupić mieszkanie. Jednak życie przyniosło coś zupełnie innego poznał dziewczynę, Zofię, zakochali się i postanowili wziąć ślub. Brat został na stałe w Poznaniu.
Zosię poznaliśmy tylko z opowieści. Tak się złożyło, że podczas ich ślubu byłam na finiszu ciąży, miałam lada moment rodzić, więc to było oczywiste, że nie pojadę. Tata nie mógł urwać się z pracy w Urzędzie Miasta, więc na weselu reprezentowała nas tylko mama. Nie miały z Zosią okazji do bliższej rozmowy właściwie tylko tyle, że się przywitały. Brat z żoną ruszyli na podróż poślubną do Trójmiasta, mama wróciła po kilku dniach i tyle z tego spotkania zapamiętała że bratowa wydawała się miła, uśmiechnięta i naprawdę zadbana. A potem minęły lata i cały czas nie mieliśmy okazji spotkać się w komplecie.
W tym roku zadzwonił Wojtek z świetną wiadomością. Zaplanował z Zosią dłuższy urlop: najpierw wpadną do nas w Toruniu, potem jadą na wesele jego kolegi pod Wrocławiem, potem jeszcze zlot absolwentów, trochę czasu u jej rodziny w Kołobrzegu i na koniec powrót do Poznania. U nas mieli być dwa dni. Trochę się martwiłam, bo nasze mieszkanie jest małe, ale na szczęście teściowa pozwoliła nam skorzystać z jej domku letniskowego nad Jeziorem Chełmżyńskim. Nie był w idealnym stanie, remont przydałby się od dawna, ale warunki były jak najbardziej znośne.
Tego dnia byłam pełna optymizmu, cieszyłam się na ich przyjazd. Gdy w końcu dojechali, od razu poczułam, że coś nie gra. Wojtek przedstawił mi Zosię… i od pierwszej chwili zaczęła narzekać że podróż była męcząca, w pociągu za gorąco, za głośno, że nie mogła usiąść wygodnie, wszystko nie tak.
Kiedy dotarliśmy do domku, postanowiłam ich trochę oprowadzić. Bratowa spojrzała na łazienkę i toaletę z taką miną, jakbym zaproponowała jej nocleg w piwnicy. Zaraz wyciągnęła Wojtka szepcząc coś na boku, potem mój mąż Grzegorz dostał prośbę, żeby podwieźć ich do miasta. Zosia stwierdziła, że nie zamierza korzystać z naszego prysznica na działce. Pojechali do nas umyła się, zrobiła makijaż i dopiero wtedy wrócili.
Przygotowałam dla nich najlepszą kolację, na jaką było nas stać pierogi z serem, schabowy, mizeria, świeże bułki. Po chwili wyszło, że Zosia niczego nie zje wszędzie gluten, za tłusto, za dużo kalorii, wspomniała jeszcze coś o alergii. Ostatecznie zjadła kilka warzyw, i tak patrzyła na nie z rezerwą. W pokoju gościnnym, gdzie przygotowałam im miejsce, nie chciała spać, więc znów wróciliśmy do miasta, żeby mogli przenocować u nas.
Następnego dnia wybraliśmy się na spacer bulwarami nad Wisłą. Zosia była bardziej marudna niż mój trzyletni Franek raz jej za gorąco, raz noga boli, raz jej się nudziło. Odliczałam godziny do ich wyjazdu. Cały czas zastanawiam się, jakim cudem Wojtek daje sobie z nią radę na co dzień. Ona w dwa dni potrafiła wykończyć nas wszystkich.


