Moi koledzy z klasy pękali ze śmiechu, bo jestem córką szkolnego woźnego ale na studniówce moje sześć słów sprawiło, że im się oczy spociły
Znacie to? Licealny folklor: mam na imię Jagna, mam osiemnaście lat i jestem córką woźnego w naszym liceum im. Mikołaja Kopernika w Olsztynie. Tata to pan Staszek znany i lubiany przez automaty do kawy i zagonione nauczycielki, mistrz mopów, królujący nad naszymi szkolnymi korytarzami. Zajmuje się tym, co wszyscy ignorują: podłogi błyszczą tylko dlatego, że on je codziennie domywa, a śmietniki nie stoją na szkolnych korytarzach z pogardą dla ludzkości. Zawsze zostaje po meczach, ogarnia rurę, którą ktoś zapcha, a potem i tak nikt nawet nie mruknie „dziękuję”. Co tu dużo mówić tata jest moim tatą, a ja jestem Jagną a raczej byłam.
Bo od pierwszych tygodni liceum stałam się „Mopową Księżniczką” dla całej klasy.
Pamiętam, że raz w poniedziałek, ledwie się jeszcze nie rozpoznałam z szafką, a już z korytarza wrzeszczał do mnie Maciek: „Ej, Jagna! Masz bonusowe punkty za śmiecenie?!”. Ludzie się rechotali jakby zobaczyli kawałek z kabaretu. „Miotełka”, „Królewna Mopów”, „Śmieciara” lista kreatywności bez dna. Śmiałam się razem z nimi, bo co, będę płakać?
Od teraz nie byłam już Jagną, byłam legendarną córką woźnego.
Selfie z tatą w roboczym polarze? Zapomnij. Przypadkowe spotkanie na korytarzu? Głowa w telefon. Cześć, przepraszam, ja tu tylko przechodzę i już mnie nie ma.
Najgorsze były stołówkowe popisy. Ktoś wrzeszczał: „Ej, Jagna, twój tattoosiak przyniesie dmuchawę na bal, żeby nie zasyfili tych złotych kibli?”. Potem już tylko śmiech i może rzucony w powietrze kawałek sałatki jarzynowej.
Tego wieczoru wykasowałam ze swojego Instagrama wszystkie zdjęcia z tatą. Żadnych podpisów „Kocham mojego starego”, żadnych relacji znad karchera. Widziałam go skręcającego po wózek zwalniałam i szłam w przeciwnym kierunku. Strasznie wkurzałam się na siebie. Czternaście lat miałam i udawałam przeźroczystą jak woda po ogórkach.
Tata nigdy się nie skarżył. Dzieciaki przemykały obok, przewracały żółtą „Uwaga, ślisko!”, darły się: „Panie Stachu, tu jeszcze brudno!”. Uśmiechał się pod wąsem i wracał do pracy. W domu tylko pytał: „Wszystko git, córuś?”. Oczywiście, odpowiadałam, że tak, choć kłamałam jak z nut.
Mama zginęła w wypadku, kiedy miałam dziewięć lat. Od tamtej pory tata zapierniczał ile wlezie. Nadgodziny, weekendy, nawet ferie. Zdarzało się, że wstawałam w nocy, a on ślęczał z kalkulatorem nad stertą rachunków. Raz przysnęłam w szkolnej bluzie, a on policzył mnie z czynszem. Klasyka.
I kiedy przyszła studniówka, szaleństwo rozkręciło się na dobre. Rozmowy w szatni: „Jaką kieckę bierzesz?”, „Kto będzie w limuzynie?”, „Gdzie lepiej, nad Śniardwami czy nad Zegrzem?”. Ja zero emocji, „Nie idę, bo bal jest żenujący” i już wypadłam z obiegu.
Pewnego dnia wezwała mnie pedagog szkolna, pani Halina: „Tata codziennie zostaje do nocy przy przygotowaniach na studniówkę. Pomaga rozwieszać światełka, bujać balony, wiąże sznurki”. Zdziwiłam się. Przecież to jego praca, nie? A ona na to, że nie to wolontariat, bo etat za krótki, a on „dla dzieci”. Mnie coś ścisnęło w klatce.
Wieczorem tata znów siedział przy kalkulatorze: „Może jakoś zaoszczędzę, dam radę kupić ci sukienkę Nie musisz iść, ale jeśli chcesz, dam radę”. Zajrzałam do jego notatnika: „Czynsz, żarcie, gaz, bilet na studniówkę, sukienka Jagna”. Popatrzyłam na niego i powiedziałam: „Idę na bal”.
Zaniemówił.
No to poszliśmy do lumpeksu w Dobrym Mieście. Dorwałam granatową, prostą sukienkę bez cekinów. Jak się w niej obróciłam, tata stężał i mruknął: „Wyglądasz jak mama”. Prawie się rozryczałam.
Nadszedł dzień studniówki. Tata przyjechał po mnie swoją zdezelowaną skodą, w zwykłym czarnym garniturze na krzyż. „Musisz dziś pracować?” spytałam. „Tak, ale będę duchem, nawet mnie nie zauważysz”.
Wysiadłam pod szkołą i wiadomo, szepty: „Patrzcie, to ta od woźnego”. Tata stał pod salą z ogromnym workiem na śmieci i miotłą, w garniturze, ale w gumowych rękawiczkach. W oczach aż mi się zagotowało. Zrobili mi miejsce do wstydu. Nie chciałam, żeby znikał. Weszłam na salę i prosto do DJ-a: „Mogę coś ogłosić?”. DJ patrzył, jakbym poprosiła o pokaz tańca na rurze, ale oddał mikrofon.
Zdrętwiałam na kości. „Większość z was zna mnie jako córkę woźnego. Ten woźny to mój tata. Przez cały tydzień przygotowywał tę salę. Za darmo”. Pokazałam na drzwi, gdzie stał z workiem, speszony jak kot po deszczu. Opowiedziałam im wszystkim: sprząta po każdym meczu, łata, co rozwalicie, odtyka kible i zostaje, żeby wasze selfie miały na czym powstać. Przestałam się do niego przyznawać, bo się bałam waszych żartów. Koniec z tym. Jestem dumna.
Na sali zrobiło się cicho, jakby wszyscy połknęli mop. Nagle Maciek, sam Król Plungerów, podszedł do taty: „Przepraszam, że byłem osłem. Byłaś dla mnie spoko, a ja sorry”. Inni dołączyli: „Ja też, głupio wyszło”, „Przepraszam, panie Staszku”.
Tata rozkleił się trochę jak dzieciak. Dyrektorka podeszła, powiedziała: „Panie Staszku, niech pan idzie odpocząć. Dziś ktoś inny sprzątnie kuwetę”. Nawet pani Halina złapała za miotłę i poprosiła: „Zostaw to nam”.
Zaczęły się brawa nie takie na siłę, tylko prawdziwe, z serducha.
Podeszłam do taty. „Dumna jestem”, powiedziałam. Wzruszył się, pokręcił głową. „Nie musiałaś”. Ale ja musiałam.
Nie tańczyliśmy żadnego slowa, tylko staliśmy razem i rozmawialiśmy z ludźmi, którzy podchodzili: „Dziękuję za wszystko”, „Siłka nigdy nie była taka czysta”. Tata odwracał się do mnie czasem z miną: „To się serio dzieje?”. Potakiwałam: „Dzieje się”.
W nocy, kiedy brzmiała już tylko muzyka discopolowa pod tytułem „Parówki z grilla” i wszyscy śmierdzieli Domestosem i tanimi perfumami, wymknęliśmy się na dwór.
Na dworze zimno jak w lodówce na bigos. Poszliśmy do skody, tata po drodze stanął. „Twoja mama by to wszystko doceniła”. Oczy mi się spociły. „Przepraszam, że się kiedykolwiek wstydziłam. Twojej pracy, siebie, nas”. Westchnął. „Córuś, nie trzeba się wstydzić. Zawsze chciałem, żebyś była dumna z siebie, nie ze mnie”.
Następnego dnia miałam telefon na granicy eksplozji: SMS-y, maile, nawet Kaśka napisała na Messengerze: „Szacun, przepraszam za żarty”. Ktoś wrzucił taty fotę z workiem na grupę Olsztyn na luzie, podpis: „Prawdziwy Bohater Studniówki”.
Tata w kuchni śpiewał, parzył kawę w wyszczerbionym kubku z napisem „Najlepszy Woźny w Mieście”. Przytuliłam go.
Złapał mnie na tym i rzucił: „Co?”. „Nic”, wzruszyłam ramionami. „Po prostu mój tata zrobił się sławny jak Wodecki”. Przewrócił oczami: „E tam, dalej jestem tym, co biega po mopa, gdy ktoś zwymiotuje w szatni”.
Śmialiśmy się oboje. „Ciężka robota, ale ktoś musi to robić” podsumowałam. „I dobrze, że jesteś uparty”, dodał.
Tym razem to ja miałam ostatnie słowo.
Przez lata się śmiali, ale tamtej nocy z mikrofonem w trzęsącej się dłoni i tatą w progu odkryłam, że teraz mogę być dumna i z niego, i z siebie. I serio, nikt już nie powie „Mop Princess” bez uśmiechu szacunku.
A wy? Jak byście to rozegrali? Dajcie znać na fejsie.


