Dziś śniło mi się coś zupełnie niezwykłego, tak jakby czas płynął w odwrotną stronę, a kolory były trochę za jasne. Byłem pasażerem w starym, trzeszczącym autobusie PKS w Poznaniu. Kierowcą był młody mężczyzna, miał na imię Bartosz Malinowski, około 25 lat, a oczy błyszczały mu jakby widział światło na końcu tunelu pełnego mgły.
Na przystanku przy ulicy Święty Marcin wsiadła staruszka miała może z osiemdziesiąt lat, ubrana w płaszcz z epoki Gierka, a w ręce trzymała chusteczkę w białe kwiatki. Wydobyła z niej kilka złotych monet, jakby wyczarowywała je z powietrza, a palce jej drżały delikatnie, zupełnie jakby grały na niewidzialnych skrzypcach. Poprosiła Bartosza, żeby zatrzymał się przy następnym sklepie spożywczym.
Bartosz przystanął na Alei Niepodległości, zgasił silnik i spojrzał przez okno, jakby sam nie był pewien, czy śni. Babcia miała na imię Bronisława podała mu wyliczone pieniądze i szepnęła głosem, który mógłby rozpuścić mróz:
Dziękuję, mój drogi chłopcze.
Ale Bartosz nie wziął ani grosza. Schował portfel do kieszeni, a potem wyskoczył z autobusu jakby gonił go wiatr. Wpadł do sklepu Społem i zniknął za regałem z konserwami. Po trzech minutach wrócił, niosąc reklamówkę pełną mleka, śmietany, chleba, makaronu i kawałek schabu, który pachniał niedzielnym obiadem. Wszystko wręczył Bronisławie z taką powagą, jakby wręczał państwowe odznaczenie.
Babcia zaczęła płakać łzy lśniły jej na policzkach jak krople rosy na porannej trawie. Szepnęła cicho:
Synku, nie trzeba… moja emerytura wystarcza na zupę i bułkę.
Bartosz uparcie powiedział:
Jeśli nie przyjmiesz, wszystko wyrzucę. Słowo harcerza.
Za pieczoną łzą babcia podziękowała, a Bartosz ponownie usiadł za kierownicą, wyglądając jak ziemia po burzy: odświeżony i spokojny.
Nagle kobieta w średnim wieku, Wioletta, o czerwonych paznokciach i bransoletce z bazarku, rzuciła z końca autobusu:
A czy warto było tracić nasze minuty i złotówki przez jakieś podziękowania? Komu to potrzebne?
Bartosz wstał, nacisnął guzik, otworzył drzwi i powiedział przez zęby, jakby wypluwał gorzki żal:
Przez ludzi takich jak pani starsi myślą, że młodzież jest bez serca, bo potraficie nauczyć dzieci tylko fałszu i pazerności!
Wioletta wysiadła, czerwona na twarzy jak dojrzała malina na rynku Jeżyckim. Reszta pasażerów przez chwilę milczała, a potem autobus ruszył dalej, unosząc wszystkich ku kolejnym surrealnym zakrętom wielkomiejskiego snu…
Bartku, obyś zawsze prowadził ten autobus dalej chwała takim jak Ty!


