Miłość z goryczą piołunu

MIŁOŚĆ O SMAKU PIOŁUNU
Ich miłość nie pachniała różami ani miodem, lecz suchym kurzem gościńców i zgniecionym liściem piołunu. W naszej wsi mawiano: zejdą się świat się zatrzęsie, rozejdą las spłonie do cna.
Rozalia była zielarką w trzecim pokoleniu. Znała szept każdej trawy i potrafiła leczyć rany, które nie chciały się zagoić. Jej dłonie były zawsze ciepłe i pachniały tymiankiem.
Radomił zaś był obcy, mag, którego siła rodziła się nie ze słów ziemi, lecz z ostro brzmiących komend żywiołom. Jego magia była jak ostrze noża i chłodna niczym woda w przeręblu.
Spotkali się mglistym wieczorem, kiedy oboje szukali tego samego: korzenia czarownicy, który rozkwita raz na dekadę.
Nie rusz, głos Rozalii przeciął ciszę. Nie dla twoich łakomych dłoni, czarnoksiężniku. Ziemia dała go dla uzdrawiania, a nie dla czarów.
Uzdrawianie to tylko odroczenie, zielarka, uśmiechnął się Radomił, nie odwracając się. Ja pragnę odkryć istotę rzeczy.
Nie zostali wrogami, ale nie mogli też być przyjaciółmi. Ciągnęło ich do siebie wbrew rozsądkowi i wszelkiej logice. To była miłość w sprzeczności, wieczny konflikt między tworzyć a panować.
…Rozalia przynosiła mu dziki miód i nalewki na bezsenność, gdy jego magia zaczynała go wypalać od środka.
On zostawiał przy jej progu rzadkie krzemienie, w których odbijało się ukryte światło gwiazd, by nie miała ciemności podczas długo trwających zimowych nocy.
Ale gorzki smak piołunu zawsze był obecny. Rozalia widziała, jak Radomił czerpie siłę z pustki i to ją przerażało. Radomił złościł się na jej łagodność, uważając, że marnuje swój dar dla niewdzięcznych ludzi.
…Któregoś razu do wsi przyszła epidemia. Nie rozróżniała dobrych od złych.
Rozalia oddawała ostatnie siły, zabierając gorączkę do swoich żył, a Radomił… po raz pierwszy w życiu się przestraszył. Nie o świat, lecz o nią.
By ją ocalić, musiał zrobić coś, czego najbardziej nienawidził oddać swoją moc ziemi, by ta napełniła wyczerpaną zielarkę.
Kiedy Rozalia otworzyła oczy, Radomił stał przy oknie. Po raz pierwszy pojawiły się u niego siwe włosy, a w dłoniach nie było już iskier magii.
Dlaczego? wyszeptała.
Piołun jest gorzki, Rozalio, odpowiedział, patrząc w dal. Ale bez tej goryczy każda słodycz to tylko pył. Wybrałem ciebie, nie wieczność.
…Pozostali razem na skraju lasu. Ona wciąż leczyła, on uczył się słyszeć szept traw, który kiedyś zagłuszał siłą. Ich miłość była trudna, szorstka i wyrazista, niczym aromat piołunu o zmierzchu. Żadne z nich nie zamieniłoby tej goryczy na najsłodszy miód świata.
…Zamieszkali w starej chacie na samym krańcu Zgniłej Dolinki miejsca, gdzie nie zaglądali ani drwale, ani wiejskie plotkarki.
Radomił, nie mogąc już rzucać błyskawic, odkrył w sobie dar czucia metalu. Został kowalem, nie zwykłym kuł noże, które się nie tępiły, i podkowy, które przynosiły szczęście. W każdym uderzeniu młota było echo dawnej złości, zamienionej w tworzenie. To była jego nowa droga.
Rozalia założyła niewielki ogród, gdzie obok siebie rosły trujący tojad i lecznicza szałwia. Przestała bać się ciemności Radomiła, bo zrozumiała: najżyźniejsza gleba jest czarna.
Ich miłość nie była cukrowa. To życie dwojga silnych osób, które docierały się jak dwa granitowe żarna.
Czasem Radomił próbował przełamać sytuację swą wolą. Gdy susza groziła zagładą ogrodu, godzinami siedział na progu, zaciskając pięści do białości, próbując wycisnąć z pustki choć kroplę deszczu.
Przestań, cicho mówiła Rozalia, kładąc mu rękę na ramię. Ziemia nie jest niewolnicą. Poproś ją, nie rozkazuj.
Nie umiem prosić, burczał w odpowiedzi.
Ale wieczorem razem nosili wodę ze źródła, i w tym było więcej magii niż w jakimkolwiek zaklęciu.
…Do ich chaty często przybywały cienie. To dawni uczniowie Radomiła, pragnący przywrócić mistrza do kręgu czarnoksiężników, to chorzy, których Rozalia sama nie była w stanie uleczyć.
Pewnego razu przyszedł dawny wróg Radomiła czarownik w czarnym płaszczu.
Przyszedł nie po to, by zabić, lecz by odebrać to, co Radomił był winien magii. Zażądał głosu Rozalii w zamian za powrót jego mocy.
Radomił spojrzał na swoje zniszczone ręce kowala, potem na Rozalię, która w tym czasie warzyła napar z piołunu. Nie prosiła o ochronę patrzyła na niego z nieskończonym zaufaniem.
Siła kupiona ciszą ukochanej osoby to nie siła, lecz niewola, powiedział Radomił.
Nie użył magii. Wziął ciężki młot kowalski i wyszedł za próg. Mówią, że tej nocy las zadrżał nie od zaklęć, lecz od zwykłego ludzkiego gniewu mężczyzny broniącego domu. Cień odszedł.
…Starzeli się pięknie. Włosy Rozalii były białe jak kwiaty czeremchy, a broda Radomiła szara jak wygasły popiół.
…Twierdzono, że gdy nadszedł ich czas, nie odeszli osobno. Po prostu wyruszyli w głąb lasu, gdy piołun rozkwitał. Tam dziś stoją dwa drzewa: potężny dąb, którego korzenie sięgają głęboko w rudy, i wiotka wierzba oplatająca jego pień.
Jeśli wędrowiec zerwie liść z tej wierzby, poczuje na ustach tę samą gorycz gorycz prawdziwej, nieudawanej miłości, silniejszą niż każda magia.

Oceń artykuł
Dodaj komentarze

;-) :| :x :twisted: :smile: :shock: :sad: :roll: :razz: :oops: :o :mrgreen: :lol: :idea: :grin: :evil: :cry: :cool: :arrow: :???: :?: :!:

dwa × 1 =

Miłość z goryczą piołunu