Jadwiga przymrużyła oczy, jakby znała odpowiedź na pytanie, które właśnie zadała:
Wiesz, kochanie, nie każda Jadwiga jest jak święta Kinga, nie każdy Kazimierz to święty z Krakowa. Świętych na tej grzesznej ziemi mało. Więc nie osądzaj, zajrzyj lepiej w głąb siebie. Czy byłaś aż tak przykładną żoną swemu Wiesławowi?
Babciu, Wiesław odszedł do mojej koleżanki! Gdzie sprawiedliwość? Mam milczeć? wybuchnęłam.
Na pewno nie pędzić do jego pracy i nie żalić się szefostwu, jaki z niego kobieciarz. Tylko się ośmieszysz. Znamy to, przechodziliśmy… Oszukane żony biegały wcześniej po komitetach partyjnych, zapłakane, z nosem na kwintę. Ale miłość nie słucha rozkazów i zakazy jej nie obowiązują. Nie pomoże to, dziecko. Pogódź się. Czas pokaże, jak potoczą się losy babcia zachowywała spokój.
Moja wiadomość o zdradzającym mężu i przyjaciółce-podstępczyni jakby jej nie ruszyła. Jakby to była codzienna sytuacja.
Hmm, „pogódź się”, łatwo powiedzieć. Koleżanka Kasia sprytna bestyjka, wężowa osoba. Swojego męża pochowała, zabrała się za mojego. Nie uda się, nie oddam!
Wiesław zawsze zerkał z ukradku na Kasię. Pamiętam, jak jechaliśmy całą grupą do sauny. Mój Wiesław nie mógł oderwać wzroku od Kasi. Lizał się jak kot przed śmietaną. Wzrokiem obejmował i całował przyjaciółkę spowitą białą płachtą. Jakoś nie przywiązywałam wagi do tych półsłówek.
Kasia była niewątpliwie urodziwa, miła w dotyku, serdeczna. I co? Przeżyliśmy z Wiesławem szesnaście lat, mamy syna Kacpra. Wierzyłam, że moja rodzina to twardy orzech do zgryzienia i żadna grzeszna siła jej nie skruszy.
Kasia z Grzegorzem dzieci nie mieli. Wiem, Kasia bardzo z tego powodu cierpiała. O Grzegorzu nie powiem, on przeważnie milczał w tej kwestii. Pewnie znosił to po męsku. Przyjaźniliśmy się jako rodziny. Często wyjeżdżaliśmy za miasto, wspólnie spędzaliśmy wakacje. Radość mieliśmy, ile starczało. Tak, coś czuję, wszystko ma swój czas. Biada stała za drzwiami, ukradkiem się śmiejąc.
Danka, Grzegorza zabrała „Pogotowie”. Zawał. Ach, Danuś, mówiłam mu przecież:
Zabierzemy dziecko z domu dziecka! Nie, ciągle milczał i stawał się ponury. Teraz nie wiem, czego się spodziewać. Czy wyrwie się śmierci?
Nieszczęsna Kasia płakała w niebogłosy.
Uspokój się, Kasiu. Wszystko będzie dobrze! Zobaczysz. Grzegorz to silny chłop szczerze pocieszałam przyjaciółkę.
Och, Danka! Jak żyć bez Grzegorza, nie pojmuję! To mój promyk w oknie. I pocieszy, i doda otuchy. Co ja sama? łkała Kasia.
Nie wyprowadzaj go przed czasem na cmentarz, Kasiu. Zbierz się w garść. Nie mazgaj się. Makijaż, paznokcie, uczesanie… Uśmiech na twarz i jazda do męża do szpitala! Grzegorz znów cię pokocha i wróci do zdrowia szybciej…
Tamten raz skończył się cudownie. Grzegorza wyleczyli, postawili na nogi. Życie toczyło się dalej jak Wisła.
Wkrótce Grzegorz i Kasia adoptowali trzyletnią dziewczynkę, Olę. Rodzina siedziała na szczycie radości.
Teraz nawet umrzeć nie straszno! rzucił nagle Grzegorz przy świątecznym stole.
Co ty? Teraz dopiero żyć, córeczkę wychowywać zdziwiliśmy się jego nagłym słowom.
Ja o tym, że wiek nie poszedł na marne. Choć jedno dziecięce serce ogrzałem, przygarnąłem. Na Kasię, moją żonę, pokładam ufność. Ona da sobie radę z córeczką. Pozwalam jej wyjść za mąż, jeśli zajdzie potrzeba… Grzegorz mówił zagadkowo, z jakimś nieskończonym smutkiem w oczach.
Oj, Grzegorzu, nie wymyślaj! Chodźcie, przyjaciele, wypijmy za naszą rodzinną radość! wniósł toast mój Wiesław.
I tak zapomnieliśmy o wyznaniu Grzegorza. Na jakiś czas
Anioł Śmierci, niby lewy wierzchowiec, przystaje przy każdym progu. Nie ustrzegł się Grzegorz. Drugi, wielki zawał nie dał szansy na życie. Grzegorz śpi snem nieprzespanym.
Pozostała Kasia z przybraną córką. Odtraciła żałobę po mężu i znów ożyła. Kasia miała wtedy lat trzydzieści. Przyjaciółka zmieniła całkowicie wizerunek. Z blondynki stała się gorącą brunetką, odmieniła szafę i częściej niż kiedyś uśmiechała się do świata. Dalej spotykaliśmy się wspólnie przy świątecznym stole.
Mój Wiesław jak nie mógł doczekać się spotkania z Kasią. Przy niej Wiesław iskrzył żartami, śmiał się jak szalony, starał się przypodobać młodej wdowie. A córeczkę Kasi nosił na rękach.
Te zaloty męża jakoś do mnie nie docierały. Myślałam, że chce tylko pomóc, wesprzeć w trudnej chwili żonę z
I patrzyłam na wyblakłe zdjęcie Stefana, wiedząc, że moje serce, choć pojątrzone jak staropolska ikona, wciąż skrywa cień tej dziwacznej, niespełnionej tęsknoty za czymś, co nigdy nie było do końca moje. Ta miłość, uparta jak litewski bóbr tkwiący w nurcie Wisły, przetrwała niewiarę i zdradę, stając się cichym, melancholijnym refrenem moich samotnych dni.



