MIŁOŚĆ BEZ GRANIC

Dzisiaj w dzienniku. Pamiętasz, miła, jak mówią, nie każda Zofia Krakowska, nie każdy Jan Gdański. Świętych na tej grzesznej ziemi mało. Więc nie osądzaj, lepiej w siebie zajrzyj. Czy byłaś taką przykładną żoną dla swojego Janka? Babcia zmrużyła oczy, jakby znała odpowiedź na pytanie.
Babciu, Janek odszedł do mojej przyjaciółki! Gdzie sprawiedliwość? Mam milczeć? targała mną złość.
W każdym razie, nie pędź do pracy Janka i nie skarż się jego przełożonym, jaki on bałamut. Tylko się ośmieszysz. Znamy to, były czasy… Oszukane żony biegały do zakładowych związków zawodowych, płacząc, roztrzęsione. A miłość nie słucha rozkazów i zakazów nie uznaje. Nie pomoże to, córeczko. Pogódź się. A czas pokaże, co i jak, babcia była spokojna.
Moja wieść o zdradzającym mężu i fałszywej przyjaciółce zupełnie jej nie poruszyła. Jakby to był zwykły dzień.
Hm, „pogódź się”, łatwo powiedzieć. Przyjaciółka Zosia, to dopiero wyszła jędza, żmija podskórna. Swego męża pochowała, za moim się wzięła. Nie uda się, nie oddam!
Zdarzało się, że mój Janek zerkał na Zosię. Pamiętam, pojechaliśmy całą paczką do sauny. Mój Janek nie mógł oderwać wzroku od Zosi. Oblizywał się jak kot do śmietany. Oczami obejmował i całował przyjaciółkę owiniętą białym ręcznikiem. Jakoś nie przywiązywałem wagi do tych półsłówek.
Zosia, bez wątpienia, piękna, delikatna, ciepła. I co? Z Jankiem przeżyliśmy szesnaście lat, mamy syna Bartka. Wierzyłem mocno, że moja rodzina jest silna i żadna grzeszna moc jej nie złamie.
Zosi i Jerzemu nie dane było mieć dzieci. Wiem, Zosia bardzo to przeżywała. O Jerzym nie powiem wiele, głównie milczał w tej sprawie. Myślę, że cierpiał po męsku. Przyjaźniliśmy się rodzinnie. Często jeździliśmy za miasto, wspólnie spędzaliśmy urlop. Bawiliśmy się, jak tylko mogliśmy. Tak, widać, wszystkiemu swój czas. Nieszczęście czaiło się za progiem, uśmiechając złośliwie.
Danka, Jerzego zabrała „Pogotowie”. Zawał. Jezu, mówiłam mu: „Dajmy, weźmiemy dziecko z domu dziecka!” Nie, tylko milczał i chmurniał. Teraz nie wiem, czego się spodziewać. Wygrzebie się?
Biedna Zosia łkała wniebogłosy.
Uspokój się, Zosiu. Wszystko będzie dobrze! Zobacz zysz. Jerzy jest krzepki, szczerze ją pocieszałem.
Ech, Danka! Jak żyć bez Jerzego, nie wyobrażam sobie! On mi był światłem w oknie. Ukoi i doda otuchy. Co ja sama? szlochała Zosia.
Nie grzeb go przed czasem, Zosiu. Weź się w garść. Rozpadać się nie czas. Makijaż, paznokcie, fryzura… Uśmiech załóż i jazda do męża do szpitala! Jerzy zakocha się w tobie na nowo i prędzej wyzdrowieje…
Wówczas wszystko dobrze się skończyło. Jerzego wyleczyli, postawili na nogi. Życie potoczyło się swoim rytmem.
Wkrótce Jerzy i Zosia zaadoptowali trzyletnią dziewczynkę, Martynkę. Rodzina stanęła u szczytu szczęścia.
Teraz to i umierać nie straszno! powiedział nagle Jerzy przy świątecznym stole.
O co ci chodzi? Teraz tylko żyć, córkę wychowywać, zdziwiliśmy się jego słowom.
Chodzi o to, że nie na próżno żyłem. Choć jedną dziecięcą duszę ogrzałem, przygarnąłem. Na żonę moją Zosię nadzieję kładę. Da sobie radę z córeczką. Pozwalam jej wyjść za mąż, gdyby coś… Jerzy mówił z jakąś nieuchronną goryczą w oczach.
Oj, Jerzy, nie wymyślaj! Dajcie spokój, przyjaciele, wypijmy za nasze rodzinne szczęście! wzniósł toast mój Janek.
Na tym zapomnieliśmy o zwierzeniach Jerzego. Do czasu…
Anioł Śmierci, niby kulawy osioł, zatrzymuje się przed każdymi drzwiami. Nie uchronił się Jerzy. Drugi rozległy zawał nie dał szans. Śpi Jerzy snem wiecznym.
Została Zosia z przybraną córeczką. Oplała męża przez stosowny czas i znów odżyła. Zosia miała wtedy trzydzieści lat. Przyjaciółka diametralnie zmieniła image. Z blondynki stała się płomienną brunetką, odnowiła garderobę i częściej niż dawniej się uśmiechała. Nadal zbieraliśmy się przy świątecznym stole.
Mój Janek za każdym razem nie mógł się doczekać spotkania z Zosią. Przy niej Janek sypał dowcipami, śmiał się w nieodpowiednich momentach, starał się dogodzić młodej wdowie. A córeczkę Zosi niemal nie wypuszczał z rąk.
Te zabiegi męża przyjmowałem beztrosko. Myślałem, że po prostu chce pomóc, wesprzeć w ciężkiej chwili żonę zmarłego przyjaciela. Otóż to…
Zaprosiła nas Zosia z mężem na urodziny córeczki. Martynce stuknęło dziesięć lat.
Przy stole śmialiśmy się, życzyliśmy solenizantce, by rosła duża i grzeczna.
Tatusiu, a kiedy na dobre do nas przyjdziesz? szeptała Martynka… J
Ale gdy dziś minąłem Henryka z Katarzyną i ich dziećmi w tłumie, uśmiechnął się niepewnie, a ja tylko skinąłem głową, bo czas leczy rany, a ulewa odeszła na zawsze, choć na ulicy znów mżyło i nic się nie zmieniło, oprócz mnie.

Oceń artykuł
Dodaj komentarze

;-) :| :x :twisted: :smile: :shock: :sad: :roll: :razz: :oops: :o :mrgreen: :lol: :idea: :grin: :evil: :cry: :cool: :arrow: :???: :?: :!:

8 + 19 =

MIŁOŚĆ BEZ GRANIC