Nigdy wcześniej nie miałam pragnienia posiadania dziecka, aż do momentu, kiedy poznałam Mikołaja. Z nim moje przyszłe życie wydawało się z góry ustalone.
Kiedy wzięliśmy ślub, obiecaliśmy sobie, że pozostaniemy zjednoczeni na zawsze, bez względu na to, co przyniesie życie. Byliśmy tak zakochani, że razem mogliśmy spokojnie stawić czoła każdemu problemowi. Wtedy nie podejrzewałam, że nasze silne dążenie do stworzenia idealnej rodziny stopniowo zniszczy nasz związek.
Nigdy nie wyobrażaliśmy sobie, że nasza rodzina mogłaby istnieć bez dzieci. Przez pierwsze sześć miesięcy naszego małżeństwa Mikołaj był taki, jakiego go pokochałam – optymistyczny, miły człowiek, który znał mnie dobrze i wiedział, co powiem, zanim otworzyłam usta. Już wtedy martwiłam się, że nie mogę zajść w ciążę, ale on spokojnie mówił: „Trochę cierpliwości, uda nam się na pewno!” Jednak czas mijał, a sytuacja zaczęła się zmieniać.
Gdy minął rok, przestaliśmy uprawiać miłość tak jak wcześniej, bo pojawiło się napięcie i robiliśmy to niejednokrotnie zgodnie z kalendarzykiem. To było bardziej powodowane poczuciem obowiązku niż chęcią. Próbowałam się odprężyć, ale ciągle myślałam o tym, że muszę zajść w ciążę i nie mogłam cieszyć się naszą intymnością. Czułam również, że Mikołaj jest napięty, skupiony na „celu”.
Początkowo rozmawialiśmy spontanicznie i szczerze… Potem postanowiliśmy w ogóle nie poruszać tego tematu i myśleć o innych rzeczach. Bez względu na to ciąża nie nadchodziła. Na początku każdego miesiąca byłam smutna, a Mikołaj przeżywał to w milczeniu. On pierwszy zaproponował konsultację z lekarzem. Gdy ginekolog wspomniał o in vitro, nie zauważyłam, żeby Mikołaj był przeciwny tej metodzie. Nigdy nie podjęłabym takiej decyzji sama, więc wracając do domu zapytałam go, jak daleko jest gotów się posunąć dla realizacji naszego marzenia. Odpowiedział, że będziemy próbować do samego końca!
Kiedy badania wykazały, że problem leży po mojej stronie, między nami pojawiła się przepaść. Byłam zmieszana reakcją Mikołaja, bo niby nie powiedział nic na tym temat, ale nie mógł ukryć swojego rozczarowania, a nawet złości. W tym okresie zrozumiałam, że jako dziecko z wielodzietnej rodziny, Mikołaj nie potrafi wyobrazić sobie życia inaczej, niż jako ojciec kilku dzieci. Cisza między nami stawała się coraz bardziej dotkliwa.
Lekarze coraz bardziej zachęcali mnie do próby zapłodnienia in vitro. Postanowiłam spróbować, ale nic z tego nie wyszło. Czułam się psychicznie wyczerpana i coraz bardziej samotna. Po drugiej próbie zrozumiałam, że to może nigdy się nie udać i przerwałam starania. Wyjaśniłam Mikołajowi, że musimy spróbować żyć naszym życiem, zamiast mieć nierealistyczne oczekiwania i za wszelką cenę starać się o dziecko. Kiedy kilka tygodni później wspomniałam o adopcji, a krzyknął, że nie chce „obcego dziecka” i „nagrody pocieszenia”. To wydało mi się zbyt okrutne.
Mikołaj był obsesyjnie skupiony na posiadaniu własnego dziecka. Dla niego było oczywiste, że nie możemy być rodziną, jeśli nie mamy dzieci, a przede wszystkim syna, który kontynuowałby ród i sprawiłby, że czułby się silnym mężczyzną. Pomyślałam, że próby in vitro zniszczyły nasz związek. Chciałam zaleczyć rany i wzmocnić naszą miłość, ale zamiast tego następowały kłótnie za kłótnią.
Pewnego wieczoru Mikołaj powiedział mi: „Przemyślałem to i myślę, że nie będziemy razem szczęśliwi. Lepiej się rozstać.” Słysząc te słowa od osoby, którą kochasz, zapewniam, że serce aż krwawi. Byłam zdruzgotana! Poprosiłam go, żeby natychmiast się wynosił. Przeżyłam to jako podwójną tragedię – zostałam bez dzieci i bez męża. Miałam wrażenie, że zostałam porzucona jak niepotrzebna rzecz.
Prawda jest okrutna – mój mąż odszedł, ponieważ jestem bezpłodna. Tak, to prawda, ale nie cała.
Odszedł, ponieważ jest egoistą, który chciał za wszelką cenę mieć syna i był niezdolny stawić czoła rzeczywistości. To już tylko jego problem, a ja żyję sobie sama, ale w spokoju. Potrzebowałam czasu, żeby się po tym pozbierać, mimo że pozostanę zraniona na zawsze. Taki jest życie. Przynajmniej przekonałam się, że nasza miłość nie była wystarczająco silna i w rzeczywistości nie byliśmy dla siebie.
Nie udałoby mi się bez pomocy psychoterapeuty odzyskać wiary w siebie i szacunku do samej siebie. Dziś to już zamknięta karta mojego życia. Zrozumiałam, że nie byłam niczemu winna. Na miejscu mojego byłego męża nie zniszczyłabym naszego małżeństwa.
Teraz żyję z innym mężczyzną, który wie, jak uczynić mnie szczęśliwą. Już na początku powiedziałam mu, że nie mogę mieć dzieci. Może dlatego, że ma już dwoje dzieci z pierwszego małżeństwa, zareagował spokojnie. Spojrzał mi w oczy i powiedział, że najważniejsze dla niego jest nasze wspólne szczęście.



