Mieszkanie i skargi męża

Mam swoją małą, przytulną kawalerkę – z kwiatami na parapecie i starym fotelikiem, w którym uwielbiam odpoczywać. Po ślubie razem z Damianem postanowiliśmy tu zamieszkać i myślałam, że będzie to nasz mały raj. Nie minęło jednak nawet dwa miesiące, a mój mąż zaczął narzekać, że ma za daleko do pracy. Najpierw sądziłam, że po prostu jest zmęczony, ale teraz te utyskiwania słyszę codziennie i już nie wiem, jak reagować. Zastanawiam się, czy powinnam ustąpić i się przeprowadzić, czy bronić swojego, bo to przecież mój dom, moja twierdza. Jedno wiem na pewno – jego marudzenie zaczyna mnie wyprowadzać z równowagi i boję się, że to dopiero początek naszych problemów.

Z Damianem wzięliśmy ślub pół roku temu. Przed ślubą mieszkał z rodzicami na drugim końcu Wrocławia, a ja – w swoim mieszkaniu, które kupiłam dzięki pomocy rodziców i kredytowi hipotecznemu. Kawalerka jest niewielka, jednoizbowa, ale dla dwojga w zupełności wystarczająca. Włożyłam w nią całe serce – pomalowałam ściany na ciepły beż, zawiesiłam firanki, które sama wybrałam, ustawiłam półki z książkami. Gdy decydowaliśmy, gdzie zamieszkamy po ślubie, zaproponowałam moje mieszkanie. Damian się zgodził: „Kasia, twój dom jest bliżej centrum, a swoje cztery kąty to zawsze lepiej”. Byłam szczęśliwa, wyobrażałam sobie, jak wspólnie będziemy gotować kolacje, oglądać filmy, snuć plany. Ale chyba moje marzenia były zbyt różowe.

Pierwsze tygodnie układały się dobrze. Damian pomagał w drobnych remontach, razem kupiliśmy nową kanapę, nawet żartowaliśmy, że nasze mieszkanie to gniazdko dla dwojga. Ale potem zaczął wracać z pracy coraz bardziej ponury. „Kasia – mówił – dziś jechałem półtorej godziny, korki koszmarne”. Jego biuro znajduje się na obrzeżach miasta, a z naszej dzielnicy to faktycznie około godziny drogi, czasem więcej, jeśli są korki. Współczułam mu, sugerowałam, żeby wyjeżdżał wcześniej albo szukał krótszych tras. Ale to go nie zadowalało. „Nie rozumiesz – burczał – codziennie tracę trzy godziny na dojazdy. To nie jest życie”.

Starałam się być wyrozumiała. Mówiłam: „Damian, pomyślmy, jak ułatwić ci drogę. Może zmienimy samochód albo spróbujemy carsharingu?” Ale on tylko machał ręką: „Samochód nie pomoże, Kasia. Trzeba mieszkać bliżej mojej pracy”. Bliżej? Czy on proponuje przeprowadzkę? Zapytałam wprost, a on tylko przytaknął: „No tak, byłoby łatwiej, gdybyśmy wynajęli coś koło biura”. Omal nie zakrztusiłam się kawą. Wynająć? A moje mieszkanie? Mój dom, za który płaciłam kredyt przez pięć lat, który urządzałam z taką miłością? Po prostu zostawić to wszystko i przeprowadzić się na drugi koniec miasta, bo jemu nie pasuje?

Próbowałam wytłumaczyć, że dla mnie ta kawalerka to nie tylko cztery ściany. To mój pierwszy poważny krok, moja niezależność. Jestem z niej dumna, nawet jeśli jest mała i nie w najmodniejszej dzielnicy. Ale Damian patrzył na mnie jak na dziecko i mówił: „Kasia, to tylko mieszkanie. Możemy je wynająć i żyć tam, gdzie mi będzie wygodniej”. Wygodniej jemu! A co ze mną? Mnie stąd do pracy jest dwadzieścia minut spacerem. I uwielbiam tę okolicę – jest park, gdzie chodzę na spacery, kawiarnia, w której spotykam się z koleżankami, sąsiadka, która czasem przynosi ciasto. Dlaczego mam to wszystko zostawić?

Sytuacja staje się coraz bardziej napięta. Teraz Damian narzeka nie tylko na dojazdy, ale i na wszystko inne. Raz mówi, że w naszej kawalerce jest za ciasno, innym razem, że sąsiedzi z góry hałasują, a jeszcze kiedy indziej, że „czuć starym domem”. Starym? To blok z wielkiej płyty, ma trzydzieści lat, a ja dopiero co zrobiłam remont! Zaczęłam podejrzewać, że nie chodzi tylko o drogę. Może po prostu nie chce żyć w moim mieszkaniu, bo to „moje”? Zapytałam kiedyś: „Damian, gdybyśmy mieszkali u twoich rodziców, też byś tak narzekał?” Zawahał się, po czym mruknął: „Tam też daleko, ale przynajmniej jest więcej miejsca”. Więcej miejsca? Czyli moja kawalerka mu nie odpowiada?

Porozmawiałam z mamą, licząc na radę. Wysłuchała mnie i powiedziała: „Kasia, małżeństwo to kompromis. Jeśli on tak cierpi, pomyślcie, jak znaleźć złoty środek”. Ale jaki złoty środek? Wynająć moje mieszkanie i wyprowadzić się tam, gdzie jemu wygodniej? Czy zostać i słuchać jego marudzenia? Zaproponowałam alternatywę: niech Damian poszuka pracy bliżej nas. W końcu jest inżynierem, ofert w mieście nie brakuje. Ale tylko prychnął: „Co ty, ja pracuję w tej firmie od dziesięciu lat, nie zamierzam tego rzucać”. A ja powinnam rzucić swój dom?

Teraz czuję się w potrzasku. Część mnie chce postawić na swoim – to moje mieszkanie, mam prawo żyć tam, gdzie mi dobrze. Ale druga część boi się, że to zniszczy nasze małżeństwo. Kocham Damiana, nie chcę się z nim kłócić, ale jego narzekania doprowadzają mnie do szału. Czasem czuję się winna, jakbym to ja zmuszała go do cierpienia. Ale potem myślę: dlaczego to ja mam rezygnować ze swojego? Wiedział, gdzie będziemy mieszkać, gdy się zgadzał. Dlaczego teraz to ja mam wszystko zmieniać?

Dałam sobie czas do końca miesiąca, żeby podjąć decyzję. Może spróbujemy wynająć coś w połowie drogi między jego pracą a moją? Ale myśl, że moje mieszkanie będzie stało puste albo obcy ludzie będą w nim mieszkać, łamie mi serce. Albo może Damian jednak się opamięta i przestanie marudzić? Nie wiem. Teraz po prostu staram się nie wybuchać, gdy znowu zaczyna swoją litanię o korkach. Ale jedno wiem na pewno: to jest mój dom i nie chcę go stracić. Nawet dla miłości. A może prawdziwa miłość to taka, w której nikt nie musi wybierać?

Oceń artykuł
Dodaj komentarze

;-) :| :x :twisted: :smile: :shock: :sad: :roll: :razz: :oops: :o :mrgreen: :lol: :idea: :grin: :evil: :cry: :cool: :arrow: :???: :?: :!:

jeden × 2 =

Mieszkanie i skargi męża