Mieszkam z facetem, który twierdzi, że pieniądze to „nisko wibrująca energia”. Jesteśmy parą od prawie dwóch lat i przez pierwsze półtora roku wszystko wydawało się normalne. On chodził do pracy, dorzucał się do rachunków, miał nawet własny rytm dnia. Aż pewnego dnia wrócił do mieszkania w Warszawie, patrzy mi w oczy i deklaruje, że przeszedł właśnie „przebudzenie duchowe”, a jego etat nie idzie ramię w ramię z misją jego życia. Tydzień później rzucił robotę.
Na początku trzymałam za niego kciuki. Powiedział, że potrzebuje czasu, żeby odnaleźć siebie, że ma już dość trudów systemu i pragnie żyć świadomie. Ja za to dalej wstawałam bladym świtem, zakładałam garsonkę i ganiałam na tramwaj. Wracałam z pracy totalnie wymęczona. On? Zostawał w domu medytował, oglądał filmiki o samorozwoju na YouTubie i odpalał kadzidła. Uważał, że właśnie się „leczy”.
Po dwóch tygodniach nie dorzucił się nawet złotówką do czynszu. Gdy mu to wytknęłam, usłyszałam, że nie mam się czym martwić Wszechświat zawsze daje. W praktyce tym „Wszechświatem” okazałam się być ja. Zaczęłam sama płacić za wszystko: jedzenie, wodę, rachunki, MPK dosłownie całą resztę. On jadł, używał przecież mieszkania, internetu, ciepłej wody, światła i jeszcze twierdził, że w rachunki nie wierzy, bo to życie w lęku.
Któregoś dnia wracam po robocie styrana jak koń po westernie a on leży na kanapie i słucha afirmacji o bogactwie. Mówię, że musimy pogadać o pieniądzach. On na to, że jestem „w trybie braku”, że moja frustracja przyciąga złe wibracje i że powinnam odpuścić kontrolę. No to się zagotowałam. Powiedziałam mu, że to nie jest kontrola tylko odpowiedzialność. On spojrzał na mnie z łagodnym politowaniem i stwierdził, że jeszcze się „nie przebudziłam”.
Obiecał, że już niedługo zacznie zarabiać na swojej „wiedzy”. Że będzie prowadził konsultacje, warsztaty, coś tam… Tyle że czas mijał, a działo się głównie nic. Zmieniło się tylko to, że zaczął mnie poprawiać na każdym kroku jak mówię, jak myślę, jak reaguję. Kiedy narzekałam, że jestem wykończona, to wg niego miałam „niską wibrację”. Gorszy dzień? A to z kolei już pełny „emocjonalny blok”.
Był jeden moment, który mnie dobił. Wróciłam z siatkami z Biedronki, postawiłam je na stole i poprosiłam, żeby mi pomógł powkładać rzeczy do szafek. On na to, że jest w głębokiej medytacji i nie może przerywać swojej energii. Pomyślałam wtedy, że chyba nie mam partnera, tylko dorosłego faceta, który z pełną świadomością nie zamierza brać odpowiedzialności za własne życie.
Ostatnio poprosiłam, żeby poszukał sobie jakiejkolwiek pracy chociażby na pół etatu. Odpowiedział, że nie zamierza się znów „podporządkowywać czemuś, co go wypala”, tylko po to, żeby płacić rachunki. Powinnam go zrozumieć i wspierać jak „świadoma partnerka”. Grzecznie uzmysłowiłam mu, że co innego wspierać, a co innego utrzymywać dorosłego, który nie kiwnie palcem. Obraził się. Usłyszałam, że nie wierzę w jego potencjał.
Dziś nadal pracuję, utrzymuję nas i w sumie nie wiem, w którym momencie z dziewczyny zyskałam tytuł sponsorki duchowego urlopu we własnym mieszkaniu. Nie wiem, czy jestem jego partnerką, czy już fundatorką new-ageowego stażu. Wiem na pewno jedno: jestem wykończona, a choćbym sobie kadzidłem całą chatę otoczyła, to i tak rachunki same się nie zapłacą.
I co teraz?



