Między nami przepaść…
Po rozwodzie z mężem Kasia długo nie mogła dojść do siebie. Przeczuwała, że zdradza, ale i tak nie była gotowa na prawdę. Była rodzina, ustabilizowane życie z marzeniami i planami… Nic z tego nie zostało. Marek po prostu wyszedł z domu, z jej życia.
Lato miało się ku końcowi, a Kasia nie zauważała nic wokół: ani słońca, ani gwaru miasta, ani tęczy po deszczu. Pewnej nocy, dusząc się z gorąca i bezskutecznie próbując zasnąć, nagle zrozumiała, że tak dalej być nie może. Marek jest szczęśliwy, a ona nie żyje, tylko powoli umiera.
„Tu wszystko przypomina o nim, o nas. A nas już nie ma. Trzeba po prostu wyjechać, chociaż na chwilę. Tylko nie na południe, nie za granicę, gdzie tłumy i zgiełk. Trzeba pojechać tam, gdzie cisza, na wieś. Przecież mamy tam dom! Dom babci. Wszyscy przecież stamtąd pochodzimy. To nasze miejsce mocy. Dlaczego wcześniej mi to do głowy nie przyszło?” – Kasia nawet usiadła na łóżku. Wilgotna koszula przykleiła się do pleców.
Babcia zmarła trzy lata temu. Przedtem długo chorowała. Wszystko zmierzało ku końcowi. Ale Marek namówił ją na wyjazd do Włoch. „Nic się nie stanie w dziesięć dni” – mówił. Wiadomość o śmierci babci zastała ich w Neapolu. „Nic już nie pomożemy. Zmiana biletów to problem. Wrócimy, pójdziemy na grób, pomodlimy się…” I znów go posłuchała. Jak zawsze.
Mama ma męża – duży dom z działką pod miastem. Od dawna chciała sprzedać dom babci, ale ciągle zwlekała.
Dawno, dawno temu każde wakacje Kasia spędzała u babci. Od kiedy poszła na studia, już nie wracała na wieś. I na grób nie zajrzała, teraz nawet nie pamiętała dlaczego.
Z niecierpliwości aż dłonie zaczęły ją świerzbić. Kasia wzięła telefon, chciała zadzwonić do mamy, zapytać o klucze do domu. Ale zobaczywszy godzinę na ekranie, zrozumiała, że to środek nocy, wszyscy śpią. Odłożyła telefon i opadła na poduszkę. Nic nie szkodzi. Teraz wiedziała, co robić – jak wyrwać się z tej otchłani bólu i żalu. Zaczęła myśleć, jak jutro spakuje rzeczy, jak dom ją przywita… I niepostrzeżenie zasnęła.
Rano wstała lekko i od razu zadzwoniła do mamy, pytając o klucze.
— No nareszcie przyszłaś do siebie, zaczęłaś myśleć o czymś innym niż twój Marek. Świat się na nim nie kończy… — Mama znów zaczęła swoją starą rozmowę.
— Mamo, nie trzeba. Słowa pocieszenia nie działają. Znajdź klucze.
— A co mam szukać? Leżą w szufladzie w przedpokoju. Przyjedź, chociaż cię zobaczę. Dom w porządku. W maju spotkałam ciocię Wandę. Mówiłam ci? Nie? Bo przecież nie miałaś głowy do takich rzeczy… No cóż, była na weselu wnuczki. Mówiła, że dom stoi jak nowy. Pytała, czy nie sprzedamy. Nowy zięć chętnie by kupił. Bardzo mu się ta wieś spodobała. Może pojedziemy razem? — Mama jak zawsze skakała z tematu na temat.
— Nie. Ja sama. Proszę. Po pracy wpadnę po klucze.
Cały dzień myślami wracała do wyjazdu. Szefowa agencji, w której pracowała Kasia, sama rozwódka, uważnie słuchała jej argumentów. Że próbowała wypełnić pustkę pracą, ale nie wyszło. Postanowiła wyjechać na jakiś czas. Sezon urlopów, mało zleceń – bez niej sobie poradzą. Szefowa niechętnie, ale się zgodziła.
Wieczorem Kasia wpadła po klucze, potem pakowała rzeczy. Wzięła tylko to, co najważniejsze. A nuż i tam nie ucieknie przed sobą, przed bólem, i po jednym dniu zechce wracać.
O dziwo, spała mocno tej nocy. Rano wstała wcześnie, wypiła kawę, sprawdziła gaz, światło i wodę, wzięła torbę i wyszła z mieszkania.
Miasto jeszcze spało. Nad dachami pojawiały się pierwsze promienie słońca. Z podekscytowania Kasia podśpiewywała pod radiowe hity.
Choć dawno nie była na wsi, drogę pamiętała. Dom stał na miejscu. Nawet trawę na podwórku ktoś skosił. Kasia wysiadła i zanurzyła się w ciszy. Dźwięki oczywiście były – śpiew ptaków, pianie kogutów, łańcuch psa u sąsiadów. Ale w porównaniu z miejskim hałasem – panowała tu dzwoniąca cisza.
W domu było wilgotno, zasłonięte firanki tworzyły półmrok. Kasia zabroniła sobie żałować przyjazdu i zabrała się do pracy. Pobiegła po wodę do studni, umyła podłogę, choć brud nie miał skąd się wziąć. Przyniosła suche drewno. Gdy w piecu wesoło zatrzeszczał ogień, poczuła się jak zwycięzca.
Miejscowi przechodzili obok domu, przyglądali się samochodowi, zaglądali przez okna, ale nie wchodzili – nie wypada bez zaproszenia.
Wkrótce w domu zrobiło się gorąco. Kasia rozłożyła kołdrę na łóżku, poukładała poduszki przy piecu, żeby szybciej wyschły. Nie wynosiła ich na słońce – za wiele ciekawskich oczu. Poszła nad rzekę, która płynęła tuż za wsią. Na brzegu zdjęła sandały i ostrożnie szła po wysuszonej słońcem trawie. Woda wydawała się czarna i gęsta.
Kasia odeszła dalej od wsi, zrzuciła sukienkę i biegiem wskoczyła do wody, wzbijając fontannę kropel. Rzeka była ciepła i miękka.
— A ja myślę, kto tu tak pluska? Jakaś duża ryba? — rozległ się za nią męski głos.
Kasia gwałtownie się odwróciła. Przed nią stał Krzysztof. Dojrzały, postawny, ale rozpoznawalny. Jej pierwsza dziecięca miłość. W jednej ręce trzymał wędkę, w drugiej – kilka ryb nawleczonych na gałąź.
Serce Kasi podskoczyło do gardła, utrudniając oddychanie, myślenie… Wir wspomnień uderzył w nią w jednej chwili.
Właśnie dlatego tak dawno tu nie była. Przez niego. A kiedyś dla niego chciała nawet zostać u babci, na wsi. Mama nie pozwoliła. „Co z takiej miłości może wyjść?”
Kasia namawiała Krzysztofa do miasta. Zgodził się, ale nie przyjechał. Potem babcia powiedziała, że się ożenił. Kasia już nie wracała na wieś. Na trzecim roku poznałaKasia uśmiechnęła się przez łzy, wiedząc, że tym razem żadna przepaść nie stanie między nimi.



