Miasto nad Rozlewiskiem

Trzy kłębki futra przewracały się na przemoczonej gazecie. Czarno-rude, z za dużymi jeszcze łapami i wielkimi łbami, jakby ktoś je zmontował z części od innego, większego psa. Barbara Kowalczyk najpierw pomyślała, że to kot się szamocze. Potem — że wiatr ciągnie po asfalcie kawałek folii. Dopiero za trzecim razem, gdy dźwięk się powtórzył, zatrzymała się w kałuży i zawróciła tam, dokąd wcale nie miała zamiaru iść.

Był koniec listopada, ta pora, kiedy deszcz jest już w połowie śniegiem i wciska się pod kołnierz nawet przez szalik. Barbara wracała z apteki przy rondzie w Bytomiu, z dzielnicy Rozbark, gdzie mieszkała od czterdziestu lat. W reklamówce miała tabletki na ciśnienie, pół bochenka chleba i najtańszą herbatę, jaką znalazła na półce. Do emerytury zostało dziewięć dni i sto osiemdziesiąt złotych.

Za blokiem garaży, tuż przy murze, stało wielkie kartonowe pudło po telewizorze. Ktoś przycisnął je odłamkiem eternitu, żeby się nie rozchyliło. Ktoś się postarał. Ktoś to sobie dokładnie zaplanował.

Barbara odsunęła płytę. W środku, na rozmiękłej gazecie, kotłowały się trzy szczeniaki. Dwa tuliły się do siebie. Trzeci, najmniejszy, z białą plamą na piersi, leżał osobno i prawie się nie ruszał.

— No i masz — powiedziała na głos. — Ładnie.

Stała nad pudłem z trzy minuty. Głowa liczyła chłodno, jak kasa fiskalna. Sto osiemdziesiąt złotych. Dziewięć dni. Rachunek za ogrzewanie, którego od tygodnia nie miała odwagi otworzyć. Psa w mieszkaniu nigdy nie trzymała, nawet jako dziecko.

Wtedy najmniejszy szczeniak zaskomlał — cienko, ledwie słyszalnie. Nie żałośnie nawet. Jakby po prostu sprawdzał, czy ktoś jeszcze na świecie jest.

Uklękła, podniosła pudło i od razu wiedziała, że sama go nie zaniesie.

Do klatki było jakieś trzysta metrów. Zatrzymywała się cztery razy. Pudło nie było ciężkie, tylko niewygodne — szerokie, śliskie od deszczu, dno się uginało. Za trzecim postojem odstawiła je na ławkę przy placu zabaw i chwilę stała, trzymając się za krzyż.

— Pomóc pani?

Za nią stała młoda kobieta z drugiego piętra. Barbara kojarzyła ją z widzenia — zawsze przemykała szybko, z wózkiem albo z siatkami, kiwając głową w biegu.

— No tu… — Barbara nie wiedziała, jak to ująć. — Znalazłam tam. Za garażami.

Kobieta zajrzała do pudła i zamilkła na kilka sekund.

— Znaleźli się właściciele — rzuciła w końcu, i wcale nie zabrzmiało to dobrotliwie. Patrzyła przy tym nie na Barbarę, tylko gdzieś w stronę garaży. — Dokąd pani ich niesie?

— Do domu. A dokąd niby.

— To ja wezmę. Ania jestem, z dwudziestego siódmego.

Ania podniosła pudło bez trudu, jedną ręką podpierając od spodu. Barbara szła obok i po raz pierwszy od dawna miała z kim milczeć.

Mieszkanie powitało ją zwykłą ciszą. Telewizor Barbara włączała dla głosu w pustych ścianach, fikus na parapecie przeżył wszystkich, kogo znała, a w korytarzu unosił się zapach starego linoleum, które od lat czekało na remont odkładany w kategorii "kiedyś potem". Pudło postawiły w kuchni, przy kaloryferze.

— Ma pani jakiś koc? — zapytała rzeczowo Ania. — Stary, żeby nie było szkoda.

— Jest pled. I tak już się na nic nie nadaje.

Mokre gazety poleciały do kosza. Barbara wytarła każdego szczeniaka ręcznikiem i po chwili trzy futrzane kule zaczęły drobno dygotać.

— To normalne — powiedziała Ania. — Odtajają.

Z jedzeniem było gorzej. W lodówce stał garnek kaszy jęczmiennej, leżały trzy jajka i kawałek masła. Barbara rozprowadziła kaszę ciepłą wodą, rozgniotła widelcem i postawiła spodek na podłodze. Dwa rzuciły się od razu, popychając się łbami. Najmniejszy nie podszedł.

— Źle z nią — powiedziała Ania.

— Widzę.

Barbara usiadła na taborecie, wzięła szczeniaka na kolana i zaczęła karmić z palca. Kropla po kropli. Połykał co drugi raz. Ania w milczeniu wyjęła telefon i zrobiła dwa zdjęcia: pudło przy kaloryferze i chudą dłoń starszej kobiety z maleńkim czarno-rudym łebkiem na niej.

— Wrzucę na nasz czat osiedlowy, dobrze? Ten, gdzie piszą o wodzie i śmieciach.

— Wrzucaj. Tylko wątpię, żeby komuś tam zależało.

Tej nocy Barbara prawie nie spała. Przeniosła pudło do pokoju, podłożyła termofor — plastikową butelkę z ciepłą wodą owiniętą ręcznikiem. Najmniejsza suczka nadal nie jadła. Leżała na pledzie, oddychała szybko i płytko. Około trzeciej Barbara wyjęła ją, przytuliła do boku i przykryła rogiem kołdry.

— No dawaj — powiedziała do ciemności. — Przez ciebie ostatnie pieniądze poszły na kaszę. To teraz dawaj.

Szczeniak zawiercił się, znalazł ciepło i ucichł już inaczej. Spokojniej. Barbara długo jeszcze patrzyła w sufit. Myślała nie o pieniądzach ani o emeryturze. Myślała o tym, kto to pudło przycisnął eternitem. Nie po prostu wystawił i poszedł — dociążył od góry, żeby nie wylazły.

Telefon zadzwonił o wpół do dziewiątej rano. Numer nieznany, kierunkowy z Katowic.

— Dzień dobry, tu Wiktor Sobczyk. Dzwonię w sprawie tego zdjęcia z waszej grupy osiedlowej. Sąsiadka mi przesłała, mówi, że pani znalazła szczeniaki za garażami przy Siemianowickiej.

Barbara odsunęła od ucha telefon i spojrzała na numer jeszcze raz, jakby to coś zmieniało.

— Znalazłam. A pan kim jest?

— To moje suczki. Znaczy, moja suka się oszczeniła, a ja… no, nie było jak wszystkich utrzymać, sąsiad powiedział, że jak zostawię przy śmietniku, to ktoś zgłosi do straży miejskiej, więc pomyślałem, za garażami nikt nie zauważy od razu.

Powiedział to tak swobodnie, jakby tłumaczył się z parkowania na chodniku.

— Trzymałem pudło pod eternitem, żeby nie zamokły od razu — dodał, jakby to była zasługa.

Barbara milczała chwilę, patrząc na najmniejszą suczkę, która tej nocy w końcu zjadła trzy łyżeczki kaszy i teraz spała, wciśnięta pod jej łokieć.

— To ja pana o coś zapytam, panie Wiktorze. Ile miał pan zamiar czekać, zanim ta z plamką na piersi by umarła? Bo ona umierała. Widziałam to na własne oczy.

— No… nie wiedziałem, że aż tak. Ja właściwie dzwonię, bo chciałbym je odebrać. Wszystkie trzy. Znajomy znalazł kupca, da po sto złotych za sztukę, to już jakiś zwrot kosztów.

Trzysta złotych. Barbara policzyła to w głowie w ułamku sekundy, tak samo szybko jak wcześniej liczyła rachunek za ogrzewanie. Ale tym razem liczba nic nie zmieniła.

— Nie odda pan tych psów, panie Wiktorze — powiedziała spokojnie. — Ja je karmiłam w nocy z palca. Ja im imion jeszcze nie wymyśliłam, ale już wiem, która chrapie, a która nie.

— To moja własność, proszę pani, prawnie…

— Prawnie pan je porzucił na mrozie w kartonie z otworem zabitym eternitem. To się nazywa znęcanie nad zwierzętami, artykuł trzydziesty piąty ustawy o ochronie zwierząt. Mogę zadzwonić do straży miejskiej i pokazać zdjęcia, które sąsiadka już ma w telefonie. Może pan spróbować.

Po drugiej stronie zapadła cisza, przerywana tylko szumem ulicy — Wiktor musiał dzwonić z zewnątrz, może z przystanku.

— No dobra, dobra. Niech pani se je trzyma. Tylko żeby potem nie było pretensji, że ja…

Rozłączył się, nie kończąc zdania.

Ania przyszła po południu, tak jak obiecała, z torbą karmy dla szczeniąt kupioną w markecie na Chorzowskiej — grupa osiedlowa zebrała się szybciej, niż ktokolwiek się spodziewał, i ktoś dorzucił się na jedzenie, ktoś inny podrzucił starą klatkę transportową. Najmniejsza suczka siedziała już na kolanach Barbary, ogryzała róg pledu i patrzyła w telewizor, jakby rozumiała program.

— Dzwonił — powiedziała Barbara, nie podnosząc wzroku znad szczeniaka.

— Kto?

— Ten, co je wyrzucił. Chciał sprzedać po stówce za sztukę.

Ania usiadła na drugim taborecie, milcząc przez chwilę.

— I co pani na to?

— Powiedziałam, że jak spróbuje, to zadzwonię na straż miejską z pani zdjęciami. Odpuścił.

Do emerytury zostało już tylko siedem dni. Barbara nie otworzyła jeszcze rachunku za ogrzewanie, leżał na kredensie pod pudełkiem po lekach. Ale wieczorem, gdy trzy szczeniaki spały w kartonie przy kaloryferze — już nasycone, już ciepłe, już swoje — wzięła długopis, otworzyła kopertę i zapłaciła, ile się dało, resztę odkładając na później. Zostawiła sto pięćdziesiąt złotych na karmę.

Najmniejsza suczka dostała imię tej nocy. Barbara zawołała ją Fasolka, bo skuliła się na kołdrze dokładnie jak fasolka w strąku. Odpowiedziała na to imię już następnego ranka, kiedy usłyszała je po raz drugi w życiu.

Oceń artykuł
Dodaj komentarze

;-) :| :x :twisted: :smile: :shock: :sad: :roll: :razz: :oops: :o :mrgreen: :lol: :idea: :grin: :evil: :cry: :cool: :arrow: :???: :?: :!:

20 − 5 =

Miasto nad Rozlewiskiem