Długo już krąży po polskich forach historia, którą niejeden nazwałby nieprawdopodobną. Życie jednak bywa tak przewrotne, że żaden scenarzysta nie wymyśliłby podobnego scenariusza. Opowiem ją od początku do końca, bo sam do dziś nie mogę o niej zapomnieć.
Wszystko zaczęło się, gdy wracałem z nocnej zmiany zmęczony tak bardzo, że marzyłem tylko o tym, by paść na łóżko i zasnąć jak kamień. Pracowałem ciężko w kopalni węgla na Górnym Śląsku. Po wyjściu z więzienia nie miałem innego wyboru tylko praca na szybie gwarantowała jakiś dach nad głową. Na szczęście brygada górnicza, z którą dzieliłem wynajmowane mieszkanie w Katowicach, przygarnęła mnie pod swój dach. Nie narzekałem, bo wielu w mojej sytuacji zostałoby tylko wagon mieszkalny przy kopalni.
Któregoś jesiennego poranka postanowiłem skrócić sobie drogę przez park. Gdy mijałem ławkę, zobaczyłem na niej duży zwinięty koc. Zaintrygowany, podszedłem bliżej i stanąłem jak wryty. W pościeli leżało niemowlę śpiąca dziewczynka, przykryta jakąś cieplejszą chustką.
Zamarłem, nie wiedząc, co robić. Byłem wyczerpany, organizm domagał się snu, ale sumienie nie pozwalało odejść. Kim trzeba być, by zostawić dziecko w parku, u progu listopada? A przecież to ryzykowne moja kartoteka już i tak była wystarczającym obciążeniem… Mimo to nie zostawiłem jej. Zabrać maleństwo do mieszkania, gdzie mieszkało nas piętnastu facetów, nie miało sensu. Przytuliłem więc niemowlę i ruszyłem pod dwa znajome adresy do Domu Dziecka przy ulicy Słowiańskiej.
Wszystko wytłumaczyłem pracownicy recepcji. Okazało się, że nie ma żadnej karteczki od matki żadnej informacji. Pielęgniarka uśmiechnęła się i powiedziała: Może nazwiemy ją Jadwiga Januszewska?. Zgodziłem się bez wahania. Tak właśnie zaczęła się ta historia.
Nie miałem własnej rodziny, ale od tamtej pory często wracałem myślami do spotkania z małą dziewczynką. Czasem nawet dzwoniłem do Domu Dziecka, by zapytać o Jadzię. Gdy skończyła kilka lat, zacząłem czasami odwiedzać ją osobiście. Przynosiłem prezenty, słodycze. Po każdej wizycie dostawałem od niej laurki, na których niezmiennie rysowała mnie, siebie i niedookreśloną postać mamy.
W Domu Dziecka zatrudniła się wtedy nowa wychowawczyni, Aleksandra mniej więcej w moim wieku. Też dorastała w tych murach i wiedziała, jak ważna jest dla dziecka rodzina. Zorientowała się z czasem, że jestem mocno związany z Jadwigą. Ale wiedziała również, że samotny facet nie ma szans, by dostać pod opiekę dziewczynkę.
Zaprzyjaźniliśmy się. Rozmowy z Olą były dla mnie jak powiew świeżego powietrza. Po kilku latach postanowiliśmy stworzyć rodzinę. Pomyślałem wtedy przecież od dziesięciu lat odwiedzam Jadzię, każdego miesiąca, a od pięciu lat spłacam raty za własne mieszkanie w Katowicach. Miałem już pracę brygadzisty, zarabiałem lepiej niż na początku na przodku Brakowało mi tylko najważniejszego: prawdziwego domu.
Udało się. Postanowiliśmy z Olą związać się oficjalnie i razem odebrać Jadzię z Domu Dziecka. Przygotowaliśmy dla niej własny, kolorowy pokój. Kiedy przyjechaliśmy, mała rzuciła mi się na szyję, a później przytuliła Aleksandrę. Byłem szczęśliwy, emanowałem radością jak nigdy. Uklęknąłem przed Jadzią i szepnąłem: Pakuj swoje rzeczy, córeczko. Jedziemy do domu wreszcie!.
I tak po dziesięciu latach od tamtego jesiennego poranka wydarzył się cud. Dziewczynka znaleziona na ławce w parku dostała rodzinę i prawdziwy dom. Czy nasze losy z Olą splatały się na zawsze? Może tak, może nie tego życie nie dopowiedziało. Wiem jedno: życie potrafi nagrodzić za dobro, nie tylko nas samych, ale także tych najmniejszych i najsłabszych. Każde dobro wraca czasem trzeba tylko na to trochę poczekać.


