Wojtku, skończył nam się olej rzepakowy i został tylko odrobina proszku do prania żachnęła się Jadwiga, stojąc w drzwiach pokoju z mokrymi rękami wycieranymi w fartuch. Trzeba by iść do sklepu, lista spora się nazbierała.
Wojtek, nie odrywając wzroku od telewizora, gdzie transmitowano właśnie emocjonujący mecz ligowy, tylko niedbale wzruszył ramionami.
Jadziu, przecież znasz sytuację mruknął, nawet nie odwracając głowy. W zakładzie znowu opóźniają wypłaty. Brygadzista powiedział, że premii w tym miesiącu to nie zobaczymy jak własnych uszu. Dałem ci przedwczoraj ostatnie dwieście złotych. Rozplanuj to jakoś.
Jadwiga ciężko westchnęła. To rozplanuj słyszała nieprzerwanie od pół roku. Jakby budżet domowy był z gumy i można go było rozciągać w nieskończoność. Wróciła do kuchni i smutnym wzrokiem ogarnęła lodówkę, w której tkwił samotny słoik kiszonych ogórków i garnek z resztą wczorajszej zupy. Zupa była postna na kurzych grzbietach, bo porządnego mięsa nie mieli od trzech tygodni.
Jadwiga pracowała jako starsza pielęgniarka w miejskiej przychodni w Toruniu. Pensja pewna, ale niewysoka. Dawniej, kiedy Wojtek przynosił porządne pieniądze, żyli zupełnie przyzwoicie: co roku jeździli nad Bałtyk, garderobę regularnie wymieniali, a lodówka aż się nie domykała. Ale później, jak twierdził mąż, w fabryce zaczął się kryzys. Obcinano wypłaty, premie zlikwidowali, więc Wojtek przynosił do domu zaledwie tyle, żeby starczyło na rachunki i jego paliwo do auta.
Wszystko, co dotyczyło jedzenia i domu, spadało na barki Jadwigi. Brała dodatkowe dyżury, pracowała w weekendy żeby związać koniec z końcem. A Wojtek wracał z pracy wykończony, padał na kanapę i użalał się nad swoją dolą, żądając przy tym trzydaniowej kolacji.
Rozplanuj, szepnęła Jadwiga pod nosem, patrząc na pustą maselnicę. Rozciągać się już nie da, zaraz pęknie.
Następnego dnia po pracy Jadwiga jak zwykle zajrzała do supermarketu. Długo wpatrywała się w mięso wieprzowe, ale w końcu wrzuciła do koszyka tackę kurzych żołądków. Tanie, a można zrobić duszone w śmietanie, to i smacznie będzie. Przy kasie wyciągnęła z portfela dosłownie wszystkie drobne. Do zaliczki zostały jeszcze trzy dni, a portfel pusty.
Wieczorem, gdy żołądki bulgotały na ogniu, Jadwiga zabrała się za ścieranie kurzu w przedpokoju. Wojtek już spał, objedzony do syta oraz po kilku piwach, które jak twierdził kupił za drobniaki.
Wzięła jego kurtkę, żeby wyprostować na wieszaku, i wyczuła w kieszeni jakiś papierek. Nie zamierzała grzebać po kieszeniach, ale nawyk sprawdzania ubrań przed praniem był silniejszy. Ręką wyczuła złożoną kartkę.
Okazało się, że to wydruk z bankomatu nie ze sklepu. Data: dzisiejszy wieczór, godzina 18:45. Jadwiga rozwinęła kartkę i poczuła, że nogi się pod nią uginają.
Saldo: 33 900 zł.
Mrugnęła, myśląc, że się pomyliła. Może przecinek źle odczytała? Nie. Cyfry były wyraźne. Parę linijek wyżej ostatnia operacja: Wpłata wynagrodzenia: 7 800 zł.
Siedem tysięcy osiemset. A do domu przyszedł z dwusetką. Powiedział: to wszystko, co dostał.
Jadwiga spoczęła na taborecie w przedpokoju. W głowie szumiało. Przypomniała sobie, jak miesiąc temu musiała chodzić w przemakających botkach, bo Wojtek powiedział: Wytrzymaj, nie mamy pieniędzy. Jak nie poszła do dentysty, tłumiąc ból tabletkami. Jak liczyła każdą złotówkę na jedzenie.
Złość, gorąca i dławiąca, rozlała się w piersi. To nawet nie była złość tylko czyste poczucie zdrady. Podczas gdy ona sobie odmawiała wszystkiego, on gromadził tysiące. Po co? Na nowy samochód? Na inną kobietę? Czy po prostu z chciwości, myśląc, że żona powinna sama dźwigać dom?
Ułożyła ostrożnie wydruk z powrotem do kieszeni. Najchętniej weszłaby do sypialni, potrząsnęła go i rzuciła mu ten papier w twarz. Zrobiła by awanturę, rozbiła kilka talerzy, wyrzuciła go za drzwi. Ale się powstrzymała. Awantura niczego nie zmieni. Zacząłby się tłumaczyć, kłamać, że odkładał na niespodziankę, może że to pomyłka banku.
Nie, postanowiła działać inaczej.
Wróciła do kuchni i wyłączyła gaz. Podduszone żołądki pachniały apetycznie, ale Jadwidze odechciało się jeść. Przełożyła jedzenie do pojemnika, który schowała nie do wspólnej lodówki, lecz do własnej torby, z którą chodziła do pracy.
Jak nie ma pieniędzy, to nie ma pomyślała z przekąsem.
Nazajutrz wyszła do pracy wcześniej, nie robiąc mężowi śniadania. Zostawiła na stole pusty talerz opatrzony karteczką: Przepraszam, skończyły się produkty. Nie mam pieniędzy. Napij się wody.
Cały dzień w przychodni przerabiała na autopilocie, wciąż planując wieczór. W porze obiadowej pierwszy raz od dawna zamówiła pełny obiad w bufecie schabowego z ziemniakami, kompot i świeżą bułkę. Najadła się po królewsku.
Wieczorem wróciła do domu z pustymi rękami. Żadnych ciężkich siatek, zero toreb. Plecy wyprostowane, głowa podniesiona.
Wojtek przywitał ją w korytarzu, niezadowolony do cna.
Jadwiga, gdzieś ty była tak długo? Głodny jestem, jak wilk. W lodówce pusto, nawet jajek nie ma. Byłaś w sklepie?
Bez emocji zdjęła płaszcz i buty, a potem weszła do pokoju.
Nie, Wojtuś, nie byłam.
Jak to, nie byłaś? poszedł za nią. A kolacja gdzie?
Nie ma. Przecież mówiłam ci dwa dni temu nie mam pieniędzy. Zaliczka dopiero za dwa dni. Ja dziś piłam w pracy tylko herbatę, więc pocierpię ty też możesz. Kryzys podobno.
Wojtek osłupiał.
Żartujesz? A zupa, drugie? Zawsze coś wymyślałaś!
Fantazja mi się skończyła. Z powietrza kotletów nie ulepię. Swoje grosze wydałam na rachunki i bilet miesięczny. Tyle.
Stał chwilę, otwierając i zamykając usta. Najwyraźniej oczekiwał, że Jadwiga jak zawsze wymyśli cud pożyczy od koleżanki, znajdzie zapomnianą skarbonkę albo wyczaruje jedzenie z szafek.
No nieźle mruknął. I co ja mam zrobić?
Napij się wody. Albo połóż wcześniej spać, sen tłumi głód.
Wojtek walnął drzwiami i poszedł do kuchni. Słyszała później, jak przeszukuje szafki, otwiera lodówkę, szpera w paczkach kaszy. Najwyraźniej znalazł resztki makaronu, bo wkrótce zapachniało rozgotowanym ciastem. Jadwiga uśmiechnęła się krzywo. Gołe kluski bez masła i kiełbasy w sam raz dla krezusa z trzydziestoma tysiącami na koncie.
Następnego dnia znowu zjadła porządny obiad w pracy i w drodze do domu kupiła sobie kawę i ciastko, które skonsumowała na ławce pod klonami, chłonąc ciszę. Do domu wróciła najedzona i spokojna.
Tym razem Wojtek przywitał ją z agresją.
To już nie jest śmieszne, Jadwiga! Drugi dzień jem same kluski! Ty sobie chyba żartujesz? Jesteś panią domu czy nie?
Jestem żoną, Wojtek, nie czarodziejką. Nie kupię jedzenia bez pieniędzy. Daj mi pieniądze pójdę, zrobię zupę, usmażę kotlety. W czym problem?
Przecież mówię, nie mam! ryknął, ale wzrok mu uciekał. Wstrzymali!
Ja też nie mam. To siedzimy na diecie. Na zdrowie.
Wieczorem Wojtek demonstracyjnie wyszedł z domu. Wrócił po godzinie, z zapachem kebaba. Jadwiga nie skomentowała odnotowała tylko w myślach, że pieniądze na kebab znalazły się natychmiast. Ale nie przyniósł nic dla domu.
Minął tydzień. Atmosfera zgęstniała do granic. Jadwiga nie gotowała, nie sprzątała po mężu (brudne talerze zostawiał, ale ona ich nie dotykała), przestała prać jego ubrania.
Proszku nie ma odpowiadała przy pretensjach. Skończył się. Nowego nie ma za co kupić.
Wojtek fuczał, najpierw próbował się użalać, potem wzbudzić poczucie winy.
Straciłaś serce! wrzasnął w piątkowy wieczór. Pracuję, męczę się, a wracam do chlewu! Bez obiadu, bez czystej koszuli! Po co mi taka żona?
Po co mi taki mąż? spokojnie spytała, patrząc mu w oczy. Który nie jest w stanie zapewnić rodzinie chleba i proszku? Ja też pracuję, Wojtek. Też jestem zmęczona. Ale żywienie i dom to wyłącznie moja bolączka.
Bo jesteś kobietą! To twój obowiązek!
Mój obowiązek to kochać, troszczyć się, gdy o mnie się troszczą. A zabawa w jednostronność się skończyła.
W sobotni poranek Jadwiga obudziła się, czując zapach smażonej kiełbasy i jajek. Wyszła do kuchni. Wojtek siedział przy stole i jadł jajecznicę z pomidorami i krakowską suchą. Przed nim parował kubek kawy i leżała kanapka z żółtym serem.
Zobaczywszy Jadwigę, speszył się, ale zaraz się opanował.
O, już wstałaś. Siadaj, częstuj się. Znalazłem parę drobniaków w zimowej kurtce, skoczyłem do sklepu.
Jadwiga usiadła naprzeciw. Na stole była paczka drogiej kiełbasy, dobry ser i dziesięć świeżych jaj. Drobniaki uśmiechnęła się złośliwie.
Dziękuję, nie jestem głodna powiedziała z uśmiechem. Chciała zobaczyć, jak daleko się posunie. Jedz, jedz, przyda ci się.
Wojtek jadł, unikając jej wzroku. Ewidentnie czuł się nieswojo, ale głód był silniejszy.
Słuchaj, Jadwiga zaczął po chwili, przełykając kanapkę. Może skończmy już tę szopkę. Pożyczyłem od Stefana pięćset. Masz, idź normalnie do sklepu, ugotuj zupę. Nie da się tak żyć.
Położył na stole pięćset złotych. Jadwiga spojrzała na pieniądze, potem na męża.
Pożyczyłeś od Stefana? powtórzyła z ironią. Łaskawy ten Stefan. A z czego oddasz? Przecież nie masz wypłaty.
Oddam jakoś! warknął. Jaka ci różnica? Idź do sklepu.
Jadwiga wzięła banknot do ręki.
W porządku. Pójdę. Ale kupię tylko to, co mi potrzebne. Ty się stołuj u Stefana, skoro taki hojny.
Co ty gadasz?! Wojtek zerwał się z krzesła. Przecież to na dom!
Na dom? Jadwiga też wstała, głos jej był napięty jak struna. A jak dostałeś siedem tysięcy osiemset trzy dni temu to były czyje pieniądze? Własne? A te trzydzieści tysięcy na koncie to czyj fundusz? Środki wsparcia głodujących mężów?
Woitek znieruchomiał. Najpierw pobladł, później oblał się rumieńcem. Otworzył usta, zamknął, znowu otworzył.
Grzebałaś w mojej kurtce? syknął w końcu. Szpiegowałaś mnie?
Nie przekręcaj, Wojtek. Znalazłam przypadkiem podczas porządków. Wiesz, co najbardziej boli? Nie samo to, że chowasz pieniądze. Ale że patrzysz, jak ja liczę każdy grosz, odmawiam sobie wszystkiego, chodzę w dziurawych butach, a ty spokojnie wyjadasz moje zupy z mojej wypłaty! Nie wstyd ci?
Oszczędzałem! wydarł się Wojtek, tłukąc pięścią w stół. Odkładałem na auto! Moja fura już ledwo jedzie! Chciałem niespodziankę zrobić! A ty… wszystko się kręci u ciebie wokół pieniędzy!
Niespodzianka? Jadwiga parsknęła gorzko. Niespodzianka to jest wtedy, kiedy kupujesz auto, nie każąc żonie głodować. Gdy razem decydujemy, że oszczędzamy, a nie kiedy żyjesz na mój rachunek, zachowując całą pensję. Pasożytowałeś na mnie, Wojtek.
Czego ty możesz wiedzieć! Facetowi potrzeba porządnego auta, żeby nie wstydzić się przed kolegami! A ty z tymi swoimi podrobami… Pff, miesiąc się pooszczędzało, nic się nie stało!
Nie zginęłam przytaknęła Jadwiga. Ale coś we mnie umarło. Szacunek. Zaufanie.
Położyła banknot na stół.
Weź swoje pieniądze. Kup sobie za nie bilet.
Jaki bilet? zdziwił się Wojtek.
Do lepszej przyszłości. Albo do mamy. Albo na stancję. Mnie wszystko jedno, nie chcę już żyć z kimś, kto traktuje mnie jak służącą i idiotkę.
Wywalasz mnie? O pieniądze się rozchodzi? Wojtek patrzył na nią ze szczerym zdumieniem. Dla niego sprawa wyglądała zupełnie inaczej: no, kombinował, przycisnął kasę, ale przecież dla dobra domu!
Nie o pieniądze, Wojtek. O szacunek. Pakuj się.
Wojtek nie wyszedł od razu. Była długa, przeciągła awantura. Krzyczał, oskarżał, potem próbował gadać, obiecywał futro (za te właśnie oszczędności), znowu krzyczał. Jadwiga była niewzruszona. Widziała w nim nagle całkiem innego człowieka chytrusa, małostkowego, obcego.
W końcu spakował torbę.
Jeszcze pożałujesz! rzucił w progu. Kto cię zechce w tym wieku? Sama zostaniesz, z tymi swoimi kotami! Ja znajdę sobie porządną kobietę, co potrafi docenić męża!
Szerokiej drogi powiedziała Jadwiga i zamknęła drzwi.
Kiedy zamek zaszczękał, osunęła się po drzwiach na podłogę. Z sił była wyzuta. Chciało się płakać, ale łez nie było. Pozostawała tylko ogromna, bezdenna pustka.
Przeszła do kuchni. Na stole samotnie leżała kupiona przez Wojtka paczka kiełbasy. Jadwiga wrzuciła ją bezceremonialnie do kosza. Otworzyła lodówkę idealnie pusta, tylko jej pojemnik z żołądkami pozostał zapomniany.
Trudno powiedziała cicho. Przynajmniej już wiem, gdzie uciekają moje pieniądze.
Minął miesiąc.
Jadwiga wracała spokojnym krokiem z pracy. Był początek maja, pachniało świeżym powietrzem i kwitnącą bzem. Weszła do ulubionego sklepu. Powolutku przechadzała się między regałami.
Do koszyka wrzuciła: słoiczek kawioru (w promocji, ale jednak!), kawałek porządnego sera z pleśnią, butelkę białego wina, świeże warzywa i dorodny stek z pstrąga.
Przy kasie zapłaciła kartą, na której teraz zawsze były środki. Okazało się, że życie w pojedynkę kosztuje znacznie mniej. Rachunki spadły (wody, prądu dużo mniej), jedzenia potrzeba tylko dla siebie. Znikły piwo, papierosy, wieczne daj na benzynę, daj na części.
W domu puściła swoją ulubioną muzykę. Przygotowała rybę, nalała lampkę wina i usiadła przy oknie, patrząc na zachód słońca nad Wisłą.
Telefon zabrzęczał. Wiadomość od Wojtka.
Hej, Jadwiga. Jak tam u ciebie? Może byśmy się spotkali, pogadali? Zrozumiałem wiele. Byłem w błędzie. Auto… nie kupiłem go. Kasa jeszcze jest. Zacznijmy od nowa? Tęsknię.
Jadwiga przez chwilę patrzyła na ekran, upiła łyk zimnego wina. Przypomniała sobie jego minę, gdy wyzywał ją o podroby. Przypomniało się upokorzenie, gdy żebrała o proszek.
Usunęła wiadomość i zablokowała numer.
Też tęskniłam, powiedziała do swojego odbicia w ciemnym oknie. Za sobą. Za normalnością. I już nigdy tego nie oddam.
Następnego dnia kupiła sobie nowe, eleganckie kozaki z włoskiej skóry. I wykupiła wczasy w sanatorium na dwa tygodnie. Odłożonych pieniędzy z uwolnionej wypłaty starczyło dokładnie na to.
Życie po rozwodzie, jak się okazało, nie kończy się. Wręcz przeciwnie dopiero zaczyna smakować. Oraz jest bardziej uczciwe.


