Paweł, skończył się olej rzepakowy, a proszku do prania zostało na jedno pranie powiedziała Sylwia, stojąc w progu salonu i wycierając mokre ręce w fartuch. Musimy uzupełnić zapasy, spisałam już całą listę.
Paweł, nie odrywając wzroku od telewizora, gdzie polska reprezentacja właśnie przeżywała kolejną tragedię na boisku, prychnął niechętnie.
Sylwia, przecież wiesz, jak jest westchnął, nawet nie odwracając głowy. W robocie znowu poślizg z wypłatą. Kierownik zapowiedział, że o premii w tym miesiącu możemy zapomnieć. Oddałem ci przedwczoraj ostatnie czterysta złotych. Przeciągaj budżet jak się da.
Sylwia ciężko westchnęła. To „przeciągaj” słyszała od pół roku niezmiennie. Jakby rodzinna kasa była z gumy i można ją rozciągać w nieskończoność. Bez słowa wróciła do kuchni, otworzyła lodówkę i popatrzyła z rezygnacją na słoik ogórków kiszonych i garnek z wczorajszą, chudą zupą na korpusie z kurczaka, bo porządnego mięsa nie jedli już od trzech tygodni.
Sylwia pracowała jako starsza pielęgniarka w miejskiej przychodni. Płaca była pewna, ale niezbyt wysoka. Dawniej, gdy Paweł dobrze zarabiał, żyli jak ludzie raz w roku morze, szafa pełna nowych ubrań, lodówka pękała w szwach. Aż tu nagle, przedsiębiorstwo Pawła wpadło w kłopoty. Cięcie pensji, koniec z premiami i nagle domowy budżet wystarczał ledwie na czynsz i benzynę do jego wiecznie sypiącego się peugeota.
Cały ciężar zapewnienia jedzenia i chemii spadł na Sylwię. Brała nadgodziny, dyżury w weekendy, żeby jakoś powiązać koniec z końcem. Paweł zaś przychodził z pracy obrażony na cały świat, kładł się na kanapie i wymagał trzydaniowej kolacji, narzekając na los.
Przeciągaj… mamrotała Sylwia, patrząc na pustą butelkę po oleju. Zaraz ta guma pęknie i cały budżet strzeli.
Następnego dnia po dyżurze zaliczyła tradycyjną rundkę do Biedronki. Zatrzymała się przy stoisku z mięsem, pogapiła się na ładne schaby, a w końcu wrzuciła do koszyka paczkę żołądków z kurczaka. Tanio i po polsku. Dobrze udusić, trochę śmietany będzie ok. W kasie wygrzebała z portfela ostatnie grosze. Do wypłaty trzy dni, portfel pusty.
Wieczorem, gdy żołądki bulgotały na kuchence, Sylwia postanowiła ogarnąć kurz w przedpokoju. Paweł już spał, obżarty kolacją i dwoma piwami, które jak twierdził kupił za drobniaki z kieszeni.
Biorąc kurtkę męża, by ją powiesić porządnie, wyczuła coś w wewnętrznej kieszeni. Teoretycznie nie fajnie grzebać, ale odruch przed praniem wygrał. Palce natrafiły na złożony świstek.
To był wydruk z bankomatu. Świeżutki, z dzisiejszego wieczora, 18:45. Sylwia rozprostowała kartkę i omal nie usiadła ze zdziwienia na marmurze.
Stan konta: 22 400 zł
Sylwia zamrugała raz, drugi. Może przecinek nie w tym miejscu? Może źle patrzy? Ale nie, cyfry były wyraźne. Co więcej, wyżej widniała operacja ostatniego wpływu: Wynagrodzenie: 5 600 zł.
Pięć tysięcy sześćset. A do domu przyniósł czterysta. Powiedział, że to wszystko, co dostał.
Usiadła ciężko na stołku w korytarzu. W głowie huczało. Przypomniała sobie, jak miesiąc temu chodziła w pękających kaloszach, bo poczekaj Sylwia, pocierp, kasy nie ma. Jak zamiast dentysty szprycowała się tabletkami z bólu. Przypomniała sobie korpusy z kurczaka i te nieszczęsne żołądki.
Gorycz, piekąca jak spalenizna, rozlała jej się po klatce piersiowej. To już nawet nie była złość, tylko czyste poczucie zdrady. Ona oszczędza na wszystkim, a on chomikuje tysiące. Na co? Nowy samochód? Kochankę? Czy po prostu dla zasady bo żona powinna sama wszystko ogarniać?
Cicho wetknęła paragon z powrotem do kurtki. Miała ochotę wpaść do sypialni, rzucić mu ten świstek pod nos i wszcząć awanturę na pół osiedla. Ale się pohamowała. Awantura nie załatwi nic, zacznie nakręcać bajki że to niespodzianka, że bank się pomylił.
Nie, tu trzeba inaczej zagrać.
Wróciła do kuchni, wyłączyła żołądki. Przełożyła je do pojemnika, schowała do swojej torby, tej, w której nosiła obiad do pracy.
Skoro nie ma pieniędzy, nie ma żarcia pomyślała z satysfakcją.
Nazajutrz wyszła do pracy wcześniej niż zwykle, nie gotując Pawłowi śniadania. Zostawiła na stole pusty talerz i karteczkę: Sorry, skończyło się jedzenie, nie mam pieniędzy. Napij się wody.
Przez cały dzień w przychodni Sylwia działała jak automat, ale w myślach układała plan wieczoru. Na obiad po raz pierwszy od miesięcy zafundowała sobie nie tylko sałatkę, ale pełny zestaw: schabowy z ziemniakami i kompotem. Zjadła, aż jej się twarz rozjaśniła.
Wieczorem do domu wracała lekka, bez ciężkich reklamówek, ramiona wyprostowane, nastrój jeszcze lepszy.
Paweł czekał w korytarzu, najedzony napięciem i głodem.
Sylwia, czemu tak późno? Umarłem z głodu, w lodówce pustki, nawet jaj nie ma. Byłaś po zakupy?
Sylwia spokojnie rozpięła płaszcz i zdjęła buty.
Nie, Pawełku, nie byłam.
Jak to nie byłaś? To co na kolację?
Nie będzie kolacji. Przecież mówiłam przedwczoraj pieniędzy nie ma. Wypłata dopiero za dwa dni. Piłam dziś w pracy wodę z kranu, więc trzymam się z głodem za rękę. Ty też wytrzymaj. Taki mamy kryzys.
Paweł zrobił wielkie oczy.
Ty sobie żartujesz?! Gdzie zupa, gdzie drugie? Zawsze coś wymyślałaś!
Skończyła mi się kreatywność. Z powietrza kotletów nie ulepię. To ty mówiłeś nie ma pieniędzy. Moje grosze poszły na czynsz i tramwaj. Kasa pusta.
Stanął na środku pokoju, otwierając i zamykając buzię jak karp na święta. Chyba pierwszy raz zdał sobie sprawę, że żona nie jest samowystarczalną kuchnią polową i nie zadłuży się u znajomych, żeby tylko dać mu jeść.
Szokujące… I co ja mam zrobić?
Napij się wody. Albo idź spać, głód najlepiej przeczekać w śnie.
Obrażony poszedł do kuchni. Sylwia słyszała, jak szukał resztek w szafkach, grzechotał makaronem. Chyba znalazł ostatnią paczkę, bo chwilę później czuć było gotowaną kluchą. Uśmiechnęła się pod nosem. Gołe kluski idealne żarcie dla bankiera z dwudziestoma tysiącami na koncie.
Następnego dnia było powtórka z rozrywki. Sylwia zjadła porządny obiad na dyżurze i po pracy pozwoliła sobie nawet na gorącą kawę i drożdżówkę. Do domu wróciła syta jak nigdy. Paweł czekał, już mniej zdziwiony, za to poważnie zirytowany.
To już przestaje być śmieszne, Sylwia! Drugi dzień wpierniczam czyste kluski! Zdecyduj się jesteś żoną czy nie?!
Jestem żoną, Paweł, a nie wróżką. Nie kupię produktów bez pieniędzy. Dasz mi gotówkę zrobię zakupy, ugotuję rosół, upiekę kotlety. Prosto?
Mówiłem przecież nie mam! warknął, a wzrok mu uciekał. Przecież wiesz!
No to oboje nie mamy. Zdrowa dieta, odtrucie domowe.
Wieczorem Paweł demonstracyjnie wyszedł i wrócił po godzinie, pachnąc kebabem. Sylwia nic nie skomentowała, tylko zanotowała w myślach: na kebaba miał.
Tak minął tydzień. Atmosfera w domu zrobiła się taka, że można było kroić ją nożem. Sylwia nie gotowała, nie zmywała po Pawle (brudne talerze zbierały się w kuchni), nie robiła prania.
Proszku nie ma odpowiadała na pretensje o brudne koszule. Kupić nie ma za co.
Paweł miotał się między groźbami, jękami i próbami wzbudzenia sumienia.
Ty już nic nie czujesz! wrzeszczał w piątek. Ja haruję, wracam do chlewu, z głodu padam, koszule jak ścierki! Po co mi taka żona?!
A po co mi taki mąż? spytała spokojnie Sylwia, patrząc mu prosto w oczy. Który nie potrafi zapewnić rodziny nawet kostką margaryny i workiem proszku? Ja też pracuję. I też padam na twarz. Czemu jednak kuchnie, brudy i lodówka to zawsze moja działka?
Bo jesteś kobietą! Twój obowiązek!
Mój obowiązek to kochać i dbać o partnera, jeśli partner dba o mnie. Gra jednostronna się kończy.
W sobotę Sylwię obudził zapach smażonej kiełbasy i jajek. Wyszła do kuchni Paweł siedział przy stole, pałaszował jajecznicę z pomidorami i najlepszą „krakowską”. Obok kawa i kanapki z serem.
Zobaczywszy Sylwię, odkaszlnął i szybko rzucił:
No, jak chcesz to siadaj. Znalazłem parę złotych w zimowej kurtce, to skoczyłem do sklepu.
Sylwia usiadła naprzeciwko. Na stole markowa kiełbasa, żółty ser, dziesięć wiejskich jaj. No, parę złotych… uśmiechnęła się w duchu.
Dzięki, nie jestem głodna skłamała. Ciekawa była, jak daleko pójdzie w tym teatrze. Jedz, jedz. Sił nabieraj.
Paweł jeść jadł, ale trudno mu się przełykało pod jej spojrzeniem.
Sylwia… weź, dajmy już spokój temu cyrkowi. Pożyczyłem od Tomka pięćset złotych. O, masz, idź wreszcie po zakupy, ugotuj coś normalnego. Tak się żyć nie da.
Położył banknot na stole. Sylwia spojrzała na forsę, potem na męża.
Pożyczyłeś od Tomka? podniosła brwi. A w jaki cudowny sposób oddasz, skoro „wypłat nie ma”?
O, oddam jakoś! Co cię to obchodzi? Idź do sklepu dla wszystkich!
Sylwia podniosła banknot, przekładała z ręki do ręki.
Okej, pójdę po zakupy. Ale kupię tylko to, co mi potrzebne. Ty stołuj się u Tomka, skoro taki hojny.
Oszalałaś?! Dałem ci pieniądze! Na dom!
Na dom? Sylwia też wstała. Jej głos był twardy jak stal. A gdy dostałeś pięć sześćset trzy dni temu, to były twoje prywatne? A dwadzieścia dwa tysiące na koncie to co? Fundusz głodujących mężów?
Paweł zamarł. Twarz pobladła, a potem zleciała czerwona jak barszcz. Otworzył usta, zamknął, otworzył.
Ty szukałaś po moich kieszeniach?! Szpiegowałaś mnie?!
Nie zrzucaj winy na mnie, Paweł. Znalazłam przypadkiem paragon, porządkując kurtki. I wiesz co? Najgorsze nie jest to, że ukrywasz kasę. Najgorsze, że bez mrugnięcia okiem patrzysz, jak liczę każdy grosz, chodzę w rozpadniętych butach, słuchasz mojego biadolenia o proszku i herbacie i wcinasz mój rosół na moich ostatnich pieniądzach. Wstydu nie masz?
Oszczędzałem! wrzasnął Paweł, waląc pięścią w stół. Odkładałem na samochód! Moje gruchoty ledwo jadą! Chciałem zrobić niespodziankę! A ty zawsze tylko te pieniądze!
Niespodzianka? Sylwia z krzywym uśmiechem pokręciła głową. Niespodzianką jest, jak kupujesz auto, nie zmuszając żony do zupy z paziów kurczaka. Niespodzianką jest, gdy razem ustalamy cel oszczędzania. A to, co robiłeś ty, to pasożytnictwo. Żyłeś na mój koszt, swoją wypłatę chowając do skarpety.
Ej, jestem facetem! Muszę mieć furę! Wstyd mi za te rupiecie! A ty byś wytrzymała chociaż chwilę bez narzekania… ledwie miesiąc oszczędności!
Ledwie miesiąc, a jednak coś we mnie umarło. Zaufanie. Szacunek.
Położyła mu pięćset złotych na stół.
Zabierz sobie te pieniądze. Kup sobie za nie bilet.
Jaki bilet? rozdziawił się Paweł.
Do świetlanej przyszłości. Albo do mamy. Albo na wynajem. Wszystko mi jedno. Ja już nie chcę żyć z kimś, kto traktuje mnie jak kucharkę i głupią babę.
Wywalasz mnie z domu? Przez pieniądze?! Paweł autentycznie nie rozumiał sytuacji. On odkładał dla dobra!, ukrywał kasę dla sprawy!
Nie przez pieniądze, Paweł. Przez podejście. Pakuj się.
Nie wyszedł od razu. Była długa, nudna awantura. Najpierw wrzeszczał, potem próbował ugłaskać, potem obiecywał futro (za te pieniądze). Sylwia była stanowcza jak nigdy. Patrzyła na niego jak na zupełnie obcego człowieka: chciwego, pełnego żalu, dziecinnego.
Wieczorem spakował torbę.
Pożałujesz! rzucił przy drzwiach. Kto cię zechce w tym wieku?! Zostaniesz sama z kotami! Ja znajdę normalną kobietę!
Powodzenia odpowiedziała i zamknęła drzwi.
Gdy zamek kliknął, osunęła się po drzwiach, bez sił. Płakać się nie chciało, łez zabrakło. Była tylko niewyobrażalna pustka.
Poszła do kuchni. Na stole leżała samotna krakowska, którą kupił Paweł. Sylwia wrzuciła ją do śmietnika. Otworzyła lodówkę pustka, tylko pojemnik z kurzymi żołądkami.
Przynajmniej wiem teraz, gdzie się podziewają moje pieniądze mruknęła.
Minął miesiąc.
Sylwia wracała powolutku z pracy. Był piękny, majowy wieczór, pachniała już bzy. Wstąpiła do swojej ulubionej Żabki. Chodziła powoli między półkami, po raz pierwszy od lat bez tego wewnętrznego liczydła.
Do koszyka wpadły: słoik czerwonej ikry (na promocji, ale zawsze), kawałek dobrego sera z pleśnią, butelka białego wina, świeże warzywa, stek z łososia.
W kasie zapłaciła kartą, na której nigdy już nie brakowało pieniędzy. Okazało się, że życie solo jest znacznie tańsze. Prąd, woda, zakupy wszystko o połowę mniejsze. Zniknęły wydatki na piwo, papierosy, wieczne pożyczyłabyś stówkę na paliwo?, czy musiałem znów kupić nowe wycieraczki.
W domu Sylwia włączyła muzykę, przyrządziła rybę, nalała sobie wina, siadła przy oknie z widokiem na zachód słońca.
Zabrzęczał telefon. Wiadomość od Pawła:
Cześć Sylwia, co u ciebie? Może pogadamy? Wszystko przemyślałem. Byłem głupi. Auto to był idiotyzm nie kupiłem, pieniądze są. Zacznijmy od nowa? Tęsknię.
Sylwia spojrzała na ekran, upiła łyk zimnego wina. Przypomniała sobie jego minę, gdy ryczał o kurzych podrobach. Przypomniała sobie, jak żebrała o kasę na proszek do prania.
Usunęła SMS-a. Zablokowała numer.
Ja też tęskniłam uśmiechnęła się do swojego odbicia w szybie. Za samą sobą. Za normalnym życiem. I tego już nikomu nie oddam.
Następnego dnia kupiła sobie nowe kozaki. Droższe, skórzane, włoskie. I wycieczkę do sanatorium na dwa tygodnie. Akurat wystarczyło jej z odzyskanych pieniędzy.
Życie po rozwodzie, jak się okazało, nie tylko się nie kończy. Ono nabiera smaku. I szczerości.


