A gdzie położyłaś te serwetki? Przecież prosiłem, żeby wyciągnąć te ze srebrnym wzorem do obrusu będą jak znalazł, rzuciła Ludmiła Przemysławówna, nawet nie odwracając głowy, precyzyjnie krojąc cytrynę w cienkie jak pergamin plasterki.
Jej mąż, Wiktor, o tej porze najczęściej już siedziałby przed telewizorem, czekając na Sylwestrową noc z Jedynką. Dziś jednak nie było go jeszcze w domu. Ludmiła zwykła sobie mówić pod nosem w pustej, pachnącej czystością kuchni, narzekając z rozpędu. Do północy brakowało ledwie trzech godzin. W piekarniku dopiekała się kaczka nadziewana szarą renetą, rodzinny przepis, przekazywany w ich rodzie od pokoleń. Mieszkanie lśniło od porządków, choinka migała kolorowo, a w sercu rosło to szczególne, ciepłe oczekiwanie, które nie zmienia się nawet po pięćdziesiątce.
Wytarła ręce w haftowany ręcznik i rzuciła okiem na zegar. Wiktor się spóźniał. Mówił, że wstąpi do biura, zabrać zapomniany prezent dla niej i przepadł. Uśmiechnęła się do siebie. Pewnie szykował coś wyjątkowego w końcu świętowali w tym roku srebrne gody, dwadzieścia pięć lat razem. Postanowili ten Nowy Rok spędzić sami, w ciszy, romantycznie, bez gości i dzieci, które już dawno rozjechały się w świat.
W korytarzu rozległ się wreszcie szczęk zamka. Ludmiła poprawiła fryzurę, ściągnęła fartuch, ukazując aksamitną suknię, i pobiegła witać męża.
Wiktorze, gdzie się podziewałeś? Kaczka już
Słowa ugrzęzły jej w gardle. Wiktor stał w drzwiach nie sam. Koło niego, otrzepując śnieg z długiego futra, stała młoda kobieta. Rzucała się w oczy: ogniste włosy, czerwone usta, bardzo pewna siebie. Trzymała siatkę z mandarynkami, a Wiktor w jednej ręce ściskał butelkę szampana, a w drugiej uśmiech nieco zbyt szeroki.
Lusia, mamy gościa! zawołał z udawanym entuzjazmem. Poznaj, to Edyta. Edyta Maryla, nasza nowa główna księgowa.
Ludmiła zamarła, czując, jak robi jej się zimno od środka. Spojrzała z Wiktora na gościa, potem znów na męża.
Dobry wieczór wykrztusiła. My kogoś się spodziewaliśmy?
Edyta, nic a nic nie zakłopotana, wyciągnęła rękę w cienkiej skórzanej rękawiczce.
Ojej, dzień dobry, Ludmiło! Nie uwierzy pani! Prawdziwy horror! Wiktor pardon, pan Wiktor uratował mi dziś skórę. Jestem taka wdzięczna!
Wiktor, jakby się śpieszył, zdejmuje buty, unikając wzroku żony.
Lusia, wyobraź sobie Wpadłem do biura, a tu Edyta siedzi i płacze. Normalnie łzy jak grochy. U niej awaria, rurę rozerwało, mieszkanie zalane, prądu nie ma, zimno jak w psiarni. Fachowiec dopiero drugiego stycznia ma czas. Gdzie ona ma spędzić Sylwestra? Na dworcu? Rodziny nie ma, sama w Krakowie. To mówię: Chodź do nas! Lusia wszystko ugotuje, sala na stół się ugina, nie zostawi nikogo.
Ludmiła słuchała tego potoku słów, czując, jak jej świat się sypie. Dwadzieścia pięć lat, romantyczny wieczór, świece, które już zapaliła. I teraz to cudo w futrze.
Proszę wejść rzuciła chłodno. Jej własny głos wydał się jej obcy, pusty. Skoro już pani przyszła.
Edyta wpadła do salonu, wciągając za sobą ciężki zapach drogich perfum, który od razu zagłuszył aromat pieczonej kaczki i świerku.
Ależ tutaj uroczo! świergotała, rozglądając się bezceremonialnie. Taki styl retro! U mojej babci był taki kredens. Klimat jak z muzeum PRL-u, fantastycznie!
Ludmiła aż zacisnęła zęby. Kredens był włoski, dębowy, za dwadzieścia tysięcy złotych, ale nie zamierzała tłumaczyć tego tej dziewczynie, co mogłaby być jej córką.
Wiktorzu, pomóż pani zdjąć futro rzuciła, po czym wycofała się do kuchni. Musiała ochłonąć. Ręce jej drżały.
Wiktor zaraz za nią, ze skruszonym, a jednocześnie upartym wzrokiem.
Lusia, no przestań. Rozumiesz ona naprawdę nie ma gdzie pójść. Jest Sylwester! Okaż trochę serca. Zje z nami, wypije, potem zamówię jej taksówkę. Albo przy ścianie, na kanapie, położymy.
Na kanapie? Ludmiła gwałtownie odwróciła się w jego stronę, ściskając chochlę aż pobielały jej palce. Ty chyba oszalałeś! Chcieliśmy świętować we dwoje. Przyszła nieproszona i wyśmiewa mój dom zaraz po wejściu! Jaki muzeum PRL-u?
Oj, ona po prostu młoda jest, szczera. No, Lusia, błagam. Nie rób mi wstydu w pracy. Powie potem wszystkim, że ją na bruk wygoniłem. Ja muszę z nią jeszcze pracować.
Spojrzała na niego i już prawie go nie poznawała. Mąż człowiek honoru dziś wyglądał jak starzejący się podrywacz, który chce zabłysnąć kosztem żony.
Niech już siedzi cedziła. Ale jeśli jeszcze raz coś powie o moim domu
Nie powie, obiecuję! ucieszył się Wiktor, rzucając się do całusa, ale Ludmiła odsunęła się chłodno.
Idź, baw swoją szczerość. Ja muszę dodać trzeci talerz.
Wieczerza przebiegała w przygniatającej atmosferze. Ludmiła milcząco nakrywała do stołu. Edyta bez futra prezentowała obcisłą sukienkę z wyzywającym dekoltem, zupełnie niepasującą do domowej atmosfery. Siedziała nonszalancko, obracając kieliszek w dłoni.
Wiktorku, może już od razu otworzysz szampana, jeszcze zanim stary rok się skończy, co? Tak chce mi się pić!
Wiktorku. Ludmiła omal nie upuściła miski z sałatką. Ustawiając śledzika pod pierzynką, trzepnęła naczyniem o blat.
W naszym domu otwiera się szampana o północy powiedziała stanowczo. Teraz może pani napić się domowego kompotu z żurawiny.
Edyta wygięła usta.
Kompot? Miło. Tylko ja słodkiego nie piję linia! Ma pani może wytrawne wino? Takie półsłodkie to dla początkujących…
Wiktor aż się zerwał.
O, to zaraz! Mam jeszcze dobry koniak. Chcesz koniaku, Edytko?
E, można kapeczkę. Na rozgrzewkę. Bo u was jakoś chłodnawo, ogrzewanie oszczędzacie?
Ludmiła przysiadła naprzeciw tej pary, czując się obca na własnej uroczystości. Wiktor prężył się z uciechy, serwował gościnie kawiorem, żartował starymi dowcipami, z których Edyta śmiała się głośno i przesadnie.
A pani, Ludmiło, czym się pani zajmuje? nagle spytała Edyta, oblizując ślad pomadki z ust.
Pracuję spokojnie odrzekła Ludmiła. Kieruję działem technologicznym w fabryce czekolady.
Serio? Edyta wybałuszyła narysowane brwi. A ma pani taki… domowy wygląd. Jakbyście całe życie tylko rosoły gotowały i na męża czekały. Wiktorek mówił, że ma pani złote ręce. Choć, powiem szczerze, czasem już nie wie, o czym rozmawiać, taki domowy rutynizm. Ale przynamniej wypieki są zawsze udane.
Nastała krępująca cisza. Tylko zegar cykał, a z telewizora dobiegał szum.
Ja ja tego nie mówiłem! zachłysnął się koniakiem Wiktor, aż zrobił się cały czerwony, tłukąc się w pierś.
Ludmiła powoli odłożyła widelec. W środku pękła jej ostatnia nić wytrzymałości. Nie ma o czym rozmawiać, domowa nuda?
Proszę, kontynuuj, Edyto rzuciła z lodowatym uśmiechem. Chętnie posłucham, co jeszcze Wiktor opowiadał o mnie.
Edyta najwyraźniej poczuła, że przesadziła, i zaczęła się wycofywać, tylko pogarszając sprawę.
Oj, niech pani nie ma żalu! Mężczyźni wiadomo, im ciągle brakuje wrażeń. Wiktor na świątecznym firmowym to był dusza towarzystwa! Najlepiej tańczył. Tańczyliśmy sambę wszyscy bili brawo. Powiedział: W domu się tak nie potańczy, bo żona zmęczona, nogi ją bolą.
Ludmiła spojrzała na swoje stopy pod stołem. Nie bolały ją nigdy tylko wtedy, gdy przez trzy dni krzątała się po kuchni przygotowując sylwestrową ucztę dla ukochanego męża.
Wiktor siedział sztywny jak tyczka. Czuł, że katastrofa wisi w powietrzu, nie wiedział, jak jej zapobiec.
Wypijmy toast! zawołał z desperacją. Za pokój na świecie!
Poczekaj, Ludmiła nie spuszczała wzroku z gościa. Opowiedz jeszcze o tych rurach, Edyto. Co z nimi?
Rury? Edyta, lekko zaskoczona, zamigotała spojrzeniem. A tak, rura pękła! Ulewa! Przestraszyłam się, zadzwoniłam do Wiktora. On taki męski, taki opanowany… Nie to co mój były!
Dziwne powiedziała Ludmiła zamyślona. Na dworze minus piętnaście. Gdyby wylała się gorąca woda i nie było prądu, miałaby pani inną fryzurę i raczej nie pachniałaby salonem kosmetycznym. Czuć byłoby raczej wilgoć, a czuć tylko chęć podrywu mężów.
Edyta spłonęła rumieńcem.
Jak pani śmie! Jestem gościem! Wiktor, powiedz coś!
Wiktor aż się zsunął z krzesła.
Lusia, no daj spokój Może przebrała się w biurze…
Zamilcz, Wiktorze, rzuciła cicho, lecz z mocą. Wstała od stołu. Dwadzieścia pięć lat przymykałam oko na twoje przygody, na spojrzenia za spódnicami, na wieczne nadgodziny. Myślałam, że ceniłeś rodzinę. Okazuje się, że byłam kucharką, z którą nudno rozmawiać.
Podeszła do okna i szarpnięciem odsłoniła zasłony. Po podwórku biegały dzieci, rozbłyskały sztuczne ognie.
Tak, słuchajcie teraz dobrze odwróciła się. Koniec spektaklu. Edyta Marylo, proszę zebrać mandarynki i natychmiast wyjść.
Edyta otwarła usta, lecz spotkała się z prawdziwą, zimną determinacją w jej oczach. Zamilkła.
Wiktor! Pozwolisz jej wyrzucać mnie w nocy na bruk?! zawyła, chwytając się ostatniej nadziei.
Wiktor, pijany od koniaku i upokorzenia, uderzył pięścią w stół:
Ludmiła! Przestań histeryzować! To też mój dom! Zaprosiłem gościa. Edyta zostaje. Spędzimy Nowy Rok jak ludzie, a nie jak
Jak kto? spokojnie podpowiedziała Ludmiła.
Jak harpie! krzyknął.
Ludmiła skinęła głową. Bez łez, bez podniesionego głosu. Otworzyła włoski kredens, wyciągnęła z niego dużą podróżną torbę, którą miała zawieźć prezenty wnukowi na Trzech Króli. Wysypała z niej bombonierki na dywan.
To twój dom? rzuciła i podrzuciła mu torbę na kolana. To świetnie. To teraz ja wychodzę. Ale uważaj, Wiktorze: mieszkanie należy do moich rodziców. Ty tu jesteś tylko zameldowany. Zapewniam cię, że drugiego stycznia, gdy otworzą urząd i sąd, złożę pozew o rozwód i wymeldowanie. A na razie… wolę, żebyście oboje wyszli.
Co?! Wiktor pobladł. Trzeźwiał na oczach. Lusia, co ty?!
Idź tam, gdzie szukasz drajwu. Do Edyty. U niej zalanie, będziesz mógł pomóc. Tu już cię nie chcę. Tu jest muzeum PRL-u, nuda.
Poczekaj podniósł się, przewracając krzesło. Byłem głupi, przepraszam! Edyta już wychodzi, zostańmy razem!
Ludmiła patrzyła na niego z pogardą. Jeszcze przed chwilą bronił koleżanki, a teraz, gdy grunt pod nogami się zapadł zostawia ją bez żalu.
Nie, Wiktorze. Sałatka jarzynowa skisła. Razem z naszym małżeństwem. Zbieraj się. Masz pięć minut.
Edyta zorientowała się, że nic tu już nie ugra wyszła szybko do przedpokoju.
Wariacjuszka, rzuciła, zakładając futro. Wiktor, taksówka już idzie. Sam wracaj, nie chcę prawdziwego faceta z takim balastem.
Chlusnęły drzwi. Został po niej tylko zapach i uczucie brudu.
Wiktor stał chwilę z pustą torbą w rękach.
Lusia zaczął błagalnie. Odeszła. Już. Zapomnijmy Kaczka stygnie
Ludmiła podeszła do piekarnika, wyjęła brytfannę z rumianą kaczką. Zapach jabłek z cynamonem, kiedyś ukochany, dziś wywołał obrzydzenie.
Zapomnieć? powtórzyła. Sprowadziłeś kochankę w nasz dom w rocznicę srebrnych godów. Omawiałeś mnie za plecami. Pozwoliłeś upokorzyć mnie w mojej kuchni.
Wzięła ciężkie ceramiczne naczynie z kaczką.
Wyjdź, Wiktorze. Nie żartuję. Albo wyjdziesz, albo dzwonię po policję i zgłaszam, że pijany mi grozisz. I uwierz mi mi uwierzą szybciej.
Wiktor spojrzał na żonę i zrozumiał: ona nie żartuje. W tej spokojnej, domowej kobiecie obudziła się siła, o której nie miał pojęcia.
Poszedł do sypialni. Słychać było trzask szafy, szamotaninę. W końcu wyszedł, w niedopiętej kurtce, z rękawem koszuli wystającym z torby.
Pożałujesz, Ludmiło! ryknął z progu, zbierając resztki godności. Sama zostaniesz! Kto cię zechce po pięćdziesiątce?!
Ja sama siebie odpowiedziała, zamykając drzwi na dwa spusty.
Zapanowała cisza. Długa, błoga cisza. Ludmiła osunęła się pod drzwiami na podłogę. Myślała, że będzie płakać. Ale nie było łez. Było tylko uczucie pustki, jakby z pokoju wyniesiono stary, niepotrzebny grat i nagle zrobiło się więcej miejsca.
Podniosła się i poszła do kuchni. Stół zastawiony na troje sałatki, kawior, kaczka. Wyglądało to jak scenografia do sztuki, której nikt nie gra.
Wzięła talerz Edyty z odgryzioną kanapką i śladem czerwonej szminki i z rozmachem wrzuciła do kosza. Trzask rozbitych naczyń zabrzmiał jak muzyka.
Potem poleciał talerz Wiktora. Dzyń!
Zostawiła tylko swój ulubiony talerzyk z złotą obwódką. Nalała sobie szklankę zimnego szampana.
Z telewizora mówił prezydent. Zbliżały się fanfary na północ. Rok, który przyniósł rozczarowanie, ale przywrócił jej dumę.
Szczęśliwego Nowego Roku, Ludmiło powiedziała do odbicia w oknie.
Ukroiła sobie najlepszy kawałek kaczki z chrupiącą skórką. Dołożyła łyżkę jarzynowej, która wbrew słowom nie była skwaśniała, tylko nabrała smaku.
Telefon zapiszczał SMS od córki, Zosi: Mamusiu, szczęśliwego nowego roku! Mamy cię z tatą kochamy! Wpadniemy z wnuczkami za tydzień!
Uśmiechnęła się. Prawdziwe życie trwa nadal dzieci, wnuki, praca, dom. To, co się rozpadło, najwyraźniej było zepsute.
Napiła się szampana bąbelki szczypały w nos. Od lat pierwszy raz nie biegała po domu, nie podawała, nie dbała, by wszystkim dolewać. Po prostu była.
Za ścianą sąsiedzi wołali Sto lat!, puszczali petardy. Cały świat świętował. I ona świętowała swoją wolność.
Po godzinie spakowała do plastikowych pojemników jedzenie, którego nie dałaby rady zjeść sama. Jutro zaniesie wszystko portierce pani Wandzie i dozorcy panu Jurkowi niech mają radość.
A kaczkę kaczkę zje sama. Należy jej się.
Przed snem spojrzała w lustro, zmyła makijaż. Patrzyła na nią zadbana kobieta z trochę smutnym, ale ciepłym spojrzeniem. Żadna tam stara ciotka.
Drajwu było mu mało uśmiechnęła się z przekąsem. No to teraz, Wiktorku, będziesz mieć przygód pod dostatkiem. Wynajmij mieszkanie, dziel majątek, tłumacz się dzieciom.
Położyła się w szerokim łóżku, wyciągnięta jak gwiazda, po raz pierwszy mając całą przestrzeń tylko dla siebie. Pościel pachniała lawendą i świeżością.
Obudziło ją słońce. I jej pierwsza myśl? Chcę kawy z ciastkiem w tej nowej kawiarni za rogiem. I to była dobra myśl.
Nie wiedziała, co będzie dalej. Rozwód, podział majątku, trudne rozmowy? To później. Dziś miała cały dzień, ciszę, smaczne jedzenie i spokój. I już nikt nie nazwie jej domu muzeum, a jej życia nudą.



