A gdzie położyłeś serwetki? Przecież wyraźnie prosiłam, żeby wyjąć te ze srebrnym wzorem, lepiej pasują do obrusa Zofia Kowalska, nie odwracając się, kroi cytrynę na cienkie plasterki, prawie przezroczyste.
Jej mąż, Janusz, zazwyczaj o tej porze już siedzi przed telewizorem i czeka na sylwestrową transmisję, ale dzisiaj wciąż nie wrócił do domu. Zofia mówi do siebie narzekając przytulnej, pustej kuchni. Do północy zostały trzy godziny. W piekarniku dopieka się kaczka z antonówkami jej popisowe danie, którego przepis przekazywany był w ich rodzinie z pokolenia na pokolenie. Mieszkanie błyszczy czystością, choinka mruga kolorowymi lampkami, a w sercu tego wyjątkowego, ciepłego oczekiwania na cud które nie mija nawet po pięćdziesiątce.
Wyciera ręce w bawełnianą ściereczkę i patrzy na zegar. Janusz się spóźnia. Mówił, że wpadnie jeszcze do biura, bo zapomniał tam prezentu dla niej i zaginął. Zofia uśmiecha się pod nosem. Pewnie wybiera coś nietuzinkowego. W tym roku przypada ich srebrna rocznica, dwadzieścia pięć lat razem, dlatego postanowili świętować we dwoje, romantycznie bez dzieci i głośnych imprez.
W przedpokoju wreszcie słychać szczęk zamka. Zofia poprawia fryzurę, zdejmuje fartuch, odsłaniając elegancką aksamitną suknię, i idzie przywitać męża.
Januszku, gdzie się podziewałeś? Kaczka już zaraz
Słowa zamierają jej w ustach. Janusz stoi w drzwiach nie sam. Towarzyszy mu młoda kobieta, otrzepująca śnieg z drogiego futra. Rudowłosa, jaskrawa, z ustami w ognistoczerwonej szmince. W ręku trzyma siatkę z mandarynkami, Janusz butelkę szampana i uśmiech na twarzy, którego nie widziała u niego od dawna.
Zośka, mamy gości! Przedstawiam ci Anielę. Pani Aniela Zielińska, nasza nowa główna księgowa! woła zbyt głośno jak na ich cichy przedpokój.
Zofia zastyga, cały jej świat nagle jakby zamarza. Przenosi wzrok z męża na kobietę potem z powrotem.
Dobry wieczór udaje jej się wykrztusić. Spodziewaliśmy się jeszcze kogoś?
Aniela bez skrępowania podaje jej rękę w cienkiej skórzanej rękawiczce.
Ojej, dzień dobry, pani Zofio! Nawet nie wie pani, co za historia! Jak z filmu! Janusz… to znaczy pan Kowalski praktycznie uratował mi życie. Jestem mu potwornie wdzięczna!
Janusz gorączkowo zdejmuje buty, nie patrząc żonie w oczy.
Zośka, wyobraź sobie: wstąpiłem po prezent do biura, a tam Aniela w łzach. Zalało jej mieszkanie, ogrzewanie padło, zimno jak w psiarni, majster dopiero po Nowym Roku. Rodzina w innym mieście. Gdzie miała iść w Sylwestra? Na dworzec? No to mówię: Zofka ugotowała jak pan Bóg przykazał, miejsca nie brakuje, przyjdź do nas. Ona na pewno nie wyrzuci człowieka za drzwi!
Zofia słucha tego bełkotu i czuje, jak pęka jej bezpieczna codzienność. Dwadzieścia pięć lat. Romantyczny wieczór. Świeczki już rozstawione na stole. I to cudo w futrze.
Proszę wejść mówi sucho. Jej głos brzmi obco nawet dla niej. Skoro już tu pani jest.
Aniela wślizguje się do mieszkania, do powietrza natychmiast wkrada się ciężki, słodki zapach kosztownych perfum, który zagłusza aromat pieczonej kaczki i świerku.
Ależ u państwa przytulnie! szczebiocze, rozglądając się bezceremonialnie. Taki retro styl. U mojej babci był podobny kredens. Atmosfera jak w muzeum PRL-u.
Zofia zaciska zęby. Kredens był włoski, z litego dębu, kupiony pięć lat temu za bajońskie sumy, i nie zamierza tego tłumaczyć dziewczynie w wieku ich córki.
Janusz, pomóż pani się rozebrać rzuca i wraca do kuchni. Musi ochłonąć. Ręce jej drżą.
Janusz zjawia się po chwili, wzrokiem zdradza zmieszanie, ale i upór.
Zośka, proszę cię, nie rób problemu Dziewczyna nie ma dokąd pójść. Daj jej zjeść, posiedzieć. Potem wezwę jej taksówkę do hotelu… no, albo położymy ją na kanapie w salonie…
Na kanapie? Zofia odwraca się ostro, ściskając chochlę w pięści aż zbieleją knykcie. Oszalałeś? Mieliśmy być sami. Wnosisz do domu obcą kobietę, która obraża mnie od progu. Co to za muzeum?
Takie młode są szczere, nie przejmują się Proszę cię, Zośka, nie rób mi wstydu w pracy. Ona wszystkim poopowiada, że ją wyrzuciłem w sylwestra! Jeszcze z nią będę pracował
Zofia patrzy na męża i go nie poznaje. Gdzie ten troskliwy, zakochany facet, z którym stawiała ten dom? Przed nią stoi zramolały amant, który chce błysnąć na tle młodej współpracownicy.
Dobrze mówi w końcu. Niech siedzi. Ale jeśli powie jeszcze jedno słowo o moim domu
Już nie powie! Obiecuję! wykrzykuje Janusz i próbuje ją przytulić, ale ona odsuwa się chłodno.
Idź, zabaw swoją otwartość. Ja muszę dokończyć nakrywanie. Trzeci talerz dołożę.
Kolacja zaczyna się w ciężkiej ciszy. Zofia układa talerze w milczeniu. Aniela, już bez futra, paraduje w obcisłej sukni z głębokim dekoltem, zupełnie nie na miejscu w domowym wnętrzu. Rozsiada się swobodnie i kręci kieliszkiem w dłoni.
Januszku, otworzysz szampana teraz? Tak na pożegnanie starego roku prosi z kokieteryjnym spojrzeniem. Tak mi się pić chce!
Januszku. Zofia niemal opuszcza salaterkę z sałatką na podłogę. Stawia śledzie pod pierzynką na stół z hukiem.
U nas szampana otwiera się jak zegar wybije północ ucina. Teraz proszę spróbować soku żurawinowego, domowy.
Aniela skrzywia usta.
Sok? Jak słodko. Ale ja nie piję słodkiego, dbam o sylwetkę. Macie coś wytrawnego? Półsłodkie to ponoć dla tych, co smaku w winie nie czują
Janusz podlizuje się.
To ja przyniosę koniak! Mam świetny w barku. Spróbujesz, Anielko?
No, najwyżej kropelkę Bo u was tak chłodno Oszczędzacie na ogrzewaniu?
Zofia siada naprzeciw tej dwójki. Czuje się jak gość na własnej imprezie. Janusz pręży się przed Anielą, nakłada jej kawiorek, żartuje zgranymi sucharami, a ona rechocze głośno, odrzucając głowę.
Pani Zofio, pani nie pracuje? nagle pyta gościni, odkładając kanapkę.
Pracuję odpowiada spokojnie Jestem główną technolożką w fabryce słodyczy.
O! Aniela unosi idealnie wyrysowaną brew. Ale wygląda pani na taką domową. Jak kobieta, która całe życie barszcz gotuje i na męża czeka. Janusz opowiadał, że ma pani złote ręce. Chociaż mówi, że nie ma czasem o czym pogadać, bo w domu nuda ale chwali ciasta.
Zapada cisza. Tylko tykanie zegara i szum telewizora przerywają napięcie. Janusz krztusi się koniakiem, czerwienieje na twarzy.
Ja nigdy tak nie powiedziałem! krztusi się. Anielko, chyba coś ci się pomyliło!
Zofia odkłada powoli widelec. W środku czuje, jak coś się w niej urywa. Cieniutka nić cierpliwości nagle pęka.
Proszę kontynuować, Anielo mówi z lodowatym uśmiechem. Co jeszcze mąż o mnie opowiada?
Aniela, widząc, że przesadziła, próbuje się wycofać, tylko pogarszając sprawę.
Oj, proszę się nie gniewać! Mężczyźni tacy są, ciągle im brakuje emocji. Janusz na firmowej imprezie w piątek był duszą towarzystwa! Najlepiej tańczył. Nawet lambadę zatańczyliśmy, wszyscy bili brawo. Mówił: W domu tak nie poszaleję, żonie bolą nogi.
Zofia spogląda pod stół na swoje nogi. Nie bolą. Chyba tylko po trzech dniach przy garach, szykując idealną kolację dla męża.
Janusz siedzi jak zbity pies. Wie, że katastrofa nieunikniona.
To może toast! woła rozpaczliwie. Za pokój na świecie!
Poczekaj Zofia nie spuszcza wzroku z Anieli. A te rury? Co się stało u pani z rurami?
Z rurami? Ach, tak! Pękły. Woda lała się fontanną! Dzwonię do Janusza to znaczy do pana Kowalskiego. On mężczyzna, można na nim polegać. Nie to co mój były
Dziwne mówi Zofia z zamysłem. Dziś -15°C. Gdyby panią zalało i wyłączyli prąd, nie siedziałaby tu pani z idealną fryzurą i paznokciami. Czuć by było wilgoć i detergent. A od pani pachnie tylko salonem urody i chęcią na cudzych mężów.
Aniela czerwienieje.
Jak pani śmie! Jestem gościem! Janusz, powiedz coś!
Janusz kurczy się na krześle.
Zośka, daj spokój Może się zdążyła przebrać
Zamknij się, Janusz rzuca cicho, ale stanowczo Zofia. Wstaje od stołu. Przez dwadzieścia pięć lat przymykałam oko na twoje głupoty, spojrzenia na spódnice, późne powroty. Wydawało mi się, że liczy się rodzina. A okazuje się, że jestem kucharką, z którą nie ma o czym pogadać.
Podchodzi do okna, gwałtownie zrywa zasłonę. Na ciemnym podwórku słychać wybuchy petard.
W takim razie odwraca się Wieczór skończony. Pani Anielo, proszę zabrać mandarynki i wyjść.
Aniela otwiera usta, ale spojrzenie gospodyni nie pozwala jej się odezwać. W oczach Zofii lodowaty spokój aż ciarki przechodzą.
Janusz! Pozwolisz jej mnie wyrzucić? piszczy Aniela, jeszcze chwytając się szansy.
Janusz nagle stuka dłonią w stół, chyba od koniaku, chyba od złości.
Zośka, dosyć! Mam dość tej histerii! To mój dom! Przyniosłem gościa. Aniela zostaje. Spędzimy Sylwestra jak ludzie, a nie jak
Jak kto? podpowiada Zofia. Dokończ.
Jak zrzędliwe wiedźmy! wypala.
Zofia kiwa głową, bez łez, spokojnie. Z kredensu wyciąga dużą torbę podróżną, taką, którą szykowała z prezentami dla dzieci na święta. Wysypuje z niej pudła czekoladek na podłogę.
Twój dom? rzuca Zofia. Wspaniale. To ja wychodzę. Ale przypomnę ci tylko, Janusz mieszkanie jest po moich rodzicach. Masz tylko meldunek. I uwierz mi, pierwszego stycznia, jak tylko otworzą urzędy, składam pozew o rozwód i wymeldowanie. A teraz teraz wychodzicie oboje.
Co? Janusz blednie, trzeźwieje natychmiast. Zośka, dokąd niby wychodzimy?
Tam, gdzie życie. Tam, gdzie lambada. Do Anieli. Przecież ma potop, to pomożesz. Jesteś mężczyzna, można na tobie polegać. A u mnie nudno, muzeum PRL-u.
Zosia, proszę, poczekaj! rzuca, zrzucając krzesło. Przepraszam, jestem idiotą! Aniela to tylko koleżanka! Niech już sobie pójdzie, zostańmy sami!
Patrzy na niego z niesmakiem. Jeszcze chwilę temu był gotów walczyć o pupila, teraz kiedy zaczyna się robić gorąco całkiem się wycofuje.
Nie, Janusz. Sałatka jarzynowa już się zepsuła. Tak jak nasze małżeństwo. Zbieraj się. Masz pięć minut.
Aniela, widząc, że nie ma tu nic więcej dla niej do ugrania i awantura jej się nie uśmiecha, bez słowa idzie do przedpokoju.
Wariatka rzuca, wkładając futro. Kupię sobie taksówkę. Sam dojedź, Janusz. Nie potrzeba mi solidnego mężczyzny z bagażem problemów.
Trzaskają drzwi. Anieli już nie ma. W mieszkaniu zostaje powłóczysty zapach perfum i poczucie brudu.
Janusz stoi z pustą torbą na środku salonu.
Zośka jęczy. No już jej nie ma. Zostawmy to Kaczka stygnie.
Zofia podchodzi do piekarnika, wyciąga blachę z rumianą kaczką pachnącą jabłkami i cynamonem. Kiedyś ten zapach był jej ulubionym, dziś drażni.
Zostawimy? powtarza. Przyniosłeś kochankę do mojego domu w naszą srebrną rocznicę. Obgadywałeś mnie za plecami. Pozwoliłeś jej mnie poniżać w mojej własnej kuchni.
Sięga po ciężkie, ceramiczne naczynie.
Janusz, idź. Nie żartuję. Jeśli zaraz nie wyjdziesz, dzwonię na policję powiem, że pijany i mnie straszysz. Uwierzą mi.
Janusz patrzy w oczy żony i wie, że nie blefuje. Od tej zwyczajnej, domowej kobiety bije siła, której nie znał.
Powlókł się do sypialni, słychać, jak szarpie drzwiami szafy, wrzuca rzeczy do torby. Wychodzi ociągając się, w rozciągniętym puchowym płaszczu, z rękawem koszuli wystającym z torby.
Pożałujesz, Zośka! rzuca przez próg, chcąc zachować resztki dumy. Zostaniesz sama! Komu potrzebna pięćdziesięcioletnia baba?
Sobie odpowiada, zatrzaskując za nim drzwi. Klik. Dwa obroty zamka.
Zapada cisza, cudowna cisza. Zofia opiera plecy o drzwi i osuwa się na podłogę. Myślała, że się rozklei, ale łzy nie przychodzą. Jest dziwna lekkość, jakby pozbyła się mebla, który zalegał w domu pół życia i nagle zrobiło się miejsce do oddychania.
Wstaje i idzie do kuchni. Stół nakryty na trzy osoby. Sałatki, kawiorek, kaczka teatr, którego nie będzie.
Zofia sięga po talerz Anieli, z niedojedzoną kanapką i malowanym śladem pomadki i z rozmachem wrzuca go do śmietnika. Talerz tłucze się na kawałki dźwięk jak muzyka.
Zaraz wyrzuca talerz Janusza. Zgrzyt!
Chowa trzeci zestaw do kredensu. Zostawia tylko swój ukochany talerz ze złotą obwódką. Nalewa sobie cały kieliszek lodowatego szampana.
Na ekranie telewizora prezydent rozpoczyna orędzie. Zegar odmierza ostatnie sekundy mijającego roku. Roku, który odebrał jej złudzenia, ale zwrócił godność.
Szczęśliwego nowego roku, Zofio mówi do swojego odbicia w oknie.
Odkrawa sobie najlepszą część kaczki udko ze złocistą skórką. Nakłada łyżkę sałatki jarzynowej, która wbrew wszystkiemu okazała się idealna.
Telefon pika. Wiadomość od córki, Balbiny: Mamusiu, wszystkiego najlepszego! Za tydzień wpadniemy z wnukami!
Zofia się uśmiecha. Prawdziwe życie nie zniknęło są dzieci, wnuki, praca, ukochany dom. A to, co się odczepiło znaczy, było zgniłe i niepotrzebne.
Pije łyk szampana. Musujące bąbelki szczypią w nos, kręcąc w głowie. Po raz pierwszy od lat nie trzeba podawać, pilnować, by każdy miał pełny kieliszek. Może po prostu być tu i teraz.
Za ścianą sąsiedzi krzyczą Na zdrowie! i puszczają fajerwerki. Cały świat świętuje. I Zofia świętuje swoją wolność.
Godzinę później pakuje resztę jedzenia w pojemniki. Jutro zaniesie je do pani Halinki, portierki, i panu Michałowi, który stróżuje w bloku niech mają radość.
A kaczkę kaczkę zje sama. Na to zasłużyła.
Przed snem zmywa makijaż przy lustrze. Spojrzenie pięknej, zadbanej kobiety, może troszkę smutnej, ale pełnej życia. Żadna ciotka w wałkach.
Brakowało mu życia uśmiecha się Zofia. No to będzie miał życia po uszy. Niech szuka mieszkania, dzieli majątek, tłumaczy się dzieciom.
Kładzie się w szerokim łóżku, rozkłada jak gwiazda, zajmując całą przestrzeń, którą dotąd dzieliła z mężem. Pościel pachnie świeżością i lawendą.
Rano budzi ją słońce. Pierwsza myśl: nie musi już robić śniadania pod męża. Może pójść na kawę i ciastko do nowej kawiarni na rogu. Piękna perspektywa.
Nie wie, co przyniesie przyszłość. Będzie rozwód, podział majątku, nieprzyjemne rozmowy. To kiedyś. Dziś ma cały dzień tylko dla siebie pełen ciszy, pysznego jedzenia i spokoju. Nikt więcej nie nazwie jej domu muzeum, jej życia nudnym.
Wszystkiego najlepszego, Zośka.


