Mąż powiedział do żony, że jest nią znudzony, więc ona odmieniła swoje życie tak bardzo, że to on za…

Prawie dwa lata temu śniło mi się, że mój mąż, Andrzej, którego twarz przypominała raz bolesławiecką filiżankę, raz stary zegar z toruńskiej starówki, nagle odwrócił się do mnie przy kuchennym stole zrobionym z piernika i powiedział: Twoje życie jest tak przewidywalne, że aż śnię o nudzie z tobą. To zdanie lewitowało nad nami, tłukąc porcelanowe talerze w rytm stukotu pociągów WarszawaKraków.

Chociaż Andrzej twierdził, że wszystko jest jak flaki z olejem, ja w swoim śnie byłam spokojna moja codzienność była poukładana jak haft kaszubski. Rano dzwoniły wieże kościelne i budziły mnie do łóżka, które raz było sopockim molo, a raz tramwajem pełnym gołębi. Jadłam jagodzianki z dżdżownicami, potem szybkie ćwiczenia fizyczne machanie skrzydłami orła nad Wisłą. Wszystko po to, by zdążyć przed Andrzejem przygotować mu drugi śniadanie w słoiku pełnym neonów z ulicy Piotrkowskiej. On wyruszał w siną dal (czyli do pracy), a ja wpadałam do łazienki, która ziajała dymem z polskiego ogniska.

Później zakupy w Biedronce, która była raz balonem na gorące powietrze jak z Lublina, raz stawem z kaczorami. Gotowanie bigosu w wannie, sprzątanie za kocem, który śpiewał Sto lat, pranie firanek, które tańczyły poloneza. Wieczorem film raz w Katowicach, raz na szczycie Giewontu, potem zasypianie pod kocem z wafli ryżowych.

Co sobotę kiwałam się pomiędzy myciem okien szczotką z boazerii, a pieczeniem mazurka. Wieczorem goście znajomi, których imiona rozlewały się po stole jak barszcz czerwony. Niedziela była podzielona: najpierw odwiedziny u rodziców Andrzeja w bloku na Pradze, potem u moich w lesie, gdzie rosły domy ze śledzi. Siedzieliśmy do obiadu, obieraliśmy ziemniaki, wieszaliśmy pranie na chmurach i słuchaliśmy, jak zegary biją odwrotnie.

Wieczory spędzaliśmy w domu wszędzie pachniało ziołami, wszyscy się śmiali, nikt nie podnosił głosu, tylko słoiki grzechotały pod łóżkiem.

Nagle, któregoś dnia, Andrzej wyłożył przede mną argumenty cięższe niż złote monety powiedział, że nasi znajomi Wojtek, Zbyszek i Grażyna biją rekordy w życiowej zabawie: chodzą nocą po wrocławskich mostach, grają w ciuciubabkę na Rynku, śmieją się do księżyca. Powiedział, że nie kłócimy się, nie rzucamy talerzami i odszedł. Wyszedł do świata odbitych witryn sklepowych.

Postanowiłam dla niego stać się kimś innym wyrzuciłam to, co znane, i przebrałam się w pelerynę z łowickiego pasiaka. Odwiedziłam sklepy na ulicy Marszałkowskiej i zostawiłam tam wszystkie swoje złotówki, których miały przybywać na wymarzony domek z ogrodem. Obcięłam włosy na jeża, pofarbowałam je na błękit Poznań, zmieniłam buty na trzewiki z Wilanowa. Zamiast urzędowego załatwiania papierków, rzuciłam się w wir organizacji festynów, wesel, balów przebierańców, gdzie z sufitu zwisały pierogi.

Szybko dom zapełnił się zapachami nieznanych przypraw i nowych twarzy mój Andrzej po powrocie zastał mnie na huśtawce zawieszonej w salonie, w otoczeniu śmiechu i kolorowych krawatów, i obiecałam mu świat, w którym każdy dzień to śmigus-dyngus.

Od tej pory dom zamieniliśmy na trasę Kolei Mazowieckich. Wieczory w klubach raz pod Warszawą, raz pod Gdańskiem raz tańczyliśmy na Mazurach, innym razem jedliśmy pączki w podziemiach Krakowa. Każda noc inny adres, czasem łódź na Wiśle, czasem rower przez Puszczę Białowieską, czasem weekend w Toruniu. Wszystko w biegu, wszystko pod prąd.

Kilka miesięcy później Andrzej zaczął mówić, że tęskni za spokojem, za rosółem ze swojskiej kury i sernikiem mojej mamy. Że głowa mu puchnie od hałasu, a ciało marzy o kanapie i wełnianych skarpetach. Ja jednak nie miałam czasu na kuchnię ani na ścierkę zmieniłam się tak bardzo, że jego spojrzenia odbijały się ode mnie jak od okien w pałacu w Łazienkach.

Po kolejnych dniach Andrzej powiedział, że nie wytrzyma marzy o powrocie do dawnych dni, wieczorach z herbatą malinową i plackiem drożdżowym, weekendach u rodziców i śniadaniach przy starym stole z orzecha. Ja już jednak zapuściłam korzenie w tym nowym, chaotycznym świecie i nie chciałam wracać na stałe do rzeczywistości sprzed kolorowego snu. Choć dawniej ją lubiłam, teraz wydawała mi się zbyt ciasna jak stare buty z bazarku.

Wtedy stało się coś dziwnego: talerze potłukły się same, sąsiedzi wyrośli z tapety i zaczęli krzyczeć zza ściany, a policja, która przyjechała, wyglądała jak z bajki o smokach wawelskich. Andrzej spakował walizkę ze śliwką w cieście i poszedł do matki, która czekała na niego w kuchni pełnej kotów.

Myśli pewnie, że wróci i zastanie mnie Monikę taką, jaką zostawił w starym śnie. Ale teraz, na stole leżą papiery rozwodowe i kartka z napisem, że mnie się już z nim nudzi, że nie potrafię mieszkać pod jednym dachem znów jak dawniej. Może gdy się obudzi, wszystko będzie inne ja już wiem, że nie wrócę.

Oceń artykuł
Dodaj komentarze

;-) :| :x :twisted: :smile: :shock: :sad: :roll: :razz: :oops: :o :mrgreen: :lol: :idea: :grin: :evil: :cry: :cool: :arrow: :???: :?: :!:

19 + siedemnaście =

Mąż powiedział do żony, że jest nią znudzony, więc ona odmieniła swoje życie tak bardzo, że to on za…