Jestem z mężem już ponad 10 lat. Ja obecnie mam 36 lat, pracuję i żyjemy głównie z mojej pensji, bo zarobki męża idą bezpośrednio na budowę naszego wymarzonego domu. Póki co mieszkamy po znajomości w mieszkaniu mojej ciotki, która przeprowadziła się do swojej córki za granicę, a my tego lokum pilnujemy i wynajmujemy od niej za mniejszą kwotę niż te, które obecnie są na rynku. Mamy troje dzieci w wieku 8, 7 lat i 2 lat.
Czas mija, a moje życie jest jak sinusoida. Czasami czuję się szczęśliwa i myślę, że mam wszystko, czego potrzebuję do życia, ale innym razem rozpaczam. Dzieje się to głównie wtedy, kiedy mąż podnosi na mnie rękę, obraża i poniża. Jest dobrym ojcem, sam wychowywał się bez ojca i wie, że dzieci najlepiej wychowują się w pełnej rodzinie. Niestety nikt go chyba nie nauczył, że nie wolno bić kobiet. Kiedy uderzył mnie pierwszy raz, to myślałam, że to jednorazowy incydent, ale on robi to regularnie od dwóch lat. Dzisiaj znowu mnie uderzył i to tylko za to, że nie pozwoliłam córce wypić zimnego, gazowanego napoju. Córka zaczęła płakać i krzyczeć na mnie, a mąż uznał, że robię jakąś wielką krzywdę dziecku, przez co mnie uderzył. Zwykle właśnie powodem jego agresji jest fakt, że robię coś innego, czego oczekują dzieci, bo on dla nich jest w stanie zrobić wszystko. Nie rozumie jednak, że nie zawsze to, czego dzieci żądają, jest dla nich dobre i zdrowe.
Co mam dalej zrobić? Nie mogę go zostawić, bo mam z nim troje małych dzieci, które go kochają, a on też je bardzo kocha. Nie mam też gdzie się z dziećmi podziać w razie rozwodu, bo nie mam nic swojego. Z drugiej zaś strony nie czuję się z nim szczęśliwa w takich chwilach, kiedy dopuszcza się wobec mnie przemocy. Przez to wszystko dzieci też robią się nerwowe i płaczliwe, bo taka atmosfera przecież nie moe nikomu służyć.
Myślę, że dla dzieci powinnam z nim dalej być w związku i tak chyba będzie najlepiej. Szkoda jednak, że zmarnuję sobie przy nim życie.



