Mąż nie chce przekazać odziedziczonego po ciotce mieszkania naszej córce – ja uważam, że powinna tam…

Akcja rozgrywa się w szarawym świetle późnego popołudnia, w bloku z wielkiej płyty w sercu Poznania. Cisza w naszym dużym, trzypokojowym mieszkaniu przy ul. Hetmańskiej jest gęsta i napięta jak przed burzą. Ja Anna Zielińska patrzę przez okno, próbując opanować drżenie rąk. Mój mąż, Piotr, właśnie zamknął za sobą drzwi od kuchni.

Odziedziczył niedawno kawalerkę po swojej ciotce Wandzie. To mieszkanie, duszne, pełne wspomnień i starych tapet, stoi teraz puste w centrum miasta na Jeżycach, gdzie dźwięki tramwajów wibrują całą noc.

Mamy troje dzieci. Najstarsza córka, Jagoda, ma już dziewiętnaście lat i studiuje filologię polską na UAM. Syn, Michał, to dwunastolatek, zawsze w ruchu, a najmłodszy, Franek, ma dopiero pięć lat i z radością rysuje samochody na każdym wolnym skrawku papieru.

Wywiązała się między nami awantura. Zaproponowałam Piotrowi, żeby dać Jagodzie tę kawalerkę. Przecież dorosła już, za chwilę może pozna chłopaka i pomyśli o założeniu rodziny. Niech poczuje jak to jest mieszkać na swoim, w mieście, gdzie wszystko jest na wyciągnięcie ręki Ale Piotr tylko zacisnął szczękę i odpowiedział ostrym tonem: To byłoby niesprawiedliwe wobec chłopców. Chcę sprzedać mieszkanie i podzielić pieniądze na równe części dla dzieci.

Mówił, że to sprawiedliwie. A ja czułam, jak podnosi mi się ciśnienie. Przecież te paręset tysięcy złotych podzielone na troje żadne z naszej trójki nie kupi sobie mieszkania! Może Jagoda za dwa lata kupiłaby starego opla.

Błąkaj się wtedy po portalach ogłoszeniowych, szukając okazji a kawalerka, która czeka, ogrzewana naszymi wspomnieniami, marnuje się.

Zawsze powtarzałam sobie: lepszy wróbel w garści niż gołąb na dachu. Chociaż jedno dziecko miałoby zabezpieczony start. A chłopakom pomyślimy, coś się wymyśli, jak dorosną. Może i dla nich uda się zorganizować jakieś lokum.

Piotr twardo obstaje przy swoim. Bo przecież, jak oddamy mieszkanie tylko Jagodzie, to na pewno naruszymy relacje między rodzeństwem, wprowadzi się żal i zazdrość, że ona dostała więcej. A ja myślę przecież Michał i Franek są jeszcze mali, naprawdę nie zrozumieją tego dziś tak, żeby nas nienawidzić. Mamy czas.

Jeszcze nic nie powiedzieliśmy Jagodzie. Najpierw sami musimy się dogadać. W dodatku mieszkanie po cioci Wandzie jest w opłakanym stanie, ściany wilgotne, parkiet do wyrzucenia, nawet kafelki w kuchni się odklejają. Nie mamy teraz za co zrobić remontu, wszystko odeszło na nową lodówkę i wyjazd syna na kolonie.

Co mam zrobić? Czy powinnam nadal upierać się przy swoim, czy raczej zaakceptować Piotra logikę? A może jest jakieś inne rozwiązanie, na które nie wpadliśmy? Może ktoś z Was, patrząc na naszą historię oczami obcego, zobaczy inne wyjście?

W salonie robi się coraz ciemniej. Zegar tyka głośno, a każde jego uderzenie odbija się echem w naszych sercach.

Oceń artykuł
Dodaj komentarze

;-) :| :x :twisted: :smile: :shock: :sad: :roll: :razz: :oops: :o :mrgreen: :lol: :idea: :grin: :evil: :cry: :cool: :arrow: :???: :?: :!:

3 + 1 =

Mąż nie chce przekazać odziedziczonego po ciotce mieszkania naszej córce – ja uważam, że powinna tam…