MĄŻ CENNIEJSZY NIŻ GORZKIE URAZY
Piotrze, to była ostatnia kropla! Koniec, rozwodzimy się! Nawet nie próbuj padać na kolana, jak masz w zwyczaju, tym razem to nie pomoże! postawiłem kropkę nad naszym małżeństwem.
Piotr oczywiście nie wierzył. Był przekonany, że wszystko znów potoczy się według starego scenariusza: on uklęknie, przeprosi, kupi kolejną obrączkę i ja wszystko wybaczę. Powtarzało się to nie raz. Tym razem jednak zdecydowałem się naprawdę przeciąć te więzi. Moje palce, aż po małe, były obładowane pierścionkami, a życia żadnego w tym nie było. Piotr popadał coraz bardziej w alkoholizm.
A wszystko zaczęło się romantycznie.
Mój pierwszy mąż, Leszek, zaginął bez wieści. To było w latach dziewięćdziesiątych. Wtedy naprawdę było niebezpiecznie żyć. Leszek nie miał łatwego charakteru, sam się pchał w kłopoty. Mówią, oczami orzeł, skrzydłami komar. Gdy coś szło nie po jego myśli, zaczynał awantury. Jestem pewien, że Leszka zabito gdzieś w jakiejś rozróbie. Żadnej wieści od niego nie miałem. Zostałem sam z dwoma córkami Kasia miała pięć lat, a Zosia miała dwa.
Minęło pięć lat od zaginięcia Leszka.
Myślałem już, że zwariuję. Kochałem Leszka, mimo że był wybuchowy. Byliśmy zżyci, stanowiliśmy jedność. Wtedy postanowiłem koniec, będę wychowywał dziewczynki. Swoje życie skreśliłem. Jednak los postanowił inaczej
Nie było mi lekko w tamtych trudnych czasach. Pracowałem w fabryce, wynagrodzenie wypłacali żelazkami. Sprzedawałem je na targu w weekendy, by kupić coś do jedzenia. Zimą, drżąc z zimna, sprzedając żelazka na rynku, podszedł do mnie mężczyzna. Zrobiło mu się mnie żal.
Zimno panu? zapytał nieznajomy.
Skąd Pan zgadł? próbowałem jeszcze żartować, choć zęby dzwoniły mi ze szczękania. Jednak od obecności obcego mężczyzny promieniowało ciepło.
Głupio zagadałem. Może pójdziemy ogrzać się do kawiarni? Pomogę panu donieść żelazka.
To chodźmy, bo zamarznę zaraz odpowiedziałem ledwo słyszalnie.
Do kawiarni nie dotarliśmy. Zaciągnąłem nieznajomego w stronę swojego domu, poprosiłem, aby zaczekał pod klatką i popilnował torby z żelazkami. Musiałem odebrać dzieci z przedszkola. Pobiegłem szybko nogi zesztywniałe od mrozu, ale w środku już coś się zmieniało, czułem ciepło.
Wracając z dziećmi zauważyłem tego mężczyznę Piotr się przedstawił. Palił papierosa i przestępował z nogi na nogę. Pomyślałem: Zaproponuję mu herbatę, a potem niech się dzieje wola nieba.
Piotr pomógł mi wciągnąć torbę na szóste piętro, bo oczywiście winda nie działała. Gdy my z dziewczynkami byliśmy na trzecim piętrze, on już schodził.
Zaczekaj, mój wybawicielu! Nie puszczę Cię, póki nie napijesz się gorącej herbaty! złapałem Piotra za rękaw kurtki.
Nie chcę przeszkadzać spojrzał na dziewczynki.
Ależ nie, weź je za ręce, a ja szybko nastawię wodę zapewniłem go bez wahania.
Nie chciałem stracić tego człowieka, już był mi bliski. W trakcie rozmowy przy herbacie Piotr zaproponował mi pracę u siebie jako pomocnik, za pensję większą niż żelazka z fabryki przez cały rok.
Zgodziłem się bez wahania. Najchętniej ucałowałbym mu wtedy ręce za taką szansę
Piotr był po drugim małżeństwie, w trakcie rozwodu. Z pierwszą żoną miał syna.
I zaczęło się wszystko od nowa…
Wkrótce wzięliśmy ślub. Piotr adoptował moje dziewczynki. Wszystko szło jak w bajce. Kupiliśmy czteropokojowe mieszkanie, umeblowaliśmy luksusowo, sprzęty nowe. Potem domek letniskowy pod Warszawą. Każde wakacje obowiązkowo nad Bałtykiem. Czyste szczęście.
Siedem lat sielanki. Piotr, osiągnąwszy wszystko, najwyraźniej się rozluźnił, bo coraz częściej zaglądał do kieliszka. Na początku przymykałem oko, wiedziałem, że ma dużo stresu i pracy. Ale gdy zaczął pić również w pracy, zaniepokoiłem się. Prośby i perswazje nie pomagały.
Muszę dodać, że jestem z natury ryzykantem. Chcąc odciągnąć Piotra od wódki, postanowiłem dać mu dziecko. Wtedy miałem już trzydzieści dziewięć lat. Znajome tylko się śmiały:
Dawaj, Jarek, może i my zdecydujemy się zostać młodymi ojcami po czterdziestce żartowali koledzy.
A ja mówiłem:
Jeśli usuniesz dziecko, możesz tego długo żałować. A jak urodzisz, nawet nieplanowanego, nie będziesz żałować nigdy.
Urodziły nam się bliźniaczki. Mieliśmy już cztery córki! Piotr pić nie przestał. Zniosłem to, ale coraz bardziej marzyło mi się trochę wsi, gospodarstwo, zwierzęta. Dzieciom na zdrowie, i Piotrowi nie będzie czasu na głupoty.
Sprzedaliśmy mieszkanie i domek. Kupiliśmy dom na wsi, w pobliżu Radomia. Otworzyliśmy piękną restaurację. Piotr został zapalonym myśliwym. Kupił strzelbę i cały rynsztunek. Zwierzyny w okolicy nie brakowało.
Jakoś się kręciło, aż do wieczoru, kiedy Piotr znowu przesadził z alkoholem. Nie wiem, co w nim się zagotowało, ale dostał furii! Tłukł szkło, meble, aż wziął strzelbę i strzelił w sufit! Uciekłem z dziećmi do sąsiadów. To był koszmar.
Nazajutrz wszystko ucichło. Wróciliśmy po kryjomu do domu. Widok był straszny. Szkoda, że dzieci to widziały. Porozbijane naczynia, meble, nie było gdzie usiąść, zjeść, spać. Piotr spał jak nieżywy na podłodze.
Zabrałem, co się dało ocalić, i z dziećmi gęsiego poszliśmy do mamy, mieszkającej w pobliżu. Mama z rozpaczą wołała:
O, Jarku, co ja mam zrobić z tą całą twoją dziewczyńską ferajną? Wróć do męża. W każdej rodzinie różnie bywa, przemieli się, jak mąka.
Mama miała zasadę: Zęby w fartuchu, ale mąż piękny.
Po kilku dniach pojawił się Piotr. Wtedy definitywnie zakończyłem związek. Piotr w ogóle nie pamiętał swoje furii, nie wierzył w moje opowieści. Ale mnie już to nie obchodziło. Wszystko przeciąłem, spaliłem za sobą mosty.
Nie wiedziałem, jak dalej żyć. Ale pomyślałem, że lepiej głodować, niż dać się zabić przez pijanego męża.
Restaurację szybko sprzedałem za bezcen musiałem czym prędzej wydostać się z tamtej wsi z dziećmi. Zamieszkaliśmy w pobliskiej wiosce, w małej chałupce.
Starsze córki poszły do pracy, a potem szczęśliwie wyszły za mąż.
Bliźniaczki były w piątej klasie. Każda z moich córek kochała tatę Piotra i utrzymywały z nim kontakt. Przez nie wiedziałem, jak mu się wiedzie. Piotr błagał przez nie, bym wrócił. Córki też namawiały: Tato, przestań się upierać, tata się zmienił, prosił sto razy o wybaczenie. Pomyśl o sobie, młodszy już nie będziesz. Ja jednak pozostawałem nieugięty. Chciałem już po prostu spokojnego życia, bez ekscesów.
Minęły dwa lata.
Coraz częściej brakowało mi Piotra. Dopadła mnie samotność. Wszystkie pierścionki, które od niego dostałem, musiałem oddać do lombardu. Nie udało się ich już wykupić. Szkoda. Często wracałem myślami do przeszłości. Nasz dom był pełen miłości. Piotr kochał wszystkie córki tak samo, mnie żałował, umiał przeprosić. Mieliśmy porządną rodzinę. Szczęścia nie przeskoczysz cudzym nie pożyjesz. Czego jeszcze chcieć?
Już i starsze córki tylko dzwoniły, czasu brak na odwiedziny. Rozumiałem, młodość ma swoje prawa. Za chwilę i bliźniaczki wyfruną z gniazda i zostanę sam jak palec. Dziewczyny jak gąski: piórek dostaną i wylecą w świat.
Namówiłem więc bliźniaczki, by wybadały tatę, jak naprawdę żyje. Może ma już jakąś kobietę? Dziewczyny wszystko wybadały. Okazało się, że Piotr mieszka i pracuje w Lublinie, kropli alkoholu nie bierze do ust, nikogo nie ma, sam. Zostawił córkom dokładny adres. Tak na wszelki wypadek
Powiem jedno: jesteśmy znów razem, już piąty rok.
Mówiłem przecież jestem urodzonym ryzykantemI był to najlepszy wybór w moim życiu choć opary przeszłości jeszcze wracały w snach, budziłem się już spokojniej. Piotr rzeczywiście się zmienił. Patrzyłem, jak od nowa uczy się gotować herbatę, jak nieśmiało dokupuje kanapki, by nie stać się nałogiem kompulsywnym. Przychodził ze sklepu i pokazywał mi paragon, jakby chciał pochwalić się: Patrz, dziś znowu wybrałem wodę. Nie musiał już nic mówić widziałem w nim człowieka, którego pokochałem wtedy, na mrozie, lata temu.
Bliźniaczki dojeżdżały na weekendy już zapalone studentki pachniały miastem i nowymi marzeniami. Starsze córki coraz częściej przyjeżdżały z wnukami. Nasz dom znów pachniał zupą i świeżym praniem. Wspomnienie dawnych urazów gasło pod naporem codziennych drobiazgów: rozmowy o pogodzie, wspólnego przekładania książek na półkach, śmiechu dzieci odbijającego się echem w pokoju.
Pewnego wieczoru Piotr przyniósł mi cichy prezent złoty pierścionek, skromny, bez kamieni. Na szczęście. Na czysto od nowa, powiedział. Popatrzyliśmy na siebie bez słowa, bo w tych kilku prostych gestach było już wszystko.
Dziś wiem, że czasem warto wybaczyć nie dla kogoś, ale dla siebie. I że tam, gdzie wydaje się, że już wszystko przepadło czasem rodzi się cenniejsze szczęście. Może skromniejsze, mniej szalone, ale własne.
I właśnie TAKIEGO życia z Piotrem, naszymi córkami i całą ferajną już teraz nie oddałbym za żadne inne.



