Oj daj spokój, Lenka, nie przesadzaj! Przyszli chłopy, mecz chcą obejrzeć, co w tym dziwnego? Sto lat się nie widzieliśmy, jeszcze z liceum. Lepiej byś ogórki pokroiła, może tej kiełbasy ukrojonej na święta dała. Piwo jest, a czym zagryźć bida z nędzą, głos męża dobiegał z salonu, skutecznie tłumiąc komentatorów i rechot trzech dorodnych facetów.
Lena stała w przedpokoju, mocno ściskając klucze. Właśnie przekroczyła próg i marzyła tylko o jednym: pozbyć się szpilek tortur po dziewięciu godzinach pracy, zmyć tapetę z twarzy i zasnąć na kanapie z książką. Dzień był jak z koszmaru: roczny raport, histeria szefowej, dwugodzinny korek w deszczu. Dom miał być oazą. A trafiła, niczym, na peron o szesnastej.
W nos uderzył ciężki zapach taniego piwa i suszonej ryby. W korytarzu, prosto na jej ukochanym dywaniku, leżały sterty męskich butów w rozmiarze, który rzadko widuje się w sklepach niektórzy nie pofatygowali się nawet odtrzepać błota. Czyjaś kurtka spadła z wieszaka i leżała jak upolowany bażant.
Lena wzięła głęboki wdech, próbując przegnać drżenie rąk. Weszła do pokoju. Oto obrazek: Sławek, mąż rozparty w fotelu, a na kanapie okupacja Witek, Piotrek i jakiś brodaty koleś. Na szklanym stoliku, który wczoraj pucowała, pił się festiwal: butelki, chipsy, góra rybich łusek na starej Wyborczej.
Sławek… zaczęła cicho Lena Przecież umawialiśmy się. Żadnych gości w tygodniu bez uprzedzenia. Jestem zmęczona. Chcę spokoju.
Sławek nawet nie spojrzał, wbity w ekran, gdzie dwudziestu dwóch chłopa goniło piłkę za pieniądze, których nie zarobi przez całe życie.
No już się zaczyna! parsknął. Zmęczona jestem, głowa mnie boli… Lena, nie rób scen. Chłopaki, powiedzcie jej!
Gospodyni, my spokojniutko! ryknął Witek, u którego spokojniutko oznaczało hałas jak na starcie F-16. Jak nasi strzelą, to może zatańczymy! Wpadaj z nami! Piwa się napijesz?
Nie chcę piwa Lena poczuła, jak w środku narasta lodowata, zła determinacja. Chcę, żeby tu za dziesięć minut było cicho i czysto.
Lena, nie rób mi wstydu! Sławek łaskawie się odwrócił, czerwony na twarzy. Idź do kuchni, zajmij się czymś. Zrób pierogi czy coś. Chłopy głodne. A Ty tu patrzysz i psujesz klimat.
Lena spojrzała na niego tak, jakby widziała go po raz pierwszy. Dziesięć lat małżeństwa. Od dekady dbała o dom, obiady, porządek, przymykała oko na jego piwniczne nasiadówki i teściową z uwagami. Ale dziś coś w niej pękło. Może przez te łuski na stole, a może po prostu przez ton idź zrób pierogi.
Bez słowa wyszła z salonu.
O, obraziła się! doleciało za nią. Przejdzie jej, przyniesie zaraz żarcia. Ona taka, szybko się denerwuje.
W sypialni na komodzie leżał portfel Sławka. Przychodził do domu i wszystko wywalał z kieszeni: klucze, drobniaki, karty. Lena wiedziała, że wczoraj dostał premię kwartalną. Sporą, akurat miała pójść na nową łazienkę albo zimowe opony.
Złota karta rzucała się w oczy.
Plan pojawił się w sekundę. Szalony i odważny, na który stara, pokorna Lena nigdy by się nie zdobyła. Ale tej Leny już nie było. Została kobieta, która chciała szacunku. Albo chociaż odszkodowania za doznane krzywdy psychiczne.
Wzięła kartę. Otworzyła szafę, wyjęła podręczną torbę. Wszystko sprawnie: bielizna, ukochana piżama (ta śliska, której Sławek nienawidził), ładowarka, kosmetyczka.
Z salonu wrzasnęło GOOOOOL!. Mury się zatrzęsły. Chyba ktoś tańczył na kanapie.
Naruciła płaszcz, założyła buty. Spojrzała w lustro: zmęczone oczy, zaciśnięte usta.
Pierogi mówił? szepnęła do siebie. Zaraz będą pierogi…
Wysmyknęła się z mieszkania niepostrzeżenie. Hałas telewizora skutecznie zamaskował jej ucieczkę.
Na dworze było zimno i chlapa, ale Leny zalała fala gorąca. Adrenalina skakała jak szalona. Zamówiła taksówkę. Komfort Plus? Nie. Dziś święto Biznes.
Czarny mercedes zajął się podjechał w pięć minut. Kierowca w garniturze wysiadł i uprzejmie otworzył drzwi.
Dobry wieczór. Gdzie jedziemy?
Do Grand Hotelu wystękała Lena. To był najbardziej luksusowy hotel w całym Wrocławiu, pałac z marmurowymi podłogami i portierami w liberii. Zawsze go podziwiała zza szyby. Nigdy nie myślała, że wejdzie tam z bagażem.
Doskonały wybór, przytaknął kierowca.
W czasie jazdy telefon zawibrował. Dzwonił Sławek. Najwidoczniej przerwa na reklamy, a żołądki się domagają pierogów. Lena przełączyła na cichy. Niech sobie szuka. Niech myśli, że poszła po śmietanę.
Holl Grand Hotelu pachniał drogimi perfumami i świeżymi kwiatami. Ogromny kryształowy żyrandol lśnił jak odpust. Lena podeszła do recepcji. Recepcjonistka z perfekcyjnym uśmiechem spojrzała na nią.
Dobry wieczór. Ma Pani rezerwację?
Nie Lena rzuciła na ladę złotą kartę Sławka. Poproszę apartament. Z jacuzzi, jeśli można. I z widokiem na Odrę.
Dziewczyna nawet nie mrugnęła okiem.
Mamy piękny Apartament Prezydencki na siódmym piętrze. Śniadanie w cenie, dostęp do strefy spa 24/7. Koszt pięć tysięcy złotych za noc. Robimy rezerwację?
Pięć tysięcy. Pół jej pensji. Lub jedna trzecia premii Sławka. Wewnętrzna cebula próbowała zaprotestować, ale Lena ją zignorowała.
Rezerwujemy, powiedziała stanowczo.
Dowód poproszę.
Terminal zapiszczał. Transakcja zaakceptowana. Lena wyobraziła sobie, jak Sławkowi wśród chipsów na kanapie pipczy SMS: Obciążenie 5 000 PLN. GRAND HOTEL.
Odpuka od razu? Wątpię. Piłka ważniejsza.
Portier zaprowadził ją do pokoju. Gdy otworzyła drzwi, odebrało jej mowę. Nie pokój pałac. Wielkie łóżko king-size z białą pościelą, salon z wygodnymi fotelami, łazienka wielkości jej kuchni, wszystko w marmurach, a przez panoramiczne okno błyszczało nocne miasto.
Zrzuciła szpilki i przeszła bosą stopą po mięciutkim dywanie. Potem sięgnęła do minibaru butelka szampana warta tyle co skrzynka sikacza, które chłopy chlają w salonie.
A co mi tam, mruknęła i otworzyła.
Przelała bąbelki do kieliszka, siadła wygodnie i zerknęła w telefon. Piętnaście nieodebranych. Trzy wiadomości.
Lenka, gdzie jesteś?
Poszłaś po majonez?
Lena, gdzie się podziałaś? Chłopy głodne!
Ani słowa troski. Same rozkazy. Lena upiła zimnego szampana. Jak dobrze.
Kolejny SMS.
Lenka, przyszła dziwna wiadomość. Obciążenie 5 tysięcy. To Ty coś kupowałaś? Karty nie znalazłem. Masz ją? Napisz!
A, zauważył. Lena uśmiechnęła się i zadzwoniła na room service.
Dobry wieczór. Chciałabym zamówić kolację do pokoju. Tak, wiem, że późno, ale jestem głodna. Sałatkę z owocami morza, steka medium i tiramisu. I butelkę czerwonego, wytrawnego. Proszę zapisać na pokój.
Poszła do łazienki, nalała wody do wanny z pachnącą solą. Telefon aż podskakiwał na łóżku Sławek dzwonił w kółko.
Odebrała dopiero, gdy zanurzyła się w pianie.
Halo?
Lena! Zwariowałaś?! wrzasnął Sławek. W tle podejrzana cisza. Chyba kumple zwietrzyli kłopoty. Gdzie jesteś? Co to za płatności? 5 tysięcy?! Futro sobie kupiłaś o północy?!
Nie, kochanie, nie futro odparła przeciągle. Kupiłam sobie spokój i szacunek. Jestem w hotelu.
W JAKIM hotelu?! Po co?!
Bo w domu śmierdzi rybą i jest przechodniak. A ja, przypominam, jestem zmęczona. Prosiłam, żeby nie robić imprez. Olałeś. Kazałeś mi lepić pierogi. Nie chcę. Chcę steka i pianę.
Ty chyba pijana jesteś! głos Sławka zadrżał. Wracaj natychmiast! To wspólna kasa! Miało być na łazienkę!
Łazienka poczeka. Moje nerwy nie. Zaraz będzie jeszcze jedno obciążenie za kolację. Jakieś siedem stów. Nie panikuj.
Siedemset za kolację?! Lena, Ty już naprawdę przeginasz! W zamrażarce są pierogi!
Smacznego, Sławku. Może Witek ugotuje. Albo Piotrek. W końcu przyjaciele w biedzie pomagają.
Lena, odstaw histerię! Wracaj, już chłopy się zbierają!
Serio? A zapach też wyjdzie razem z nimi? I naczynia same się poumywają? Nic z tego, Sławeczku. Rezerwację mam do jutra. Skorzystam w pełni. Rano idę jeszcze na masaż podobno SPA mają wyśmienite.
Masaż?! Ile to znowu kosztuje?! Lena, zgroza! Wracaj, posprzątam! Podłogę sam umyję!
Cieszę się, że odkryłeś w sobie domowe talenty. Ćwicz. Wrócę na obiad. Jeśli będziesz wrzeszczał przedłużę pobyt. Karta jest u mnie.
Rozłączyła się i wyciszyła telefon.
Za chwilę zapukał room service. Kelner wjechał z wózkiem, przykrytym bielutkim obrusem. Srebrna zastawa, zapach mięsa, elegancki deser. Lena w szlafroku zajadała wyborną kolację, patrząc na Wrocław.
Pierwszy raz od lat nie czuła się służącą czy robotem do prania skarpet, tylko Kobietą. Drogą, kapryśną, wyczekaną. Nawet jeśli trzeba było kochać się za rodzinne pieniądze.
Noc przespała jak królowa. Łóżko jak chmurka. Nikt nie chrapał, nie ciągnął kołdry. Rano obudziła się wyspana, głowa jasna.
Zeszła do spa. Basen, sauna, masaż. Masażystka z energią parowozu łaskotała jej spięte barki: Ojejku, ale Pani spięta, trzeba się oszczędzać!
Teraz będę, przyrzekła, czując odpływ nagromadzonego żalu.
Kiedy wychodziła, było po południu. Telefon setki wiadomości. Sprzątnąłem. Czekam. Porozmawiamy.
Zamówiła taksę (Komfort Plus królewicz się znalazł), kierunek: dom.
Drzwi otworzyła. W domu… pachniało chlorem i cytryną. I trochę winą.
Sławek siedział w kuchni nad zimną herbatą. Mieszkanie lśniło. Ślady po wczorajszej bibce wyparowały. Dywan odkurzony, podłogi świecące, naczynia poukładane. Nawet kuchenkę przetarł.
Na widok żony poderwał się nerwowo. Pod oczami sińce, mina wypracowana. Chyba nie spał za dobrze.
Przyszłaś! jęknął. No dałaś popalić… Mało zawału nie dostałem. Wiesz, ile wydałaś?
Lena spokojnie odłożyła torebkę, wyjęła z kieszeni kartę i rzuciła ją na stół.
Wiem. Osiem tysięcy siedemset pięćdziesiąt złotych. To cena za spokój i Twoją lekcję.
Sławek złapał się za głowę.
Osiem tysięcy… Za jedną noc! Przecież to połowa łazienki!!!
A policz, ile kosztuje dziesięć lat sprzątania, gotowania i terapii dla żony męczennicy usiadła naprzeciwko. Przyzwyczaiłeś się, że jestem jak cień. Że wszystko wybaczę i obsłużę twoich kolegów. Moje nie się dla Ciebie nie liczyło. Wczoraj pokazałeś, że o moich uczuciach w ogóle nie myślisz. Zrobiłeś mi dom zajezdnią.
Sławek chciał coś odburknąć, ale zamilkł.
No… wyszło jak wyszło. Chłopy się wprosiły…
I nie potrafiłeś odmówić? Czy faceci są ważniejsi od żony? Lena mówiła cicho, a każde słowo ważyło tonę. Jak to się powtórzy, wyjadę nie do hotelu. Wyjadę na zawsze. Złożę pozew. Uwierzyć możesz, że podział majątku zaboli Cię bardziej, niż te osiem tysięcy.
Sławek zamilkł. Zerkał to na kartę, to na żonę, to na czyściutką kuchnię, którą pucował pół nocy, przeklinając Wita i chipsy. Nagle dotarło, że Lena nie żartuje. Ta stara, potulna Lena znikła. Została piękna, wypoczęta i groźna kobieta.
No dobra, przegiąłem. Witek też… świnia, wiem. Powiedziałem, żeby nie przyłaził.
I bardzo dobrze, Lena wstała. Chce mi się jeść. Zostały jakieś pierogi, czy zjedliście wszystko?
Sławek drgnął.
Yyy, nie! Ugotowałem zupę. Rosół. Z torebki, co prawda, ale z ziemniakami. Zjesz?
Lena ledwo powstrzymała uśmiech. Zupa z proszku. Wyczyn na miarę Herkulesa.
Jasne. Nakładaj.
Jedli w ciszy. Sławek co chwila zerkając spod oka, jakby spodziewał się ciosu. A Lena delektowała się tą nieco przesoloną zupą i myślała, że te osiem tysięcy to najlepsza inwestycja w ich związek. Czasem, żeby cię doceniono, musisz stać się bardzo drogą kobietą. Dosłownie.
Wieczorem oglądali film Sławek oddał wybór i padło na romans, który zazwyczaj nazywał kiczowatym. Po chwili przysunął się i przytulił ją.
Lena
No?
Tak serio, było tam w hotelu tak fajnie?
Naprawdę. Jacuzzi, widok na Odrę, szlafrok miękki…
Może… zawahał się może kiedyś razem pójdziemy? Na rocznicę? Tylko muszę trochę podzbierać…
Lena oparła głowę na jego ramieniu.
Pójdziemy. Ale kartę trzymaj teraz przy sobie. Bo mi się może jeszcze kiedyś steka zachcieć o północy.
Sławek nerwowo zachichotał.
Dobra, już. Steka sam się nauczę robić. Taniej wyjdzie.
Minęło pół roku. Goście przychodzą tylko po wcześniejszym uzgodnieniu i tylko w soboty. Najciekawsze Sławek zaczął myć po sobie naczynia. Widać, duch Grand Hotelu i osiem tysięcy w plecy bardziej działają niż lata próśb i gróźb.
A Lena ma swój własny rachunek Fundusz nietykalności. Odkłada tam co miesiąc parę groszy. Tak na wszelki wypadek. Na apartament z widokiem na Odrę. Ta świadomość grzeje bardziej niż kominek.
Jeśli też uważasz, że warto siebie kochać i szanować, zostaw suba, lajka i podziel się swoją opinią będzie mi bardzo miło!



