Dawno temu, gdy o świcie zadzwonił telefon, Jadwiga ledwie zorientowała się, czy jest jeszcze w łóżku, czy już we śnie. Na ekranie migotało: „Mama”. Sen odleciał w jednej chwili. Głos matki brzmiał energicznie, prawie wesoło:
— Śpisz, leniucha? A ja już pierniki do pieca włożyłam. Jutro przyjeżdżajcie: ty i Bartek. Trzeba pogadać. Nie, nie o działce. O testamencie! Nie chcę, żebyście na moim pogrzebie darli się o dom i grosze. Przyjeżdżajcie oboje, bez wymówek!
Jadwiga zdrętwiała. Testament? Pogrzeb? O co chodzi? Ale matka mówiła z taką pewnością, że sprzeciw był bezcelowy.
Tymczasem Elżbieta Kowalska, matka Jadwigi i Bartka, siedziała przy stole, poprawiając wełniany szal. Obok sąsiadka Basia, w jej oczach niepokój:
— Elu, coś ty chora? Skąd te ponure rozmowy? Straszysz mnie…
— Nie bój się, Basiu, po prostu chcę zobaczyć swoje dzieci. Rok się nie widzieliśmy. Każde sobie rzepkę skrobie, jakbyśmy byli obcy. A jak jutro coś mi się stanie, kto im wszystko wyjaśni? No i chcę sprawdzić, jak naprawdę do mnie stoją.
Z tymi słowami Elżbieta zamknęła drzwi za sąsiadką i poszła odpocząć. Jutro miał być ważny dzień.
Ranek był pochmurny, jakby dopasowany do jej planu. Posprzątała dom, włożyła starą szlafroczkę, umyła się i usiadła w fotelu, wstrzymując oddech. Po godzinie zapukano do drzwi.
Pierwsza wpadła Jadwiga — rozgorączkowana, zaniepokojona.
— Mamo! Co się dzieje? Chorujesz? O jaki testament chodzi? — zaterkotała, rzucając się ku matce.
Za nią, bardziej powściągliwie, wszedł Bartek.
— No straszysz nas, matko. Już się pakujesz, czy co? Może jeszcze za wcześnie?
— Siadajcie, dzieci moje — spokojnie powiedział Elżbieta. — I wezwijcie swoje drugie połówki. Ania, Krzysiu, wchodźcie, nie krępujcie się.
Gdy wszyscy zasiedli, zaczęła mówić.
— Słuchajcie i nie przerywajcie. Muszę to powiedzieć. Starość to nie radość, a ja tu sama. Choroba nie pyta, kiedy przyjść. Więc postanowiłam: powiem, póki mogę. Ale najpierw — pomoc w domu. Kto, jak nie rodzina,Stanowie pomoc starej kobiecie? Drzewo porąbać, obiad ugotować…
Jadwiga z Anią skinęły głowami i zabrały się do roboty. Elżbieta obserwowała uważnie: ciasto lepiło się do palców, ziemniaki kroiły się za grubo, garnki brzęczały. „Mieszczuchy moje niezdarne” — pomyślała z goryczą, ale nie skarciła ich. Nie o to chodziło.
Gdy stół był nakryty i wszyscy zjedli, poprosiła Krzysia i Anię, by wyszli — została sam na samie swoją matką przy stole, w świetle cichej lampy.
— No to teraz słuchajcie uważnie. Dom, w którym się wychowaliście, postanowiłam przekazać Basi, sąsiadce. Ona jest blisko, pomoże, gdy coś się stanie. Bartku, tobie zostawiam stodołę, narzędzia, gospodarstwo. Zrób z tym, co zechcesz. A tobie, Jadziu, zapisuję oszczędności. Od lat odkładałam emeryturę, ledwie co wydawałam.
W izbie zapadła ciężka cisza.
— Dom — obcej kobiecie? — w końcu wycedził Bartek. — Na serio?
— A czemu nie? Rok mnie nie widzieliście. A Basia codziennie zagląda. A ty, Bartku, nawet na swój ślub mnie nie zaprosiłeś — wstydziłeś się, że matka wiejska? A ciebie, Jadziu, od kiedy za Tomka wyszłaś — ledwo widuję. I wtedy się obraziłaś, pamiętasz? Gdy powiedziałam, że nie jest dla ciebie wart. Miałam rację…
— Mamo, nie… — szepnęła Jadwiga.
— Niedobrze mi. Pójdę się położyć — westchnęła ciężko Elżbieta i zamknęła za sobą drzwi do sypialni.
Na dworze wybuchła sprzeczka.
— To przez ciebie! — syczał Bartek. — Mogłaś matkę odwiedzać. Teraz dom pójdzie Basi!
— Aha, jasne! Ja haruję od rana do nocy! A ty z Anią co robicie? Ona siedzi w domu, mogła do mamy zaglądać!
Kłócili się, przerywając sobie nawzajem. Elżbieta słuchała, siedząc w fotelu, wpatrzona w okno. Łzy stały w jej oczach. Gdzie te dzieci, które biegały latem boso po podwórku? Gdzie ich dobroć, troska o siebie nawzajem?
Gdy wrócili do domu, nie leżała już — siedziała wyprostowana, opanowana, ale oczy zdradzały wzruszenie.
— Mamo, co z tobą? Źle się czujesz… — zaczął Bartek.
— Już lepiej — powiedziała cicho. — Wszystko zrozumiałam. Nikomu nie jestem potrzebna. Testament, mówisz? Będzie. Tylko później. Gdy sami zdecydujecie — po co wam ten dom: by go kochać, czy by się o niego kłócić?
Rankiem przy śniadaniu panowała cisza. Tylko skrzypienie krzeseków i dźwięk łyżek. Pierwsza odważyła się odezwać Jadwiga:
— Wybacz nam, mamo… Nie mieliśmy racji. Będę przyjeżdżać, naprawdę. Jesteśmy przecież rodziną…
Elżbieta skinęła głową. Przy stole rozlało się ciepłe milczenie.
Od tamtej pory wiele się zmieniło — i nic. Bartek rzadko się pokazywał, ale regularnie przysyłał pieniądze. A Jadwiga zaglądała częściej. Zupa, konfitury, pomoc w ogrodzie. O testamencie nikt już nie pytał.
I nikt nie wiedział, że od dawna leżał w dolnym szufladzie komody, podpisany i opieczętowany. Wszystko było podzielone po równo. Bo Elżbieta wciąż kochała swoje dzieci. Nawet jeśli one czasem o tym zapominały.



