Halina Stanisławowa postawiła filiżankę na spodku tak gwałtownie, że herbata rozlała się na obrus. W słuchawce wciąż słychać było oburzony głos sąsiadki, Bronisławy Kazimierowej.
– Halsiu, jak można tak postępować? Właściwych wnuków nie widzieć! Przecież to maluchy, co cię takiego złego zrobili?
– Broniu, nie wtrącaj się w nie swoje sprawy – odparła Halina sucho. – Każdy ma swoje powody.
– Jakie powody mogą być przeciw dzieciom? Zofia ma ledwie cztery lata, a Staś dopiero dwa. Tym bardziej tęsknią za babcią!
Halina westchnęła i spojrzała przez okno. Na podwórku bawiły się dzieci sąsiadów, a ona przypominła sobie, jak jeszcze niedawno biegały tu jej wnuki. Zosia zawsze prosiła, żeby ją wyhuśtać na huśtawce, a mały Staś niezdarnie dreptał za gołębiami.
– Broniu, nie mam czasu na rozmowę. Do widzenia.
Odłożyła słuchawkę i przeszła do kuchni. Na lodówce wciąż wisiały dziecięce rysunki – bazeliny kolorowymi kredkami, które Zosia nazywała „portretem babci”. Halina zerwała je i wrzucila do szuflady.
Dzwonek do drzwi sprawi, że drgnęła. Przez wizjer zobaczyła syna, Marka, z torbami w rękach.
– Mamo, otwórz, proszę – poprosił zmęczonym.
Halina otworzyła drzwi, ale nie ustąpiła z progu.
– Jeśli znów przyszedłeś, żeby namawiać mnie do pilnowania dzieci, możesz od razu wracać.
Marek postawił torby i spojrzał na matkę.
– Mamo, co to za dziecięce fanaberie? Kasia rozchorowała się, ma czterdziestkę. Muszę iść do pracy, a dzieci nie ma z kim zostawić.
– Znajdź nianię. Przecież was nie stać, co?
– Jaką nianię w jeden dzień? Mamo, to twoje wnuki!
– Moje wnuki? – Halina uśmiechnęła się ironicznie. – A kiedy pół roku temu wyrzuciliście mnie z waszego mieszkania, to też były moje wnuki?
Marek przetarł czoło. Tę rozmowę odbyli już wiele razy.
– Mamo, tłumaczyliśmy. Potrzebowaliśmy przestrzeni. Dla czterech osób w dwupokojowym mieszkaniu jest ciasno.
– No tak, przestrzeń. A mnie na starość wynajmować kąt – to normalne?
– Przecież pomagamy finansowo…
– Wasza pomoc to grosze! – głos Haliny stawał się coraz głośniejszy. – Dwadzieścia lat w waszej rodzinie przeżyłam. Twoje dzieci wychowywałam, podczas gdy ty z Kasią pracowaliście. Prałam, gotowałam, sprzątałam. A jak dzieci podrosły i stałam się zbędna – won z domu!
– Mamo, nie było innego wyjścia…
– Było wyjście! Kupić trzypokojowy lub większy. Ale nie, woleliście wydać pieniędzy na samochód i wakacje w Turcji.
Marek milczał. Wiedział, że matka ma rację, ale przyznać się to boli.
– Słuchaj – powiedział cicho. – Rozumiem, że postąpiliśmy nie najlepiej. Ale dzieci tu co winne? One cię kochają.
– A ja też je kocham – przyznała się Halina. – Dlatego nie chcę, żeby widziały, jak ich rodzice się ze mną obchodzą. Niech lepiej pamiętają dobrą babcię, niż patrzą, jak mnie wykorzystujecie.
– Nie wykorzystujemy!
– Nie? A kto dzwoni co tydzień z prośbą o posiedzenie z dziećmi? Kto przyprowadza je chore, bo do przedszkola nie można? Kto zostawia na weekend, żeby samemu odpocząć?
Marek otworzył usta, ale Halina mówiła dalej:
– A kiedy w zeszłym miesiącu źle się czułam z sercem, kto do mnie przyjechał? Sąsiadka Bronia! Nie syn, nie synowa, ale obca kobieta.
– Mamo, mamy pracę, dzieci…
– Wszyscy mają pracę, wszyscy mają dzieci. Ale normalni ludzie o rodzicach nie zapominają.
Halina stała w drzwiach, nie wpuszczając syna do środka. Marek zrozumiał, że dziś jej nie przekona.
– No dobrze – podniósł torby. – Ale to nie w porządku, mamo. Dzieci pytają, dlaczego babcia ich już nie kocha.
Te słowa mocno zabolały, ale Halina się nie ugięła.
– Wytłumacz im, że babcia zmęczyła się byci pomocna.
Marek odszedł, a ona zamknęła drzwi i oparła się plecami. Łzy napływały do gardła, ale się powstrzymała. Poszła do salonu i usiadła w fotelu, w którym kiedyś czytała Zosi bajki.
Mieszkanie wynajmowała już pół roku. Małą kawalerkę na obrzeżach, daleko od dawnego domu. Gospodyni była dobra, ale i tak było nie tak. W obcych ścianach, wśród obcych zapachów.
A wszystko zaczęło się od tamtej rozmowy przy kolacji. Marek i Kasia siadali naprzeciwko, dzieci już spały. Mówili cicho, ale Halina i tak słyszała z pokoju.
– Słuchaj, może mama powinna poszukać sobie osobnego mieszkania? – zaproponowała Kasia. – Dzieci rosną, potrzebują swoich pokoi.
– Nie wiem – odpowiedział Marek. – Przecież pomaga nam z dziećmi.
– Pomaga, ale jakim kosztem? Wciąż na wszystko narzeka, dzieci rozpieszają, mnie krytykuje. Wczoraj pozwoliła Zosi oglądać bajki do jedenastej, choć zabroniła.
– Może porozmawiać z nią?
– O czym? Ona myśli, że jesteśmy jej winni. A przy tym to nasze mieszkanie, nasze dzieci. Jesteśmy dorosłi, sami możemy decydować, jak je wychowywamy.
Halina wtedy nie spała całą noc. Rano przy śniadaniu Kasia poruszyła tę sprawę oficjalnie.
– Halino Stanisławowo, z Markiem uznaliśmy, że czas, żebyś poszukała sobie osobnego mieszkania.
Halina zakrztusiła się kawą.
– Jak to?
– No cóż, jesteś samodzielna. A nam zrobiło się trochę ciasno.
– Ciasno? – powtórzyła. – A przez dwadzieścia lat nie było ciasno?
– Wtedy dzieci były małe, pomoc była potrzebna – wtrącił Marek. – A teraz podrosły.
– Aha. Czyli dopóki byłam potrzebna – mieszkałam tu. A teraz, gdy przestałam – można się mnie pozbyć.
– Mamo, co ty mówisz?! – oburzył się Marek. – Nikt cię nie wyrzuca. Po prostu proponujemy, żebyś zamieszkała osobno.
– Na co? Na emeryturę dwanaście tysięcy?
– Pomożemy finansowo – zapewniła Kasia. – Na początku na pewno pomożemy.
Na początku. Jakby ona prosiła o chwilową pomoc, a nie oddała tej rodzinie całe życie.
– Dobrze – powiedziała wtedy Halina. – Znajdę sobie mieszkanie. Tylko pamiętajcie – wraz z mieszkaniem tracicMoże kiedyś zrozumieją, że babcia to nie tylko darmowa opieka, ale człowiek, który zasługuje na szacunek i miłość, nawet jeśli nie zawsze jest wygodny.



