– Co ty wygadujesz, mamo?! – wybuchnęła Kinga, chwytając się oparcia krzesła. – Jak to obca? Przecież jestem twoją rodzonym dzieckiem!
– Nie podnoś na mnie głosu! – Wanda Ignaczewska machnęła ręką, nawet nie odrywając wzroku od gazety. – Powiedziałam, co powiedziałam. A ty kim jesteś, żeby mi rozkazywać?
– Mamo, co się dzieje? – do pokoju wpadł Tadeusz, mąż Kingi. – Sąsiedzi już stukają w ścianę!
– Niech sobie stukają – burknęła staruszka. – We własnym domu mówię, co myślę.
Kinga osunęła się na kanapę, czując, jak nogi odmawiają jej posłuszeństwa. Wszystko zaczęło się od drobiazgu – poprosiła matkę, żeby nie wyrzucała resztek zupy, bo chciała odgrzać ją jutro. A w odpowiedzi usłyszała coś, w co do teraz nie mogła uwierzyć.
– Mamo, może ciśnienie skoczyło? – ostrożnie zapytała Kinga. – Wzięłaś leki?
– Jakie ciśnienie? – Wanda w końcu odłożyła gazetę i spojrzała na córkę zimnym wzrokiem. – Powiedziałam jasno – jesteś mi obca. Zawsze byłaś obca.
Tadeusz wymienił z żoną porozumiewawcze spojrzenie. Przez trzydzieści lat znajomości z teściową widział ją w różnych nastrojach, ale takiego wybuchu jeszcze nie było.
– Wando, może wezwiemy lekarza? – zaproponował. – Jesteś dziś jakaś nieswoja.
– Mam się znakomicie! – warknęła staruszka. – Dość już tego udawania! Już mi się znudziła ta gra w szczęśliwą rodzinę!
Kinga poczuła, jak powietrze ucieka z jej płuc. W gardle stanął jej kołek, a w głowie kołatała się jedna myśl: czy mama prawdziwie tak o niej myśli? Czy przez całe życie ukrywała, że jej nie kocha?
– Mamo, co ty mówisz? – jej głos drżał. – Zawsze byłam przy tobie. Opiekowałam się tobą, kiedy chorowałaś. Pomagałam finansowo, przynosiłam zakupy…
– Właśnie o to chodzi! – Wanda zerwała się z krzesła, gazeta spadła na podłogę. – Wszystko z litości! Myślałaś, że jesteś mi to winna! Ale po co mi taka opieka?
– Z litości? – Kinga nie wierzyła własnym uszom. – Mamo, co ty pleciesz? Przecież cię kocham!
– Nie kłam! – staruszka podeszła do okna i wpatrzyła się w podwórko. – Nikt mnie nie kocha. I ty też nie.
Tadeusz delikatnie wziął żonę za rękę. Kinga była blada jak płótno, drżała.
– Chodźmy do kuchni – szepnął. – Daj jej ochłonąć.
– Nie – Kinga wstała. – Mamo, wytłumacz mi, o co chodzi. Dlaczego tak mówisz?
Wanda powoli odwróciła głowę. Na jej twarzy malował się dziwny grymas.
– Co mam tłumaczyć? Myślisz, że nie wiem, co o mnie mówicie? Stara, niedołężna, na karku siedzę?
– Nigdy tak nie mówiłam!
– Ach, przestań! – machnęła ręką. – Słyszałam was z mężem. Szeptaliście w kuchni, myśleliście, że nie słyszę. A ja mam dobry słuch, proszę cię.
Tadeusz zmarszczył brwi. Próbował przypomnieć sobie, o czym mogli mówić, żeby tak wyprowadzić teściową z równowagi.
– O czym rozmawialiśmy? – zapytał.
– Ty nie pamiętasz? – Wanda przymrużyła oczy. – O tym, że powinnam iść do domu starców. Że wam zawadzam.
Kinga aż zakrztusiła się ze zdumienia. Rzeczywiście, miesiąc temu rozmawiali o tym z Tadeuszem. Ale nie dlatego, że chcieli się jej pozbyć – martwili się o nią. Wanda coraz częściej zapominała o włączonym gazie, nie poznawała sąsiadki, z którą przyjaźniła się od dziesięciu lat.
– Mamo, nie chcieliśmy cię nigdzie wysyłać – próbowała wytłumaczyć Kinga. – Po prostu się martwiliśmy…
– Nie zawracaj mi głowy! – przerwała staruszka. – Już wszystko zrozumiałam! Mam was dosyć, tej waszej udawanej troski!
– Wando, przecież wiesz, że cię kochamy – wtrącił Tadeusz. – Kinga nie odstępowała cię na krok, gdy chorowałaś. Nocami czuwała.
– Z obowiązku! – odcięła się. – Bo tak wypada! Ale prawdziwej miłości od niej nie widziałam!
Kinga poczuła, jak łzy napływają do oczu. Jak można tak mówić? Całe życie starała się być dobrą córką. Nawet kiedy było ciężko, nawet gdy własne dzieci wymagały uwagi, zawsze znajdowała czas dla matki.
– Mamo, dlaczego tak… – jej głos się załamał. – Co ci złego zrobiłam?
– A co dobrego? – Wanda osunęła się z powrotem w fotel. – Żyjesz swoim życiem, przychodzisz, kiedy trzeba, rytualnie pytasz o zdrowie. I myślisz, że to wystarczy?
– Ale przecież codziennie dzwonię! Kupuję leki, wzywam lekarza!
– Formalnie! – pokręciła głową. – A gdzie była twoja dusza? Kiedy ostatnio przyszłaś bez powodu, napiłaś się ze mną herbaty, porozmawiałyśmy jak ludzie?
Kinga zamyśliła się. Rzeczywiście, od dłuższego czasu ich spotkania ograniczały się do sprawunków. Kupić lekarstwa, załatwić papiery w przychodni, coś naprawić.
– Mamo, mam przecież rodzinę, pracę…
– Właśnie! – przerwała staruszka. – Ty masz wszystko, a ja? Nikogo! Siedzę sama w czterech ścianach, czekam, aż córka raczy wpaść!
– To przeprowadź się do nas! Tyle razy proponowaliśmy!
– Po co? Żeby być ciężarem? Żeby wnuki krzywo patrzyły, a zięć wzdychał?
Tadeusz chciał coś powiedzieć, ale Wanda go uciszyła.
– Myślisz, że nie widzę? Jak wpadasz, wszystko na szybko, tylko żeby odhaczyć i uciec. Jakbyś odbębniała pańszczyznę!
Kinga opadła na kanapę i zakryła twarz dłońmi. W słowach matki była gorzka prawda, i to bolało najbardziej. Naprawdę często się spieszyła, myślała o swoich sprawach, nawet gdy tu była.
– Starałam się pomóc ci we wszystkim – szepnęła.
– Pomóc! – Wanda prychnęła. – A porozmawiać jak z człowiekiem? Zapytać, co u mnie, co czuję? Opowiedzieć o swoim życiu?
– Przecież opowiadałam…
– Co opowiadałaś? Że w pracy kat– Że w pracy korek, że Zosia ma złe oceny, że kredyt ciąży – ciągnęła Wanda – a czy choć raz powiedziałaś, co ci leży na sercu?



