Była sobie kiedyś opowieść o miłości i obowiązkach, która wydarzyła się dawno temu w naszym kraju. Oto jak ją pamiętam.
Kinga i Wojciech szykowali się do ślubu. W przeddzień uroczystości matka panny młodej, Zofia Marianna, przybyła w odwiedziny, by poznać przyszłą swatkę. Spotkanie odbyło się w domu matki Wojciecha — Hanny Bogumiły. Omówili szczegóły wesela, zasiedli przy stole. Następnego ranka Zofia Marianna zebrała się do powrotu. Kinga wyszła ją odprowadzić.
— No i jak ci się podoba Wojtek? — spytała córka.
— Dobry chłopak — uśmiechnęła się matka, lecz westchnęła ciężko.
— Mamo, co się stało? — zdziwiła się Kinga.
— Córeczko, trzymaj się od jego matki z daleka. Wielu rzeczy o niej jeszcze nie wiesz.
Te słowa wkrótce nabrały znaczenia.
Gdy Kinga dowiedziała się, że teściowa zamierza zamieszkać z nimi, stanowczo oświadczyła mężowi:
— Będziesz musiał wybrać: albo ja, albo twoja matka.
— Nie zamierzam nikogo wybierać — spokojnie odparł Wojciech. — Żyjemy tak, jak żyliśmy, a mama niech sama rozwiązuje swoje sprawy.
— Więc nie dopuścisz, by się do nas wprowadziła?
— Już jej to powiedziałem.
— I co na to?
— Uraziła się. Nazwała mnie niewdzięcznikiem i obiecała, że jeszcze pożałuję.
— Przewidywalne…
Hanna Bogumiła poszła na emeryturę wcześnie — wiele lat pracowała jako stewardesa.
— Dość. Odpracowałam — zdecydowała, otrzymawszy sporą emeryturę, większą niż większość.
Lecz szybko zrozumiała, że dla jej stylu życia tych pieniędzy za mało. Rozwiązanie przyszło samo — przerzucić wydatki na syna.
— Wychowałam cię, dałam ci wykształcenie. Teraz twoja kolej, by spełnić synowski obowiązek — oznajmiła, gdy Wojciech miał zaledwie 23 lata. — Od przyszłego miesiąca płacisz za mieszkanie i jedzenie.
— Dobrze — odrzekł. — Ale skoro utrzymuję rodzinę, nie wtrącasz się już w moje życie.
Zgodziła się — i, trzeba przyznać, nie przeszkadzała. Życie syna mało ją obchodziło. Wojtka wychowywali w większości jej rodzice, gdy ona sama próbowała ułożyć sobie życie, bez skutku.
Minęły lata. Syn dorósł, przeprowadził się do niej w liceum. Przez pięć lat regularnie płacił za mieszkanie, utrzymywał matkę. Ta zaś cieszyła się życiem, wydając emeryturę wyłącznie na siebie.
Gdy Hanna skończyła pięćdziesiąt lat, Wojciech przyprowadził do domu żonę.
— Jaka pani zadbana! — zmieszała się Kinga podczas pierwszego spotkania z teściową. — Wcale nie wygląda na emerytkę.
Gdy dowiedziała się, że młodzi zamieszkają z nią, Hanna tylko się ucieszyła: „No to dobrze” — powiedziała, myśląc: „Przynajmniej nie będę musiała gotować”.
Kinga potraktowała to szczerze, lecz Wojciech wyjaśnił:
— Mamie po prostu zabrakło odwagi, by nas wyrzucić. Przez ostatnie pięć lat sam za wszystko płaciłem.
Wizyta Zofii Mariannej szybko rozwiała i tak już nikłe złudzenia:
— Córeczko, bądź ostrożna. Ta kobieta żyje tylko dla siebie. Was porzuci, jeśli stanie się niewygodna. Najważniejsze, byś trzymała się męża. Spodobał mi się. Ale z jego matką nie mieliście szczęścia.
Minęło pół roku. Hanna Bogumiła zakochała się. Mężczyzna imieniem Tadeusz pojawiał się coraz częściej. A potem…
— Macie dwa tygodnie, by się wyprowadzić. Sprzedaję mieszkanie. Wyjeżdżam do Gdańska.
— Mówisz poważnie? — osłupiał Wojciech.
— A co? Mam do tego prawo. Mieszkanie jest moje. Rodzice mi je podarowali.
— I nas wyrzucasz?
— Tak. Wszystko zgodnie z prawem.
Wojciech w milczeniu założył kurtkę i wyszedł. Wieczorem on i Kinga już pakowali rzeczy. Zamieszkali u jego kolegi z pracy, który akurat szukał lokatorów. Miesiąc później Hanna sprzedała mieszkanie i wyjechała z Tadeuszem do Gdańska.
Kilka dni później Wojciech próbował pożyczyć od niej pieniędzy:
— Nie, oczywiście. Wszystkie wydatki już rozplanowałam — zimno odpowiedziała matka.
— No to powodzenia — rzekł.
— Tobie też — uśmiechnęła się. Nawet nie przytuliła go na pożegnanie.
Minął rok. Hanna zadzwoniła: rozwiodła się z Tadeuszem, pieniądze jej zabrał i zniknął. Została sama, bez dachu nad głowWróciła więc do syna, ale on nie otworzył jej drzwi.



