Matka, której nic nie jestem winien

Kinga i Bogumił szykowali się do ślubu. W przeddzień wesela matka panny młodej, Halina Zygmuntowa, przyjechała w odwiedziny, by poznać przyszłą swatkę. Spotkanie odbyło się w domu matki Bogumiła – Krystyny Władysławowej. Omówili szczegóły wesela, zasiedli przy stole. Następnego ranka Halina Zygmuntowa zebrała się do domu. Kinga wyszła ją odprowadzić.

— No i jak ci Boguś? — zapytała mamę.

— Dobry chłopak — uśmiechnęła się ta, lecz westchnęła ciężko.

— Mamo, co się stało? — zdziwiła się Kinga.

— Córeczko, trzymaj się z daleka od jego matki. Wiele o niej jeszcze nie wiesz.

Słowa te wkrótce nabrały wagi.

Gdy Kinga dowiedziała się, że teściowa zamierza zamieszkać z nimi, stanowczo oznajmiła mężowi:

— Będziesz musiał wybierać: albo ja, albo twoja matka.

— Nie zamierzam nikogo wybierać — spokojnie odparł Bogumił. — Zostajemy, jak było, a mama niech sama rozwiązuje swoje sprawy.

— Czyli nie pozwolisz, żeby się do nas wprowadziła?

— Już jej to powiedziałem.

— I co ona?

— Uraziła się. Nazwała mnie niewdzięcznikiem i obiecała, że jeszcze pożałuję.

— Przewidywalne…

Krystyna Władysławowa wyszła na emeryturę wcześnie — lata pracowała jako stewardesa.

— Dość. Odrobiłam swoje — zdecydowała, otrzymawszy wysoką emeryturę, znacznie wyższą niż większość.

Lecz szybko zrozumiała — na jej styl życia tych pieniędzy nie starcza. Rozwiązanie przyszło samo: przerzucić wydatki na syna.

— Wykarmiłam cię, dałam ci wykształcenie. Teraz twoja kolej — wypełniać synowski obowiązek — oznajmiła, gdy Bogumił miał zaledwie 23 lata. — Od przyszłego miesiąca płacisz za mieszkanie i jedzenie.

— Dobrze — odpowiedział. — Ale skoro utrzymuję rodzinę, nie wtrącasz się już w moje życie.

Zgodziła się — i, trzeba przyznać, nie przeszkadzała. Życie syna mało ją obchodziło. Bogusia wychowywali głównie jej rodzice, podczas gdy ona układała sobie życie, bezskutecznie.

Minęły lata. Syn dorósł, zamieszkał z nią w liceum. Pięć lat regularnie płacił za mieszkanie, żywił matkę. Ta zaś wiodła życie, wydając emeryturę wyłącznie na siebie.

Gdy Krystyna skończyła pięćdziesiątkę, Bogumił przyprowadził do domu żonę.

— Jaka pani zadbana! — zmieszała się Kinga podczas pierwszego spotkania z teściową. — Wcale nie wygląda na emerytkę.

Dowiedziawszy się, że młodzi zamieszkają z nią, Krystyna tylko się ucieszyła: „No to dobrze” — rzekła, myśląc: „Przynajmniej nie będę musiała gotować”.

Kinga odebrała to jako szczerość, lecz Bogumił wyjaśnił:

— Mamie po prostu zabrakło tupetu, by nas wyrzucić. Ostatnie pięć lat sam za wszystko płacę.

Wizyta Haliny Zygmuntowej rozwiała i tak już cienkie iluzje:

— Córeczko, bądź ostrożna. Ta kobieta żyje tylko dla siebie. Was porzuci, gdy staniecie się niewygodni. Najważniejsze — trzymaj się męża. Spodobał mi się. Ale z jego matką wam się nie poszczęściło.

Minęło pół roku. Krystyna Władysławowa zakochała się. Mężczyzna o imieniu Zbigniew zaczął pojawiać się coraz częściej. A potem…

— Macie dwa tygodnie, by się wyprowadzić. Sprzedaję mieszkanie. Wyjeżdżam do Gdańska.

— Poważnie? — osłupiał Bogumił.

— A co? Mam do tego prawo. Mieszkanie jest moje. Rodzice mi je podarowali.

— I nas wyrzucasz?

— Tak. Wszystko zgodnie z prawem.

Bogumił w milczeniu narzucił kurtkę i wyszedł. Wieczorem on i Kinga już pakowali rzeczy. Zamieszkali u jego kolegi z pracy, który właśnie szukał lokatorów. Miesiąc później Krystyna sprzedała mieszkanie i wyjechała ze Zbigniewem do Gdańska.

Kilka dni później Bogumił spróbował pożyczyć od niej pieniędzy:

— Nie, oczywiście. Wszystkie wydatki już zaplanowałam — zimno odpowiedziała matka.

— No to powodzenia — rzekł.

— I wzajemnie — uśmiechnęła się. Nawet go nie przytuliła na pożegnanie.

Minął rok. Krystyna zadzwoniła: rozwiodła się ze Zbigniewem, zabrał jej pieniądze, zniknął. Została sama, bez dachu nad głową. Wróciła i od razu oznajmiła:

— Będę mieszkać z wami.

— Nie. Weź, co ci zostało, weź kredyt.

— Kredyt? W moim wieku? Na emeryturę?

— Znajdź pracę. Trzeba sobie radzić, jak wszyscy.

— Więc mi nie pomożesz?

— Nic ci nie jestem winien, mamo.

Wybuchnęła:

— Jesteś niewdzięczny! Wychowałam cię!

— Po prostu biorę z ciebie przykład — spokojnie odparł syn.

Krystyna wegetowała u przyjaciół, póki starczyło pieniędzy. Potem — odmowa za odmową. Znów przyszła do syna.

— Mamo, nie jesteś chora ani stara. Znajdź robotę. Wynajmij choć pokój. Szukaj.

— Nie żal ci mnie?

— Nie. Przypominasz mi tę konikopolską… co to lato śpiewała.

Później Krystyna jednak znalazła „zatrudnienie”… nie w pracy, lecz w nowym małżeństwie. Za pierwszego lepszego. Ale za to — z mieszkaniem.

Lecz to już całkiem inna opowieść…

Oceń artykuł
Dodaj komentarze

;-) :| :x :twisted: :smile: :shock: :sad: :roll: :razz: :oops: :o :mrgreen: :lol: :idea: :grin: :evil: :cry: :cool: :arrow: :???: :?: :!:

3 + jeden =

Matka, której nic nie jestem winien