Matka czworga dzieci pozostała na starość całkiem sama.

**Dziennik Anny**

Macierzyństwo to największy dar, ale i najcięższa próba. Gdy stajemy się matkami, oddajemy wszystko, bez reszty: zdrowie, czas, młodość, marzenia… Nikt z nas jednak nie wie, jak dzieci odpłacą nam w przyszłości. Czy będą blisko, gdy przyjdzie starość? Otoczą troską, gdy siły zaczną nas opuszczać? A może zostawią samą z garścią wspomnień, fotografii i bólu, którego nie ukoi żadne lekarstwo.

Anna Kowalska całe życie biegła jak wiewiórka w kołowrotku. Pracowita, cicha, wychowywała czwórkę dzieci sama, po tym jak jej mąż zginął w wypadku samochodowym. Najmłodsza córka miała wtedy ledwie rok. Od tamtej pory nie było przy niej żadnego mężczyzny. Nie dlatego, że nie próbowali — po prostu jej serce było zajęte dziećmi. One stały się sensem jej życia.

Anna pracowała bez wytchnienia, łapała każdą dodatkową pracę: sprzątała w przedszkolu, handlowała na targu, robiła na drutach na zamówienie. Wszystko dla dzieci. Sobie nie kupowała niczego zbędnego — te same buty nosiła kilka zim z rzędu, zapomniała o manicure i teatrze. Całe jej życie — by dzieci były syte, ubrane, wykształcone.

Najstarsza, Agnieszka, skończyła medycynę, później wyjechała do Niemiec na staż, a potem dostała stałą pracę. Wyszła tam za mąż, urodziła dwójkę dzieci. Teraz ma swój dom, swoją rodzinę, swoje życie. Annie przysyła kartki na święta i czasem zdjęcia przez komunikator. Ale dzwoni rzadko. Zawsze zajęta. Anna rozumie. W swoim sercu jest dumna.

Dwaj synowie — Marek i Tomasz — mieszkają w Krakowie. Miasto niedaleko, ale odległość to nie wszystko. Dzwonią raz w miesiącu, w odwiedziny nie przyjeżdżają. Zawsze coś pilnego, zawsze obowiązki. Anna dowiaduje się o nich od sąsiadów, czasem z internetu. Nie narzeka. Cieszy się, że mają się dobrze.

Najmłodsza, Kasia, długo mieszkała z matką. Po szkole, studiach, w końcu wyszła za mąż i wyjechała do Poznania — mąż dostał tam mieszkanie po babci. Anna ciężko znosiła rozstanie: to Kasia była przy niej najdłużej. Teraz dzwoni częściej, ale… w głosie słychać pośpiech, brak czasu, powrót do swojego życia.

Anna od dawna nie wychodzi z domu. Serce szwankuje, nogi puchną, ciśnienie skacze. Ledwo dociera do sklepu, gotuje tylko proste potrawy. Czasem pomagają sąsiedzi. Najczęściej jednak odwiedza ją Halina — jej dawna przyjaciółka. To ona woziła Annę po lekarzach, załatwiała leki, wzywała pogotowie, gdy było naprawdę źle.

Dzieci… Są, a jakby ich nie było. Anna nie ma im tego za złe. Może sama ich tak wychowała — samodzielnych, oddalonych. Nie nauczyła ich prosić o pomoc, bo przecież ona całe życie radziła sobie sama.

Ostatnio Kasia zaproponowała, by mama zamieszkała z nią, ale mężowi się to nie spodobało: ciasno, niewygodnie, starsze osoby powinny iść do domu opieki. Słowo po słowie — temat umarł. Anna nie nalegała. Nie chciała być ciężarem.

Teraz jej dni są jednakowe. Rano — modlitwa, tabletka, filiżanka herbaty. Później cichy telewizor, druty, podlewanie kwiatów. I znów cisza. Raz na jakiś czas — telefon od Haliny, wizyta pielęgniarki. A wieczorem — nadzieja. Może jutro ktoś przyjedzie? Zapuka, przyniesie placek, usiądzie blisko, weźmie za rękę…

Czasem Anna przegląda stary album. Tam — jej dzieci. Małe, roześmiane, ukochane. Tam — ona, młoda, piękna, z błyszczącymi oczami. Tam — życie, które oddała bez reszty.

Anna nie złości się. Nie narzeka. Tylko mówi:

— Kocham je wszystkie. Zawsze będę czekać. Dopóki serce bije — będę wierzyć.

I tylko Bogu wiadomo, ile dni jej jeszcze zostało… i czy kiedykolwiek znów zobaczy wszystkie swoje dzieci przy jednym stole.

Oceń artykuł
Dodaj komentarze

;-) :| :x :twisted: :smile: :shock: :sad: :roll: :razz: :oops: :o :mrgreen: :lol: :idea: :grin: :evil: :cry: :cool: :arrow: :???: :?: :!:

szesnaście − 5 =

Matka czworga dzieci pozostała na starość całkiem sama.