Maszyna do szycia po babci Weronice, sprzęt, o który poróżniły się siostry na dwadzieścia trzy miesiące

Mam sześćdziesiąt cztery lata i przez dwadzieścia trzy miesiące nie odzywałem się do siostry przez sprzeczkę o maszynę do szycia. Kiedy zadzwonili do mnie z Wojewódzkiego Szpitala Zespolonego w Kielcach, że Danuta upadła na klatce schodowej, jechałem tam z Ostrowca Świętokrzyskiego i cały czas myślałem, że pewnie nawet nie zechce, żebym wchodził na salę. Wjeżdżałem na parking przy izbie przyjęć, licząc miejsca, zamiast myśleć o tym, co powiem.

Jestem Ryszard, mam siostrę o dwa lata starszą, Danutę. Dorastaliśmy w Ostrowcu, w bloku przy ulicy Sienkiewicza, dzieliliśmy pokój aż do jej ślubu, a potem przez blisko czterdzieści lat dzwoniliśmy do siebie prawie codziennie. Ona zawsze pierwsza, bo twierdziła, że ja i tak nigdy nie oddzwaniam. Nie zawsze się zgadzaliśmy. Danuta ma zdanie na każdy temat i potrafi je wygłosić bez pytania, czy ktoś chce słuchać, a ja jestem uparty po ojcu, tak mawiała mama. Kłóciliśmy się o wychowanie dzieci, o to, kto rzadziej odwiedza rodziców, o byle co. Ale nigdy dłużej niż tydzień.

Ta ostatnia awantura była żenująco błaha. Po śmierci mamy zostało nam mieszkanie do opróżnienia — nie majątek, tylko serwis wedgwoodowski po babci, obrusy, zdjęcia i stara maszyna do szycia Łucznik, na której mama szyła nam kiedyś mundurki. Chciałem ją wziąć ja, bo pamiętałem, jak siedziała przy niej wieczorami z papierosem w kącie ust. Danuta powiedziała, że mama obiecała maszynę jej córce, mojej siostrzenicy. Zaczęło się od maszyny, skończyło na pretensjach sprzed trzydziestu lat. Wypomniałem jej, że ostatnie miesiące mamy w hospicjum na Kolonii Ćmielowskiej to głównie ja odwiedzałem. Odpowiedziała, że zawsze robię coś, żeby móc to potem wszystkim wypominać. Wyszedłem, trzasnąwszy drzwiami tak, że sąsiadka wyjrzała z klatki.

Przez kolejne miesiące żadne z nas nie zadzwoniło. Jej syn Tomasz próbował mediacji, ja powtarzałem to samo, co ona pewnie mówiła jemu: jak będzie chciała, wie, gdzie mieszkam. Minęły święta, minęły moje sześćdziesiąte czwarte urodziny, na które nie przyszedł od niej nawet esemes. Raz zobaczyłem ją na targu przy Rynku i udałem, że oglądam pomidory.

We wtorek rano zadzwonił Tomasz. Danuta poślizgnęła się na oblodzonych schodach koło swojego bloku, złamała nadgarstek, a na izbie przyjęć czekała jeszcze na prześwietlenie biodra, bo mocno je uderzyła. Tomasz był akurat w delegacji w Krakowie i prosił, żebym pojechał, dopóki on nie dotrze. Pierwsza myśl, jaka mi przyszła do głowy, była głupia — że może wcale mnie nie chce widzieć na sali. Pięć minut później szukałem już kluczyków od passata.

Po drodze próbowałem sobie ułożyć w głowie, jak się zachować. Wejdę, zapytam, co powiedział lekarz, usiądę. Nic więcej. Kiedy dotarłem, Danuta leżała na łóżku z unieruchomionym nadgarstkiem, włosy miała w nieładzie, a w telewizorze na korytarzu leciał akurat program o remontach. Zobaczyła mnie od progu. Stałem jeszcze z kurtką na ramieniu, nawet nie zdążyłem jej zdjąć. Zakryła twarz zdrową ręką i zaczęła płakać, zanim zdążyłem cokolwiek powiedzieć.

Podszedłem i wyrwało mi się tylko: — No co ty, rycz mi tu jeszcze. Taki nasz tekst z dzieciństwa, że oboje zaczęliśmy się śmiać przez łzy jednocześnie.

Powiedziała, że bała się, jak tam leżała sama na tych schodach czekając na karetkę — nie tyle upadku, ile tego, że gdyby stało się coś poważnego, to prawie dwa lata nie zamieniliśmy ze sobą słowa przez jakąś maszynę do szycia. Usiadłem obok łóżka i przyznałem, że też nieraz miałem telefon w ręku i nie wybrałem jej numeru. — To czemu nie zadzwoniłeś? — spytała. Musiałem powiedzieć prawdę: przez upór.

Spędziliśmy tam razem prawie sześć godzin. Kupiłem jej kanapkę w bufecie na parterze, bo nie jadła nic od rana, pokłóciliśmy się, bo chciała sama iść do toalety, w końcu pomogłem jej włożyć kurtkę, gdy dostała wypis. Tomasz dojechał wieczorem, zobaczył nas razem i tylko się uśmiechnął, nic nie powiedział.

Zanim wyszedłem, Danuta zapytała, co zrobimy z tą maszyną. Powiedziałem, że niech bierze ją córka, skoro tak chciała. Odparła, że teraz to już nikt jej nie chce. Śmialiśmy się z tego dłużej, niż wypadało.

Kilka dni później wróciliśmy do tego, co sobie powiedzieliśmy, i część rzeczy nadal bolała. Danuta przyznała, że była niesprawiedliwa w sprawie opieki nad mamą. Ja przyznałem, że często wykorzystuję to, co robię dla innych, jako argument, kiedy się złoszczę. Nadal jesteśmy dwojgiem ludzi z charakterem.

Wtedy postanowiłem jedno — skończyć z rozliczaniem się przez milczenie. Wyciągnąłem z szuflady stary notes z numerami i przepisałem numer Danuty do kontaktów w telefonie pod literą D, jak niegdyś, zamiast pod pełnym imieniem i nazwiskiem, na które go zmieniłem, gdy się pokłóciliśmy.

Teraz dzwonimy do siebie kilka razy w tygodniu. Maszyna stoi u Danuty w przedpokoju, nikt jej nie używa. Niedawno przysłała mi zdjęcie, bo postawiła na niej doniczkę z pelargonią. Oddzwoniłem od razu i powiedziałem, że kwiatek pasuje. Pogadaliśmy jeszcze z kwadrans o niczym — o tym, że sąsiadka znowu suszy pranie na klatce, i że w piątek mają zapowiadać pierwszy przymrozek.

Oceń artykuł
Dodaj komentarze

;-) :| :x :twisted: :smile: :shock: :sad: :roll: :razz: :oops: :o :mrgreen: :lol: :idea: :grin: :evil: :cry: :cool: :arrow: :???: :?: :!:

jeden × 4 =

Maszyna do szycia po babci Weronice, sprzęt, o który poróżniły się siostry na dwadzieścia trzy miesiące